Reklama

Reklama

Szef misji zgasił światło

Kajetan Broniewski, niczym kapitan wielkiego statku, na pokładzie którego było ponad 400 osób, w tym 265 sportowców, pierwszy wszedł na pokład, i zszedł jako ostatni.

We wtorek szef misji zgasił światło w polskim bloku w wiosce olimpijskiej i odleciał do Warszawy. Trzykrotnemu olimpijczykowi, na co dzień dyrektorowi generalnemu PKOl, przyszła nieoczekiwanie do spełnienia jeszcze jedna, smutna powinność - zabrania do kraju urny z prochami Andrzeja Baczewskiego.

Wieloletni działacz Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich oraz Polskiego Komitetu Olimpijskiego, doradca ministra sportu, sekretarz sejmowej Komisji Sportu i Kultury Fizycznej dostał zawału serca, gdy 18 sierpnia wchodził na Stadion Narodowy. Chciał kibicować polskim lekkoatletom. Miał 70 lat. Zgodnie z wolą rodziny jego ciało zostało skremowane w Pekinie.

Reklama

Kajetan Broniewski spędził w stolicy Chin 36 dni. W tym czasie pozbył się ... 14 kilogramów. Z wioski prawie nie wychodził. Cały poniedziałek spędził na lotnisku. Gdy sportowcy, trenerzy, lekarze lądowali w Warszawie, szef misji zmagał się jeszcze z tonami bagażu ekipy.

Po wejściu na pokład dwóch samolotów - czarterowanego w ramach umowy sponsorskiej między PKOl a PLL LOT oraz rządowego - piloci zameldowali, że ich "ptaki" nie wzniosą się, gdyż są ... za ciężkie.

- Były dwa sposoby obniżenia ciężaru samolotów - albo zostawić w Pekinie ludzi, albo bagaże. Wraz z attache olimpijskim Januszem Taterą zdecydowaliśmy się na to ostatnie rozwiązanie - wyjaśnił Kajetan Broniewski przed wylotem z Pekinu.

- Z uwagi na maksymalną liczbę pasażerów, każdy mógł zabrać dwadzieścia kilo plus pięć kilo bagażu podręcznego. Okazało się, że ten limit został w wielu przypadkach przekroczony. Do tego doszedł "szpital", niewykorzystane podczas igrzysk medykamenty i zrobiła się nadwaga ponad dwóch czy nawet trzech ton. Ale jeszcze w nocy z poniedziałku na wtorek udało się wsadzić bagaże do czeskiego samolotu wyczarterowanego dla kibiców i turystów, natomiast sprzęt wysłany zostanie drogą cargo" - dodał Janusz Tatera

Kajetan Broniewski, który po raz pierwszy pełnił funkcję szefa misji olimpijskiej przyznał, że 36 dni jakie spędził w Pekinie były dla niego świetną szkołą życia. Nie chciał jednak oceniać swej pracy.

- To nie jest w mojej gestii. Starałem się pracować najlepiej jak tylko mogłem, załatwiałem dziesiątki spraw, z wioski prawie nie wychodziłem, chyba że jechałem odebrać z lotniska grupy zawodników, a także indywidualnie przybywających sportowców. I to oni, trenerzy, lekarze są tym wyznacznikiem, barometrem. Ich opinia będzie miarodajna - powiedział.

Natomiast co do zespołu ludzi, z którym współpracował podczas igrzysk, szef misji nadmienił, że w skali ocen "do pięciu" wystawia "czwórkę".

- Zawsze można lepiej i więcej. Trzeba jednak schować swoje ambicje pod dywan i wypełniać misję, do której zostaliśmy powołani. Teraz widzę co należałoby zmienić, poprawić. Nikt nie jest fenomenem i ciągle powinien się uczyć, dokształcać. Praca w misji była dla mnie świetną szkołą życia - podkreślił Broniewski, gasząc światło w budynku, który zajmowała w wiosce olimpijskiej polska ekipa.

Niebawem światło będzie zapalone ponownie, już w czwartek. Tego dnia spodziewany jest w Pekinie szef misji paraolimpijskiej Monika Maniak-Iwaniszewska. W dniach od 6 do 17 września 91 polskich zawodniczek i zawodników rywalizować będzie w XIII Letnich Igrzyskach Paraolimpijskich.

Janusz Kalinowski, Pekin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy