Reklama

Reklama

Szokujący raport Human Rights Watch. „Byłem bity tak wiele razy, że nie mogę tego zliczyć”

Przemoc w sporcie stała się tematem 68-stronicowego raportu organizacji Human Rights Watch. To smutna rzeczywistość, w której za zamkniętymi drzwiami dzieciom dzieje się krzywda, a w blasku fleszy wszyscy muszą pozostać uśmiechnięci, prezentując dziecięcą radość ze sportu, który nie wiadomo, czy bardziej kochają, czy do tej miłości zostali zmuszeni. Czy japońska sztuka osiągania doskonałości musi opierać się na błędnym przekonaniu, że przemoc w sporcie ma wartość?

Japońskie podejście do treningu wielokrotnie było już tematem rozmów, debat, filmów i większych lub mniejszych rozpraw. Myśląc o przemocy w sporcie i brutalnym traktowaniu niewinnych dzieci w kształtowaniu ich ciała i hartu ducha w drodze do mistrzostwa, często przed oczami pojawia się obraz zapłakanych niewinnych istot, które w pocie czoła nie trenują, ale katują się na sali ćwiczeń. Ktoś mógłby rzec, że to taka kultura i mentalność, zgodnie z którą sukces musi być tożsamy z potwornym cierpieniem - przemocą fizyczną. Z takim przekonaniem zgodzić się nie można. Na przemoc nigdy bowiem nie ma usprawiedliwienia.

Reklama

Przemoc fizyczna jako technika trenerska stała się tematem chwytającego za serce i jednocześnie szokującego raportu Human Right Watch - pozarządowej organizacji, zajmującej się ochroną praw człowieka. "Byłem bity tak wiele razy, że nie mogę tego zliczyć". Tak właśnie brzmi tytuł opublikowanego właśnie dokumentu, naświetlającego obraz wstępnego przygotowania do osiągania mistrzostwa. Przyjrzano się przede wszystkim zachowaniom, które nie mają nic wspólnego z przebiegiem treningów lub zawodów, a bezapelacyjnie kwalifikują się do irracjonalnych, okrutnych i z punktu widzenia ogólnie przyjętych zasad, nienormalnych.

Był rok 2013. To wtedy Japoński Komitet Olimpijski postawił sobie za cel wyeliminowanie przemocy wśród swoich federacji sportowych. Impulsem do takiego kroku miały być wyniki wewnętrznej ankiety, która wykazała, że aż 10% sportowców padło ofiarą zastraszenia lub nękania.

Pierwszym z radykalniejszych działań było obcięcie funduszy dla federacji judo, w której wyszło na jaw, że trenerzy znęcali się nad swoimi zawodniczkami.

Minęło siedem lat, ale przemoc wciąż jest obecna, zaś zabiegi mające ją powstrzymać w żadnym stopniu nie są wystarczające. Według Human Rights Watch, motorem napędowym do zmian, mają być igrzyska olimpijskie w Tokio. Czy faktycznie ludzie odpowiedzialni za krzywdę dzieci, nagle zmienią swoje zachowanie, nie mówiąc już o zastosowaniu wobec nich surowych kar?

Raport organizacji nie zahacza o klapsa, krzyki, czy słowne poniżanie na widok niepoprawnie wykonanego ćwiczenia. Mowa o prawdziwie drastycznych zachowaniach, jak bicie dzieci bambusowymi mieczami do kendo (sport walki, pochodna szermierki japońskich samurajów - przyp. red.), trzymanie głów pod wodą w celu symulowania utonięcia, uderzanie po twarzy lub przemoc seksualną.

Na potrzeby powstania wielostronicowego tekstu obrazującego brutalną rzeczywistość, przeprowadzono rozmowy z 50 obecnymi lub byłymi sportowcami, którzy rywalizowali na odmiennych poziomach w różnych dyscyplinach. Łącznie zebrano ponad 700 odpowiedzi z ankiety internetowej oraz przeprowadzono rozmowy z ośmioma organizacjami sportowymi. Efekty są szokujące.

Aż 19% badanych w wieku do 24 lat przyznało, że doznało przemocy fizycznej. Warto nadmienić, że mowa aż o 22 dyscyplinach sportu.

"Trener powiedział mi, że nie podchodzę do biegania wystarczająco poważnie, więc wszyscy zostaliśmy wezwani do niego. Zostałem uderzony w twarz na oczach wszystkich. Krwawiłem, ale on nie przestał mnie bić" - wyznał pewien zawodowy sportowiec, którego prawdziwego imienia i nazwiska nie ujawniono.

To rzeczywistość. Brutalna praktyka nieleżąca obok prawa.

Nie można jednak przy tym zapominać, że raport dotyczy państwa w pełni rozwiniętego, w którym istnieją stosowne rozporządzenia dotyczące praw człowieka i kar cielesnych wobec dzieci w ogóle.

Wykorzystywanie fizyczne dzieci w Japonii jest oczywiście nielegalne. Nie ma żadnego przyzwolenia na bicie i poniżanie drugiego człowieka, który w tym przypadku na swój sposób jest jeszcze przecież bezbronny. Japonia uchwaliła niedawno całkowity zakaz kar cielesnych.

"To wyraz dziesięcioleci prac reformatorskich prowadzonych przez grupy społeczeństwa obywatelskiego. Zakaz dotyczy sportu. Aby było to jeszcze jaśniejsze, japoński rząd powinien sprecyzować, że prawne zakazy wykorzystywania dzieci i kar cielesnych rozciągają się na świat zorganizowanego sportu. Istnieje kilka aktów, które mogłyby wyraźnie zakazać takiej przemocy i wykorzystywania, a w każdym z nich wyraźnie nie ma odniesień do wykorzystywania dzieci w sporcie" - czytamy w raporcie.

Igrzyska faktycznie mogą być szansą, ale będąc realistą, nie wydaje się, że jeden rok całkowicie wyeliminuje problem z praktyk trenowania przyszłych mistrzów.

"Jestem zmęczona biciem. Mam dość płaczu... Dlatego nie chcę już być na tym świecie" - powiedziała 17-letnia oszczepniczka na początku lat 80.

To fragment listu samobójczego napisanego w obliczu osiągnięcia zapewne wymarzonej kwalifikacji na mistrzostwa kraju. Wygrał jednak ból, z którym nastolatka nie mogła sobie poradzić. Bezpośrednią przyczyną samobójstwa było fizyczne znęcanie się jej trenera.

To było 40 lat temu, ale podobna sytuacja miała miejsce w 2012 roku. Koszykarz w tym samym wieku odebrał sobie życie po wielokrotnym fizycznym znęcaniu się ze strony swojego trenera. Silny kapitan drużyny nie wytrzymał, a trener uzasadniał swoje zachowanie "niezbędnym środkiem do wzmocnienia drużyny". W XXI wieku wydaje się to nie do pomyślenia. Podobnie nieprawdopodobna wydaje się kara, jaka spotkała trenera, a właściwie jej brak. Mężczyzna został skazany na rok więzienia, ale wyrok został zawieszony, w rezultacie czego nie odbywał on kary.

"Trener często nas bił. To normalne, że bił nas w brzuch i kopał. Często rzucał zawodnikami jak w judo [...]. Trener znęcał nade mną fizycznie niezliczoną ilość razy... może tysiąc, dwa lub trzy tysiące razy" - oznajmił inny, 20-letni koszykarz.

"Sportowców wyciągano z basenu za pasek czapki, dławiąc ich. Kolejną karą jest wpychanie dzieci pod wodę, żeby nie mogły oddychać" - czytamy słowa byłego gracza w piłkę wodną.

"Pamiętam, że tonąłem bez tchu, a potem trener pobił mnie ... W licealnej drużynie pływackiej, gdy uczniowie się wygłupiali, trener ustawiał drużynę w szeregu i uderzał każdego dzieciaka powodując, że wpadaliśmy do basenu. Te wspomnienia są tak żywe w mojej głowie. To, czego się wtedy nauczyłem, nie dotyczyło radości ze sportu, ale wytrwałości" - dodał 45-letni już dzisiaj rozmówca.

Takie przypadki można mnożyć. Były praktykowane kiedyś, ale są również na porządku dziennym dzisiaj.

Wydaje się to niemożliwe, bowiem jak 17-latka, czy 20-latek uprawiający sport może być bezbronny i pozwalać sobie na takie traktowanie. Japońska filozofia treningu w tym ujęciu z pewnością nie może być nawet nazwana treningiem. Znęcanie się psychiczne i fizyczne nie ma przecież nic wspólnego z budowaniem silnego zawodnika. Bicie nie jest metodą motywowania, ani nawet karania. Kopanie nie sprawi, że słabeusz stanie się siłaczem. Poniżanie słowne nie zbuduje z kolei z dziecka silnego mentalnie zawodnika.

Bywa, że sport naprawdę boli, ale ból ten może być związany z ostatnimi metrami do końca basenu albo ostatnią prostą biegu. Codzienna ciężka praca rzadko kiedy jest przyjemna, a stąpanie po stopniach podium z uśmiechem na twarzy to tylko niewielki odsetek sportowej kariery. Ból i przekraczanie granic z nim związanych, niewątpliwie nierozerwalnie łączy się ze sportem. Do osiągania mistrzostwa nie potrzeba jednak bicia. Te nie sprawi, że ktoś stanie się silniejszy. Trening zdecydowanie może być szkołą życia, ale przemoc i katowanie zdecydowanie nią nie jest. Wręcz przeciwnie.

Aleksandra Bazułka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje