Reklama

Reklama

Szymon Ziółkowski: Nadal jestem w grze

- Na pewno ten medal jest dla mnie bardzo ważny, bo powróciłem na podium mistrzostw świata. I to po dłuższej aż czteroletniej przerwie - mówi w rozmowie z INTERIA.PL Szymon Ziółkowski, srebrny medalista w rzucie młotem lekkoatletycznych mistrzostw świata w Berlinie.

Spotkaliśmy się w Poznaniu tuż po konferencji prasowej z udziałem medalistów i uczestników mistrzostw świata w Berlinie. Minęła dobra godzina za nim spokojnie usiedliśmy przy jednym ze stolików. Ziółkowski najpierw udzielił kilku wywiadów prasowych i telewizyjnych. - Już jestem wolny i gotowy, możemy spokojnie sobie porozmawiać - oznajmił, gdy rozpoczęliśmy wspólną rozmowę.

INTERIA.PL: Panie Szymonie czy zdążył Pan już wypocząć, ochłonąć po emocjach związanych z zawodami w Berlinie?

Szymon Ziółkowski: - Ochłonąć na pewno zdążyłem, bo to nie pierwszy mój medal z ważnej międzynarodowej imprezy. Tak samo jak nie był to pierwszy mój start. Można więc do tego trochę przywyknąć. Aczkolwiek nie zdążyłem wypocząć. Wypoczynku przydałoby się trochę więcej, ale wiadomo, że po powrocie z takiej imprezy jest mnóstwo rzeczy poza sportem, które trzeba wykonać. No, ale taka jest specyfika takich najważniejszych imprez, także jeszcze trzy tygodnie pracy przed moją osobą. Do urlopu mam jeszcze trochę czasu. Damy radę! (śmiech).

Reklama

- A zdążył Pan uczcić swój sukces? Chociażby zapowiadanym piwem z Tomaszem Majewskim i Piotrem Małachowskim.

- Ja nawet nie byłem na konkursie Piotrka Małachowskiego, bo on startował, gdy ja już byłem w Polsce. Także na razie sprawa wspólnego piwa jest zawieszona. Wszyscy czekamy na dogodniejszą chwilę, by to piwo w końcu razem skonsumować. I uczcić nasze wspólne medalowe sukcesy.

- Co ten srebrny medal wywalczony w Berlinie zmieni w Pana dotychczasowym życiu?

- Na pewno ten medal jest dla mnie bardzo ważny, bo powróciłem na podium mistrzostw świata. I to po dłuższej, bo aż czteroletniej przerwie. Drugą istotną rzeczą jest to, że pokazałem, iż nie należy mnie jeszcze skreślać, zapominać o mojej osobie zbyt wcześnie. Od pierwszego mojego medalu - na olimpiadzie w Sydney w 2000 roku - minęło już dziewięć lat, a ja ciągle jestem w grze! (uśmiech).

- Jakieś wizyty w szkołach, zakładach pracy, a może propozycje od nowych sponsorów po czempionacie w Berlinie się pojawiły?

- Szczerze mówiąc to nie wiem. Na razie nic o takich działaniach nie słyszałem. Dla mnie na razie sezon się jeszcze nie skończył. Koncentruję się na dalszych startach. Jak się sezon skończy to mój menedżer tym wszystkim będzie się na bieżąco zajmował. Mam nadzieję, że takie propozycje się pojawią.

- Na pewno po zakończeniu konkursu rzutu młotem otrzymał Pan sporo gratulacji i sms-ów od przyjaciół i rodziny. Kto złożył Panu pierwszy gratulacje?

- Gratulacji rzeczywiście było sporo, aż mi się skrzynka odbiorcza zatkała. Kto przysłał pierwszego sms-a? Nie mam zielonego pojęcia. Jak przyszedłem do pokoju było ich już czterdzieści! Naprawdę zainteresowanie nami po imprezie jest bardzo duże. Byliśmy już na śniadaniu u premiera. Dostaliśmy też zaproszenie na spotkanie z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Widać, że wróciliśmy znów z lekkoatletyką na salony.

- Długo trwało oblężenie Pana telefonu komórkowego?

- Trochę trwało. Na szczęście noce były troszkę spokojniejsze. Za dnia rzeczywiście chwilami było urwanie głowy, a chwila spokoju graniczyła z rzeczą niemożliwą. To jednak było bardzo przyjemna i sympatyczna rzecz (śmiech).

- Po raz trzeci w swojej karierze stanął Pan na podium mistrzostw świata. Wcześniej miał Pan okazję uczynić to w Edmonton (2001), Helsinkach (2005), a teraz w Berlinie. Każdy ze zdobytych medali smakuje i cieszy Pana tak samo, czy za każdym razem jest inaczej?

- Zawsze radość jest taka sama, każdy medal bardzo cieszy. Każdy z wywalczonych przez moją osobę krążków ma swoją wyjątkową historię, każdy z nich jest dla mnie specyficzny. I każdy jest dla mnie tak samo ważny. Nie umiem powiedzieć, który z nich jest najważniejszy. Prosiłoby się, by najważniejszy był medal z Sydney, ale nie jestem do tego do końca przekonany. Każdy medal jest dla mojej osoby bardzo ważny.

- Obecnie jest Pan z pewnością na sportowym szczycie. A jak zaczęła się Pana przygoda z lekkoatletyką?

- Trafiłem do tego sportu celowo. Prekursorem moich sukcesów był mój tata, który z pełną premedytacją - dokładnie 13 stycznia 1989 roku przyprowadził mnie na pierwsze zajęcia. Pierwszy trening miał miejsce na obiektach poznańskiego AZS-u, a dokładniej na stadionie przy ulicy Puławskiego. I tak już zostałem przy tym sporcie i trenuję tam do dziś.

- Dlaczego akurat padło na rzut młotem?

- Do rzutu młotem trafiłem z racji swojej mocnej postury. Aczkolwiek wcześniej trenowałem też inne dyscypliny. Próbowałem rzutu dyskiem, pchnięcia kulą. Później trafiłem pod skrzydła specjalisty od rzutów, czyli Pana Czesława Cybulskiego. I potem wszystko się rozwinęło tak jak obserwujemy (śmiech).

- Czy w swojej bogatej karierze zawodniczej miał Pan myśli, by zrezygnować? Dać sobie z tym wszystkim spokój?

- Tak, oczywiście takie chwile były. Rzucałem rękawice w kąt i mówiłem: kończę z tym wszystkim! Przerwa w zajęciach nie trwała dłużej niż kilka dni. Nigdy jeszcze, aż tak się nie zezłościłem, by zakończyć ze sportem na dobre. Jak widać obecnie z dobrym skutkiem. Ostatni medal to potwierdza. Poza tym chciałbym jeszcze coś w sporcie osiągnąć. Chociażby medal mistrzostw Europy, które odbędą się w przyszłym roku. Mam nadzieję, że uda mi się na tej imprezie w końcu zdobyć medal.

- Czy obecnie, po zdobyciu srebrnego medalu w Berlinie, czuje się Pan sportowcem całkowicie spełnionym?

- Na pewno trochę mi brakuje. Chociażby, o czym już wspominałem, medalu mistrzostw Europy. Poza tym brakuje kolejnych olimpijskich medali, bo jak zdobywasz już jeden medal, to chcesz kolejnego i jeszcze następnego. Także przed moją osobą jeszcze kolejne wyzwania. Mogę czuć się sportowcem utytułowanym, ale do spełnienia jeszcze mi dużo brakuje.

- Jaką osobą prywatnie jest trzykrotny medalista mistrzostw świata?

- Ciężko mi powiedzieć jaką osobą jestem. Na pewno nie jestem osobą zbyt otwartą. Żeby można było ze mną porozmawiać na luzie, trzeba mnie dobrze poznać. Jestem totalnym domatorem, poza zawodami, absolutnie nie lubię ruszać się z domu. Dlatego najlepsze wakacje dla mnie zawsze są w domu (śmiech). Bywam też czasem furiatem. Ludzie, którzy są w moim otoczeniu muszą wobec mnie wykazać dużo cierpliwości, spokoju. Nie raz bardzo ciężko jest mnie opanować.

- Jest Pan urodzonym poznaniakiem, jednym z symboli stolicy Wielkopolski. Czy czuje się Pan w swoim mieście doceniony, zauważony? Proszę o bardzo szczerą odpowiedź (śmiech).

- Ulice pokazują, że doceniany i zauważany jestem (śmiech). Bardzo dobrze się czuję w Poznaniu. Z tym miastem jest związane praktycznie całe moje sportowe życie. Nie za mienię Poznania na pewno na żadne inne miejsce w Polsce!

- W przyszłym roku w Barcelonie odbędą się mistrzostwa Europy, czy na tej imprezie także sobaczymy Szymona Ziółkowskiego? Z tego typu imprezy Pan medalu jeszcze nie ma...

- Na razie tego jeszcze nie wiem. Nie przepadam za tą imprezą, bo chyba ciąży nade mną jakieś fatum (śmiech). Startowałem na czempionacie Starego Kontynentu trzy razy, byłem niestety daleko poza podium. Mocno się startu w Barcelonie obawiam, ale jeśli będę dobrze przygotowany, to sądzę że skuszę się, by podjąć rękawice po raz kolejny.

- Czego życzyć Szymonowi Ziółkowskiemu na najbliższe tygodnie, miesiące?

- Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia. Jak zdrowie będzie to z resztą jakoś sobie dalej poradzę (śmiech).

W Poznaniu rozmawiał: Łukasz Klin

Reklama

Reklama

Reklama