Reklama

Reklama

Sportowy Dzień Matki. Sylwia Gruchała: Niepotrzebnie się zakochałam

Przed laty topowa florecistka, dziś szczęśliwa matka ośmioletniej Julki. Sylwia Gruchała mówi szczerze o karierze sportowej i stara się nie popełniać błędów własnej matki.

Maciej Słomiński, Interia: Co jest trudniejsze - zdobycie medalu na igrzyskach olimpijskich czy wychowanie córki?

Sylwia Gruchała, dwukrotna medalistka olimpijska, mama ośmioletniej Julki: - Nie można tego w ogóle porównywać. Nie ma większego wyzwania niż dobrze wychować dziecko. Jest na to jeden sposób: trzeba dziecko szanować, porzucić filozofię, która była kiedyś: "dzieci i ryby głosu nie mają". Wychowanie dzieci to bardzo piękne, a zarazem trudne zadanie. Nie ma gotowego przepisu na nic. Na wychowanie, na miłość, na sukces. I to jest fajne.

Reklama

Ja bym wolał, żeby ta recepta jednak była.

- Wszystko dzieje się po coś. Dziś jestem cała dla mojej Julki, a to dlatego, że moja mama wyjechała na stałe do USA, gdy miałam sześć lat. Nie wyniosłam dobrego wzoru z domu, myślę, że jeśli ktoś ma klasyczną rodzinę, jest mu łatwiej założyć swoją.

Jaką ty jesteś mamą?

- Nie jestem idealna, zdarza mi się krzyczeć, popełniam błędy. Miewam wyrzuty sumienia, ale doszłam do punktu, że nie ma się co samobiczować. Jesteśmy tylko ludźmi, każdy z nas jest najlepszym rodzicem dla swego dziecka. Wiem już też, że trzeba dbać o siebie. Jeśli tego nie zrobimy, nie będziemy dobrymi rodzicami. Jeśli my jesteśmy silni, dziecku łatwiej zbudować siebie na tym fundamencie. To jak z budową domu.

Gdy twoja mama wyjeżdżała, myślałaś, że wróci?

- Tak, cały czas żyłam nadzieją, że wróci. Postanowiłam sobie, że jak ja będę matką, to będę w domu. I tak się stało, gdy Julka przyszła na świat, zakończyłam swą karierę sportową. Potem na chwilę wróciłam do sportu, z zupełnie innych powodów.

Jakich?

- Rozwodziłam się, miałam trudny czas. Sport zawsze ratował mi d... w trudnej sytuacji, tak było i tym razem. Rozstanie nie należy do rzeczy łatwych, zwłaszcza gdy jest małe dziecko na świecie. Z własnego dzieciństwa miałam taki obraz, że dziecko jest otoczone rodziną. Nagle mi się świat zawalił, a to nie do końca zależało ode mnie. Wtedy podjęłam decyzję o powrocie do sportu, żeby mieć cel, czymś zająć głowę. Gdy doszłam do równowagi i się wyciszyłam, po raz drugi odeszłam od sportu.

Po czym poznałaś, że już jest dobrze?

- Znów zaczęłam się cieszyć z małych rzeczy. Traumy są czymś tak silnym, że nie ma możliwości, by jakakolwiek terapia uzdrowiła nas do końca. Dopiero po sześciu latach w miarę oczyściłam głowę po rozwodzie. Nie chcę o tym za głośno mówić, żeby nie zapeszyć, żeby to nie pękło jak bańka mydlana.

Czy macierzyństwo cię zmieniło?

- Porażki w życiu mnie zmieniły. Szkoda, że tak jest. Człowiek powinien się rozwijać przez inspiracje, a nie wtedy, gdy dostaniemy gong, gdy spotyka nas jakaś strata. Jak jest dobrze, to płyniemy, nie zastanawiając się nad tym. Zapominamy o pokorze, o małych rzeczach, nie doceniamy, że jesteśmy zdrowi, że mamy dzieci, że możemy spotkać się na plaży i pogadać. Pandemia koronawirusa też była po coś. Przez nią doceniliśmy, jak ważne są relacje międzyludzkie i jak łatwo je stracić.

Jak to właściwie z tobą jest? Z jednej strony cenisz sobie ciszę i prywatność, z drugiej był "Taniec z gwiazdami" i różne sesje zdjęciowe.

- Mam 40 lat, udzieliłam mnóstwa wywiadów, bo tak trzeba było, brakowało asertywności. Byłam cierpliwa, wciąż odpowiadałam na te same pytania. Teraz mi się już nie chce, teraz żyję, jak chcę.

To po co był "Taniec z gwiazdami"?

- Boli mnie, że trzeba iść do takiego programu, żeby zarobić, żeby zainteresować sponsora. To była część mojej pracy, dziś już tego nie muszę. Nie rozumiem czemu jest tak, że za medal olimpijski państwo płaci tyle, co za kilka odcinków tańca?

Pieniądze szczęścia nie dają, ale żyć bez nich trudno.

- Ja mnóstwo pieniędzy przepieprzyłam. Zawsze dużo zarabiałam, myślałam, że tak będzie zawsze.

Na co wydałaś kasę?

- Na podróże.

To chyba fajnie, masz dużo wspomnień.

- Tak, ale po co płacić 35 tysięcy za Seszele, jak można polecieć za dychę? Im się więcej zarabia, tym się więcej wydaje. Nie ma co żałować. Jak pandemia, to też było po coś.

Jak przeżyłaś lockdown?

- Na początku fajnie było być razem. Uwielbiam Kaszuby, mój narzeczony ma domek letniskowy, tam spędziliśmy trzy miesiące pandemii w zeszłym roku. Za długo to jednak trwało, za długa była ta zima...

Jaką chciałaś mieć pogodę na północy Polski. Karaibską?

- Długa zima wpłynęła na mnie depresyjnie, jak słyszę, nie jestem sama. Wiele rodzin też tak miało. Zmęczona jestem już pandemią. Jestem zdecydowanie za wolnością wyboru. Chcę decydować o swoim zdrowiu, mam nadzieję, że będę mogła podróżować, gdzie chcę, bo to kocham. To jest mój cel, żeby pokazać świat mojej córce. Idę w swoich wyborach trochę pod prąd. Był w modzie Zanzibar i Malediwy, ja od nich jak najdalej. Nie byłam też jeszcze w Chorwacji. Nie kupuję bestsellerów.

Mieszkając w Trójmieście, ktoś może pomyśleć, że mamy wakacje cały rok, że wciąż plażujemy.

- Kocham to miejsce, aczkolwiek w sezonie uciekam. Za dużo jest ludzi, za dużo obcych. Uwielbiam Trójmiasto zimą, cisza, spokój, można wtedy odpocząć. Teraz odliczam dni, żeby znów zacząć biegać.

Biegać? Sali szermierczej już nie odwiedzasz?

- Piękna przygoda, ale mnie się przejadło. Nie mam już ochoty iść na salę. Teraz czekam na igrzyska olimpijskie, jesteśmy mocne w szpadzie. Dziewczyny mają szansę nawet na złoto, są klasyfikowane na drugim miejscu na świecie. Indywidualnie też mocno stoimy. Magdalena Piekarska-Twardochel, Ewa Trzebińska, Aleksandra Jarecka i Renata Knapik-Miazga to nasze nadzieje medalowe.

Boisz się czasem o córkę?

- Jestem z innego pokolenia, cały dzień byliśmy na podwórku, chodziło się na szaber, po drzewach. Dziś zagrożenia są gdzie indziej. Może jestem świrem, ale robię research bajek, które córka ogląda. Nie wszystkie bajki są dla dzieci. Zresztą Julka mało tego ogląda. Dlaczego? Bo mam dla niej czas. Miałam wielkie pragnienie, żeby mieć córkę. Julka to spełnienie marzeń, wiele się od niej uczę.

Czego na przykład?

- Empatii, wejścia w buty drugiego człowieka. Troski o drugą osobę, braku egoizmu. Prawdziwych emocji. Łapię się często na tym, że my dorośli zakładamy maski. Dzieci nie kalkulują, co dzień pokazują nam, że warto być sobą, być spontanicznym, cieszyć się z tego, co mamy. Dzieciństwo było i jest piękne, i beztroskie. Dorosłe życie mnie osobiście rozczarowało.

Dlaczego?

- Sport jest wymierny. Mam wpływ na to, czy wygram czy przegram. Poza sportem tak nie jest, nie mamy wpływu na wszystko. Chciałam mieć rodzinę, chciałam, żeby było idealnie. Bardzo długo nie mogłam zaakceptować sytuacji, że nie mogę być z ojcem mego dziecka. Że to nie jest właściwa osoba. Po latach dotarło do mnie, że nie na wszystko mam wpływ.

Pesymistycznie.

- Wiodę życie normalnej matki, jestem z niego zadowolona. Lubię pobyć ze sobą, ze swoimi myślami. Lubię zrobić po swojemu, w swoim rytmie, posprzątać. Cieszę się każdą chwilą z rodziną. Stawiam na jakość, nie ilość.

Jesteś zadowolona ze swojej kariery sportowej?

- Powiedzmy sobie wprost: spieprzyłam ją. Mogłam osiągnąć o wiele więcej. Miałem wszelkie predyspozycje, żeby być najlepszą na świecie bardzo długo. Dokonywałam złych wyborów, przez co nie mam złotego medalu olimpijskiego. Źle mi zrobił związek z Włochem. Żałuję, że się zakochałam, że przestało mi się chcieć w sporcie.

Jak to brzmi: "żałuję, że się zakochałam". Przecież to najpiękniejsze uczucie, wtedy fruwasz.

- Za miłość przychodzi czasem zapłacić. Fruwasz, gdy miłość jest pozytywna, konstruktywna. Tamten związek wpłynął destrukcyjnie.

Serce nie sługa.

- Startować na wysokim poziomie to niezmiernie duże obciążenie dla psychiki. Zabrakło kogoś, kto by doradził i mną pokierował. Zabrakło rodzica. Chociaż jednego.

Mówisz o czasie, gdy byłaś w kwiecie wieku, miałaś 25 lat.

- Tak, ale również o wcześniejszym. Pochowałam ojca, gdy miałam 15 lat, to czas, gdy bardzo się potrzebuje rodzica, aby nas ukierunkować, żeby pogadać, żeby on był. Gdy zaczęłam odnosić sukcesy w sporcie, to było dla mnie trudne, byłam ciągle oceniana. Dziś jestem już duża, dziś się tym nie przejmuję. Ale wtedy to mnie obciążało. Zewsząd słyszałam: "Ona nie zrobi kariery w sporcie, jest na to za ładna. Taki ktoś nie może wszystkiego, nie da się tego połączyć".

To ciekawe, zawsze myślałem, że ładne dziewczyny mają łatwiej.

- Kobiety bardziej urodziwe mają od reszty trudniej, muszą udowadniać, że to, co mają, nie jest za ładną buzię. Zresztą musimy kończyć, lecę po córkę.

Jest w pierwszej klasie?

- Tak. Cały prawie rok na teamsie.

Też mam małe dzieci. Myślę, że nie stałaby się wielka krzywda, gdyby ten rok szkolny powtórzono.

- Oczywiście, że tak. To jak budowa bez fundamentów. Nie ma się co spieszyć do dorosłości.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Dowiedz się więcej na temat: Sylwia Gruchała | floret | szermierka | Dzień Matki 2021

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje