Reklama

Reklama

Sylwia Jaśkowiec: Zostaliśmy pokrzywdzeni

Justyna Kowalczyk w rozpoczynających się 12 lutego igrzyskach w Vancouver ma do dyspozycji siedmioosobowy sztab, w tym dwóch serwismenów. Pozostała piątka biegaczy - jednego. Sylwia Jaśkowiec uważa, że sytuacja przypomina piłkarski rzut karny przy stanie 0:0 i grze w osłabieniu.

Sylwia Jaśkowiec rok temu wygrała we Francji bieg na 10 km w ramach mistrzostw świata do lat 23 i w ten sposób szturmem przebiła się do reprezentacji Polski.

Reklama

Tworzycie kadrę mix, w której składzie oprócz pani, znajdują się Kornelia Marek, Paulina Maciuszek, Maciej Kreczmer i Janusz Krężelok. Indywidualnie trenuje liderka Pucharu Świata Justyna Kowalczyk. Jak ją traktujecie?

Sylwia Jaśkowiec: Nie mamy z nią dużego kontaktu, choć jej wyniki są na pewno dla nas mobilizujące. Ktoś, kto odnosi takie sukcesy, tym bardziej w naszej dyscyplinie, jest dodatkowym motywatorem. Przykład Justyny zachęca nas do ciężkiej pracy. Dzięki niej wiem, że lata treningów i wylewanie potu opłaca się.

Nie macie do niej żalu, że w jej sztabie znalazło się dwóch serwismenów, a pozostała piątka ma do dyspozycji tylko jednego?

- Wiem, że Justyna jedzie do Vancouver po medale. Ona musi mieć zapewnione odpowiednie warunki pracy i wiedzieć, że zostanie spełnione każde jej życzenie. Sytuacja, w której my się teraz znaleźliśmy, z tylko jednym serwismenem, jest beznadziejna. Zostaliśmy pokrzywdzeni, ale nie mamy pretensji. Jeżeli uda się uzyskać satysfakcjonujące wyniki, to będziemy bardzo zadowoleni, bo brak jednego serwismena, to jak rzut karny przy stanie 0:0. W dodatku przy grze w osłabieniu. Mam nadzieję, że zbierzemy się jako ekipa i troszeczkę odciążymy Andrzeja Michałka, testując sobie narty. To będzie trochę stresująca sytuacja, bo przypomina loterię. Nie będziemy mogli skupić się jedynie na starcie, ale musimy się jeszcze myśleć o doborze sprzętu.

Jak pani odbiera olimpijski debiut?

- Krótko mówiąc - wspaniała przygoda i ciężka praca. Zbyt intensywne myślenie o startach w igrzyskach nie wpływa zbyt pozytywnie, zwłaszcza, że ostatnie tygodnie były dla mnie trudne. Miałam kryzys formy i ciężki trening spowodował, że troszeczkę człowiek sceptycznie podchodził do wyjazdu. Musiałam trochę zmienić sposób myślenia. Postanowiłam, że jadę do Vancouver po przygodę, nowe doświadczenia, naukę na przyszłość, wyciąganie wniosków. Ta pierwsza olimpiada będzie dla mnie krokiem ku przyszłości. Mam nadzieję, że poszerzy moje horyzonty na temat tej dyscypliny sportu, treningu, pomoże zdobyć nowe kontakty. Oczywiście chcę się przy tym zaprezentować z jak najlepszej strony. Wiem, że nie pracuję tylko dla siebie, ale również dla rodziny, kibiców i ludzi, którzy inwestują we mnie.

Jak walczy pani ze stresem?

- Trema jest zawsze, zwłaszcza, kiedy ludzie czegoś oczekują i jest presja. Najlepsze co można zrobić, to skoncentrować się na jednej rzeczy. To sprawa priorytetowa. Przed startem pomagają mi książki i muzyka, która wpływa na mnie kojąco. W zależności od samopoczucia zmienia się też jej styl. Różnie człowiek się czuje przed startem. Czasami jest to apatia, zmęczenie, znużenie, brak pobudzenia i wtedy potrzebuje czegoś energetyzującego, czegoś, co da "kopa". Może być jednak też odwrotnie, kiedy jestem zbytnio pobudzona. Wtedy lepsze jest ściągnięcie cugli.

O czym myśli pani w trakcie biegu?

- Nie myślę. Jest to wielkie znużenie i człowiek biegnie na granicy swojej wytrzymałości. Każda dodatkowa myśl to strata energii. Staram się pracować jak automat. Wyłączam wszelkie funkcje, które mogłyby mnie rozpraszać. Liczy się dla mnie tylko rytm i jak najszybsze dotarcie do mety.

Woli pani trasy, przy których mogą ustawić się kibice?

- Zdecydowanie tak. Fani są bardzo dużym wsparciem dla zawodnika. W momencie wielkiego kryzysu to właśnie kibice, ich zagrzewanie do walki, śpiew, krzyk, bębny, flagi, pomalowane twarze mogą spowodować, że człowiek złapie drugi oddech i pomyśli: "skoro wy tu jesteście, to ja muszę się postarać".

Ma pani w trakcie biegu czas, by patrzeć na umalowane twarze kibiców?

- Na to jest czas przed rywalizacją, w trakcie rozgrzewki. Wtedy człowiek jest rozluźniony i chłonie wszystkimi zmysłami całą atmosferę, całą otoczkę. W czasie biegu włącza się automatyzm, pracujemy jak maszyny i niewiele dociera do naszych uszu i oczu. Czasami tylko jakieś wskazówki trenera.

Woli pani rywalizować indywidualnie czy w sztafecie?

- Każdy z tych biegów ma inne zalety. W biegach indywidualnych wiesz, że wynik zależy tylko i wyłącznie od ciebie, polegasz na sobie. To ma duże plusy, nie obciążasz się dodatkowym stresem. Jeżeli wyjdzie, to fantastycznie, jeżeli nie - trudno. Zamykam ten etap i przygotowuję się do następnych. Sztafecie towarzyszy większy stres i ryzyko. Wiesz, że pracujesz na cały zespół i jeżeli się nie uda, coś pójdzie źle, cała drużyna może się załamać. Jak się widzi, że wcześniejsze zmiany układały się fantastycznie i dziewczyny "idą" w czubie, to działa mobilizująco. Ten stres staje się konstruktywny.

Na której zmianie lubi pani biegać?

- To dla mnie bez znaczenia. Jestem uniwersalna. Zależy od strategii trenera. Z ostatnich doświadczeń wiem, że wystawiana jestem na ostatnich zmianach. Może dlatego, że potrafię wykrzesać resztki sił na końcowych metrach. Poniekąd ufają mi, że przy konfrontacji ramię w ramię mogłabym sobie poradzić.

Rozmawiała: Marta Pietrewicz

CZYTAJ TAKŻE:

Vancouver: Kowalczyk może wygrać wszystko

Kowalczyk zdarzyło się wyskoczyć na wagary

Sylwia Jaśkowiec mistrzynią świata!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama