Reklama

Reklama

Szef MKOl Bach: Witold Bańka może "zrestartować" WADA

Przewodniczący MKOl, Thomas Bach, pozytywnie ocenił nominację Witolda Bańki na szefa Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Opowiedział też o przygotowaniach do igrzysk w Tokio i prognozował, jak mogą wyglądać olimpijskie zmagania w przyszłości.


W tym tygodniu na kongresie WADA w Katowicach Witold Bańka zostanie oficjalnie potwierdzony jako prezydent Światowej Agencji Antydopingowej. Jak skomentuje pan tę nominację?

Thomas Bach: - Wybór Witolda Bańki na szefa WADA to dla Polski bardzo ważne wydarzenie i zachęta, ale też docenienie jej roli w historii ruchu olimpijskiego. To również uznanie dla pracy Bańki w roli ministra sportu i dla WADA.

Jakie, pana zdaniem, będzie jego największe wyzwanie?

- Nie użyłbym słowa "wyzwanie", ale ma potencjał, żeby "zrestartować" WADA, jeśli chodzi o jedność, zbliżyć do siebie obu interesariuszy, czyli z jednej strony rządy krajowe, z drugiej - ruch olimpijski. Wszyscy chcemy współpracować i chronić czystych sportowców najlepiej, jak to możliwe.

Reklama

Nie można mówić o czystości w sporcie bez poruszenia tematu Rosji. Niedawno szef tamtejszej agencji antydopingowej, Jurij Ganus, stwierdził, że trzeba liczyć się z tym, że Rosji nie będzie ani na igrzyskach w Tokio, ani dwa lata później na zimowej olimpiadzie w Pekinie. Jak odniósłby się pan do tych słów? Jaka jest szansa, że zobaczymy rosyjską flagę i usłyszymy rosyjski hymn w Japonii?

- Nie mogę komentować czyjejś wypowiedzi w sprawie, która nie leży w gestii MKOl. Cała procedura jest w rękach WADA, która obecnie analizuje wszystkie dostępne informacje. Nie sądzę, że powinienem spekulować na temat możliwych zakończeń procedury, nad którą pieczę sprawuje WADA.

W takim razie porozmawiajmy o jednym z największych winowajców w olimpijskim sporcie w ostatnich latach - podnoszeniu ciężarów. Problemy tej dyscypliny dobrze obrazuje historia Tomasza Zielińskiego, który w Londynie zajął dziewiąte miejsce, a po dyskwalifikacjach rywali awansował na trzecie. W międzyczasie sam złamał przepisy antydopingowe i nie mógł wystąpić w Rio de Janeiro.

- Rzeczywiście, sytuacja w podnoszeniu ciężarów jest ogromnym wyzwaniem. Byliśmy świadkami zbyt dużej liczby pozytywnych wyników badań na igrzyskach. To było nie do przyjęcia dla MKOl. Dlatego zmniejszyliśmy liczbę miejsc dla sztangistów na igrzyskach w Tokio. Zażądaliśmy też od międzynarodowej federacji zmian w jej systemie antydopingowym. Co więcej, wstrzymujemy się z włączeniem podnoszenia ciężarów do programu olimpiady w Paryżu w 2024 roku, dopóki nie zobaczymy tych zmian. Mamy nadzieję, że ten proces zakończy się sukcesem, towarzyszyć mu będzie też jeden z najbardziej rozbudowanych w historii programów badań przed Tokio. Zależy nam, żeby wyłapać oszustów przed igrzyskami, nie chcemy ich tam widzieć. To są działania MKOl, ale liczymy, że WADA też będzie bacznie obserwować sytuację w podnoszeniu ciężarów.

Co może pan powiedzieć o przygotowaniach do najbliższych igrzysk?

- Tokio na rok przed igrzyskami jest najlepiej przygotowanym miastem, jakie kiedykolwiek widziałem. Japończycy słyną - i znów pokazują, że zasłużenie - z dobrej organizacji, precyzji i wydajności. To też widać w sposobie, w jaki przygotowują się do igrzysk. Są oczywiście jeszcze pewne kwestie, które wymagają uwagi. Dlatego przeprowadzamy próby przedolimpijskie, żeby sprawdzić każdy szczegół.

Jakie to problemy?

- Kwestią, którą trzeba się zająć, są upały w Tokio. Niedawno MKOl podjął decyzję - w interesie zdrowia i dobrego samopoczucia sportowców - o przeniesieniu maratonu i chodu z Tokio do Sapporo. Komitet organizacyjny wraz z międzynarodowymi federacjami poszukują też innych sposobów ochrony sportowców i kibiców innych dyscyplin przed upałem.

Czy wpływ na tę decyzję miały niedawne lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Dausze, gdzie sportowcy rywalizujący w tych konkurencjach skarżyli się na wysoką temperaturę i wilgotność powietrza, mimo że startowali w nocy? To właśnie wtedy ten problem został dostrzeżony?

- Dostrzegaliśmy go już wcześniej i wprowadziliśmy pewne rozwiązania, obserwując temperaturę w Tokio w ostatnich latach. Ale rzeczywiście, Dauha pokazała nam, że to może nie wystarczyć, żeby w pełni chronić sportowców. Dlatego podjęliśmy tę decyzję i zrobiliśmy to szybko, żeby wszyscy mogli się dobrze przygotować - sportowcy, międzynarodowe federacje i komitet organizacyjny igrzysk.

Wygląda zatem na to, że maratończycy i chodziarze będą musieli pogodzić się z tym, że ominie ich atmosfera wioski olimpijskiej...

- Cóż, ich zdrowie jest na pierwszym miejscu, choć sportowcy startujący w Sapporo będą oczywiście mieć wstęp do wioski olimpijskiej przed swoimi występami lub po nich, mogą też wziąć udział w ceremoniach. Zastanawiamy się również nad przeniesieniem dekoracji zawodników startujących w tych konkurencjach na Stadion Olimpijski w Tokio.

W Japonii zobaczymy m.in. skateboarding, koszykówkę 3x3 czy kolarstwo BMX. Czy "uliczne" dyscypliny to przyszłość igrzysk?

- Sport musi się zmieniać. Nie żyjemy już w epoce, gdy w czasie wydarzenia sportowego wystarczyło usiąść na stadionie i czekać aż przyjdą kibice i zawodnicy. Sport musi stać się bardziej miejski, czyli iść tam, gdzie są ludzie, a nie czekać, aż to oni przyjdą. Na tym właśnie polega urbanizacja sportu. Poza tym sport musi stać się bardziej kobiecy, musi stać się młodszy, by przyciągnąć także młode pokolenia. To właśnie chcieliśmy osiągnąć poprzez reformę programu olimpijskiego w Tokio i później. Wierzę, że to nam się udało. Już teraz można zaobserwować tę tendencję w programie igrzysk w Paryżu w 2024 roku i jestem pewien, że to będzie kontynuowane w Los Angeles cztery lata później.

Skoro mowa o młodym pokoleniu - duża jego część jest zainteresowana e-sportem. Sądzi pan, że kiedyś o olimpijskie medale powalczą gracze komputerowi?

- Z grami wideo, czy e-sportem, wiążą się różne wyzwania. Jedno z nich polega na tym, że żaden rodzaj aktywności nie może być sprzeczny z wartościami olimpijskimi. Nigdy nie zobaczymy więc na igrzyskach gier, które gloryfikują przemoc, w których celem jest strzelanie i zabijanie. Innym wyzwaniem jest fakt, że nasi partnerzy w tym środowisku nie są organizacjami sportowymi typu non-profit. Z jednej strony mamy MKOl, który 90 procent swoich dochodów oddaje zawodnikom, młodzieży, przeznacza na rozwój sportu, z drugiej - przemysł nastawiony na zysk. Trudno to połączyć.

Ale istnieją też popularne gry komputerowe o tematyce sportowej...

- Jest szereg gier, które symulują prawdziwą rywalizację sportową, np. programy do kolarstwa działają jak normalne zawody. Każdy może zmierzyć się z przyjaciółmi z Waszyngtonu, Moskwy, Johannesburga czy Tokio. Wirtualnie można też grać w tenisa czy żeglować. I tu możemy się dogadać. Takie gry będą coraz bardziej zbliżać się do prawdziwego sportu, wraz ze wzrostem ich realistyczności.

Rozmawiamy cały czas o dodawaniu nowych dyscyplin, ale program igrzysk nie jest z gumy i nie może rozrastać się bez końca. Jak ten przyrost kontrolować?

- Ograniczamy skalę igrzysk już na wiele różnych sposobów. Być może najważniejsze jest to, że mimo przyjęcia nowych sportów, od igrzysk w Paryżu liczba uczestników nie przekroczy 10,5 tysiąca. To znacznie mniej niż na olimpiadzie w Rio de Janeiro w 2016 roku czy nadchodzącej w Tokio. Wprowadziliśmy też szereg rozwiązań, które mają sprawić, że igrzyska będą łatwiejsze w organizacji. Zachęcamy miasta-gospodarzy do korzystania z istniejącej infrastruktury, także w innych regionach, a nawet krajach. Te i inne działania zmniejszają logistyczne obciążenia, z którymi muszą zmagać się komitety organizacyjne.

Rozmawiał Maciej Machnicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje