Reklama

Reklama

Szarmach: Potrzebne są zmiany w składzie

Któż bardziej jest uprawniony do oceny gry polskich piłkarzy w meczu z Ekwadorem, niż dwukrotny medalista i trzykrotny uczestnik finałów mistrzostw świata, jeden z symboli sukcesów polskiej piłki w latach 70-tych.

Andrzej Szarmach podzielił się z INTERIA.PL swoimi przemyśleniami na temat premierowego występu biało-czerwonych na niemieckim mundialu.

Reklama

Jak Pana samopoczucie po meczu z Ekwadorem?

Takie jak was wszystkich, jak naszej wspaniałej publiczności, która wychodziła ze stadionu ze złością. Liczyłem i wierzyłem w naszą drużynę, że coś pokażą, że chociaż powalczą. Tutaj nie było tego widać, że ta drużyna chce wygrać. Nie będę ukrywał, że jedynym człowiekiem, który szarpał się był Smolarek, ale był osamotniony i szkoda, że zniszczył sobie tylko zdrowie i nic z tego nie wyszło.

Czy Pana zdanie zdąży dojść do siebie na mecz z Niemcami?

To jest turniej, mecze są grane co kilka dni. Wszystko będzie zależało od przygotowania fizycznego i od regeneracji, bo niektóre organizmy potrzebują dłuższego czasu na doprowadzenie organizmu do normalności, a niektóre mnie.

Czy widział Pan coś pozytywnego w grze naszych piłkarzy?

Owszem, były dwie czy trzy akcje pozytywne. Raz Krzynówek, który lewą stroną zrobił akcję no i końcówka, w której były poprzeczka i słupek. Na 90 minut gry trzy dogodne sytuacje to zdecydowanie za mało.

Co było złe w grze polskiej drużyny?

Za mało było ruchu. Ta drużyna chciała na stojąco wygrać ten mecz. Może w psychice i podświadomości mieli zakodowane coś takiego, bo w momencie odebrania piłki, ani obrońcy ani pomocnicy nie mieli możliwości zagrania. Reszta chowała się za plecami przeciwnika, po prostu uciekała od gry.

Wszyscy mówią o taktyce, czy Pana zdaniem było to ustawienie (4-5-1 - przyp. red.) właściwe?

Każda taktyka jest dobra jak się wygrywa. Najpierw przegraliśmy mecz z Kolumbią, grając inną taktyką. Później z Chorwacją wygraliśmy, ale znów ustawienie było odmienne. Taktykę dobiera się pod kątem umiejętności przeciwników.

A może zwycięski mecz Chorwacją zaciemnił nam wszystkim obraz formy piłkarzy, bo przecież, gdyby w Wolfsburgu rywale byli skuteczniejsi, to strzeliliby nam z 3-4 bramki.

Cóż jeszcze mogę dodać. Może to, że to Paweł Janas zna wszystkich swoich zawodników, ma z nimi zajęcia oraz wie, kogo i na ile stać. Wydaje mi się, że nie powinniśmy winić selekcjonera, ale piłkarzy, którzy mieli nakreślone jakieś ustawienie taktyczne, mieli pewne zadania do wykonania i zawiedli. Taki na przykład Sobolewski nie błyszczał w tym meczu, a na niego liczyliśmy.

Skoro tak, to czy trener nie powinien sięgnąć po zmiany znacznie wcześniej, choćby od początku drugiej połowy?

Zmiany, które trener przeprowadził były moim zdaniem dobre, z tym że za późne. Po pierwszej bramce Paweł już powinien zareagować. Jeżeli te zmiany poszłyby w tym kierunku, w którym chciał, czyli tak jak graliśmy w końcówce i jeżeli byłyby dokonane wcześniej, to może byśmy nie przegrali. Był przecież słupek, poprzeczka. Można powiedzieć, że zabrakło też szczęścia.

Tak, ale w końcówce i rywale już grali inaczej, trochę nam odpuszczali.

Ekwadorczycy już nie mieli zdrowia, skurcze ich łapały, rzucali się na ziemię, grając na czas. To wszystko było cwaniactwem, które zyskuje się dzięki doświadczeniu.

Nasi piłkarze też rzucali się na ziemię, gdyż ciągle się ślizgali. Czyżby nie mieli wyczucia murawy?

To jest już kwestia dobrania odpowiedniego obuwia. Każdy zawodnik wychodzi przed meczem, sprawdza stan murawy, czy jest mokro, czy miękko, a może ślisko. Wtedy dobiera sobie do tych warunków buty. Jeżeli nasi zawodnicy się ślizgali, to też trzeba wyciągnąć z tego wnioski. Jeśli zawodowiec, bo przecież są zawodowymi piłkarzami, jedzie na mistrzostwa świata i nie potrafi dobrać sobie butów na mokre boisko, to o czym my mówimy.

Przed nami kolejny mecz, tym razem naprawdę najważniejszy. Jakich Pan dokonałby zmian?

Przede wszystkim buty (śmiech). To oczywiście żart. No cóż można zmienić. Myślę, że ważne jest, aby nie popełnić takiego samego błędu jak w Korei, kiedy przemeblowana drużyna wyszła na ostatni mecz, który nie miał już żadnego znaczenia i wygrała z USA.

Czy sugeruje Pan, że należy dokonać aż tak drastycznych zmian w składzie?

A jakie jest inne wyjście? Trzeba zaryzykować.

A kogo Pan by wymienił?

Dokładnie nie wiem w jakiej dyspozycji są zawodnicy. Nie ukrywam, że Maciej Żurawski był słaby.

To kto mógłby grać za niego?

Ja bym postawił na przykład na... (chwila milczenia). Nie chciałbym jednak rzucać nazwiskami, bo ktoś później mógłby to źle odebrać, choćby Maciek albo ktoś inny. Paweł niech sam decyduje o tym. To on wziął na siebie ryzyko i będzie decydował.

Ale kto może zastąpić Żurawskiego? Bardziej Jeleń, czy Brożek?

Nie chcę mówić nazwiskami. Może też być tak, że Maciej Żurawski zagrał w piątek słaby mecz, a z Niemcami zagra najlepiej.

A może gdy trener dokona w składzie drużyny pięciu albo sześciu zmian, to może Niemcy się trochę pogubią w meczu z nami?

Na pewno, bo Niemcy są przygotowani na pewny system gry naszej reprezentacji. Jakby pomieszać trochę w składzie, poprzestawiać zawodników, to może to stanowić pewne zaskoczenie. Zanim przeciwnik kapnie się o co w tym chodzi, to może już być pozamiatane, czyli po meczu.

Na co Pan liczy tak naprawdę w kolejnym spotkaniu. Może jednak powinniśmy skupić się na tym, żeby nie było kompromitacji jak w Korei, gdzie przegraliśmy z Portugalią 0:4.

Mam nadzieję, że Paweł Janas nie będzie taki uparty i coś zmieni. Dziś będą mieli odnowę i badania, dlaczego ten albo inny zawodnik jest w słabszej formie. Trzeba tylko wyciągnąć z tego wnioski. Być może Paweł nas wszystkich zaskoczy i na mecz z Niemcami wyjdzie zupełnie inny skład. Może zrobi trzy lub cztery zmiany i zaskoczy przeciwnika. Na pewno trzeba coś zmienić, bo nie mamy innego wyjścia. Ten mecz trzeba wygrać.

Czy wierzy Pan gdy nasi piłkarze mówią, że będą starali się wygrać?

Mówić można wszystko, ale najpierw trzeba pokazać, że coś się umie, dokonać czego, a dopiero później można mówić.

Wszyscy porównują mecz na wodzie z Niemcami z 1974 roku, do środowego spotkania z gospodarzami. Czy to nie jest dla Pana i tamtej drużyny obraźliwe? Wtedy Wasz zespół był potęgą, a my teraz jesteśmy słabeuszami.

Nie można robić takich porównań. Kiedyś były inne czas i inna była piłka. Porównywać możemy sobie jedynie trampki, albo piłkę.

Andrzej Łukaszewicz, Barsinghausen

mundial2006.blog.interia.pl

Dowiedz się więcej na temat: mecz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje