Reklama

Reklama

​Śmierć, którą trzeba przeżyć. Żona Tomasza Mackiewicza wraca do rodzinnej tragedii

- Kiedy 25 stycznia Elisabeth Revol napisała mi o ciężkim stanie Tomka, poczułam, że to koniec. Że już do mnie nie wróci. To był przebłysk, trwająca sekundę wizja, tego, co nas czeka. Nocne wołanie o pomoc spod szczytu Nanga Parbat zmusiło mnie jednak do natychmiastowego działania. Nadzieja, wbrew wiedzy i rozsądkowi, tliła się we mnie do końca - mówi Interii Anna Solska-Mackiewicz, żona Tomasza, który cztery lata temu zginął pod szczytem dziewiątej co do wielkości góry świata.

Dariusz Wołowski, Interia: Pani mąż unikał słowa "obsesja". A jednak zdobyciu Nanga Parbat poświęcił osiem lat. Atakował szczyt siedem razy: zimą, bez odpowiednich środków, sprzętu i przygotowania. Aż w styczniu 2018 roku spod Nangi nie wrócił. Wielu ludzi nazywa takie postępowanie obsesyjnym.

Anna Solska-Mackiewicz: - Tomek uważał, że obsesją jest to, co całkowicie pochłania człowieka. Niszczy lub odsuwa w cień wszystko inne w jego życiu. Tak jak nałóg, który stopniowo odbiera życie i oddala od bliskich. Obsesja to coś, co nie pozostawia miejsca na nic innego. Tymczasem on potrzebował gór jako miejsca wytchnienia, regeneracji po trudach codziennego życia wśród ludzi. Kiedy do nas wracał z Nangi, był w pełni zaangażowany w nasze sprawy. Pracował, kochał, był ojcem i mężem. 

Reklama

Próbował zdobyć Nangę siedem razy, ale nie w sposób obsesyjny. Ja bym to nazwała pasją. Tomek taki był: pełen życia, chęci do działania, jak się w coś angażował, to na 100 procent. Wchodził w to, co stanowiło sens jego życia, całym sobą. To dotyczyło nie tylko jego wizji zdobycia Nangi zimą. Kiedy się poznaliśmy, kiedy poczuł, że staję się dla niego kimś ważnym, wszedł w tę relację natychmiast i całym sobą. Bez wahania, z pełnym oddaniem. Ofiarował siebie całkowicie. Nie zostawiając nic dla siebie. Był hojny, pełen wewnętrznego ognia. To właśnie było w nim zachwycające. Porywał entuzjazmem innych i sam dawał się porwać swoim fascynacjom.

Akcja ratunkowa na Nanga Parbat. Mijają cztery lata

Czy w styczniu 2018 roku uwierzyła pani Elisabeth Revol, a potem ratującym Francuzkę Adamowi Bieleckiemu i Denisowi Urubko, że dla Tomka nic więcej nie mogli zrobić?

- Sama brałam udział w akcji ratunkowej, choć z daleka. Byłam wtedy w Irlandii. Po otrzymaniu wiadomości SOS od Elisabeth, dzwoniłam w nocy do polskiej ambasady w Pakistanie. Tomek był już w stanie ciężkim. Nie widział, miał rozległe odmrożenia, z trudem się poruszał. Znajdowali się na dużej wysokości, było zimno, a jego stan gwałtownie się pogarszał. Znam się na górach na tyle, żeby wiedzieć co to znaczy. Koniec. Elisabeth zrobiła dla niego więcej niż leżało w ludzkiej mocy. Walczyła o jego życie tak samo jak o własne, choć niektórych szczegółów tragedii dowiedziałam się dopiero po jakimś czasie. Przed ich wyprawą na Nangę znałyśmy się mało. Właściwie w ogóle. Przyjaźń między nami zaczęła się po śmierci Tomka. Ona potrzebowała mnie, ja jej, żeby jakoś przez to wszystko przejść. Poskładać swój świat od nowa. To był koszmar dla niej i dla mnie. Musiałyśmy sobie pomóc. Zmierzyć się z bólem i uczynić ten potworny ciężar choć trochę lżejszym. Rozłożonym na nas obie.

27 stycznia 2018 roku Bielecki i Urubko, który przylecieli helikopterem spod K2, pokonali w nocy 1400 m lodowej ściany Kinshofera, by na wysokości około 6000 m odnaleźć Revol. Po Tomka, który został w szczelinie 1200 m wyżej, już nie poszli.

- Spod K2 przyleciało ich czterech. Także Piotr Tomala i Jarosław Botor. Kiedy dowiedziałam się, że w górę rusza dwóch, wiedziałam, że nie pójdą po Tomka. Bo jak? Adam i Denis musieli sprowadzić wyczerpaną Elisabeth. Zresztą dla Tomka nie było już wtedy ratunku. Zdaję sobie z tego sprawę i zdawałam już wtedy, kiedy Denis i Adam pięli się w górę po Eli. Tomka można było uratować 26 stycznia, choć i wtedy był to jedynie cień szansy. Długo trwały targi o helikopter. Dostałam informację, że muszę zdobyć 50 tys. dolarów. Siedząc w Irlandii z czterema telefonami w rękach na przemian i przed komputerem. Miałam na to kilka godzin. Przeżyłam chwile bezsilności i lęku, ale zaczęłam działać. Ogłosiłam zbiórkę, równolegle założyła podobną Rosjanka Masha Gordon. W pomoc włączyło się wielu ludzi. Poczułam, że może da się jeszcze coś zrobić. Że może uda się go ocalić. Walczyliśmy do końca.



Po tragedii w jednym z wywiadów powiedziała pani, że kierownik wyprawy na K2 Krzysztof Wielicki mógł działać z większym zdecydowaniem. Zabrzmiało to jak zarzut.

- To nie był zarzut, raczej pytanie. Czy załatwienie helikoptera mogło trwać krócej? Czy naprawdę nie można było zrobić czegoś, wykraczającego poza procedury, bo przecież Pakistan to nie jest kraj procedur i wykorzystać finansowy potencjał wyprawy narodowej z wielkim budżetem? Mam żal do środowiska himalaistów za wyszydzania Tomka przez te wszystkie lata kiedy jeździł pod Nangę. Kpiono z jego umiejętności, sposobu wspinania się, sprzętu. To prawda, że nie stać go było na taki jak mają zawodowi alpiniści. 

Obala mit herosów, ludzi z żelaza jak lubią się przedstawiać ci, którzy ze wspinaczki żyją. Tomek był samoukiem, chodził własnymi drogami, za półdarmo i docierał tam, albo wyżej, gdzie himalaiści wyposażeni za ciężkie setki tysięcy dolarów. Ludzie pokochali Tomka i to może zdumiewało i irytowało sławnych wspinaczy: tak w Polsce, jak za granicą. Książka o Tomku znakomicie sprzedała się we Włoszech. Myślę, że to było zaskakujące dla takiej legendy jak na przykład Simone Moro, bo w jakiś sposób umniejszało jego wizerunek: mit światowej gwiazdy wspinania.

Półtora roku temu byłem na festiwalu filmów górskich w Lądku Zdrój, gdzie Bask Alex Txikon pokazywał dokument o pierwszym zimowym wejściu na Nangę Parbat w 2016 roku. Zdobył szczyt z Simone Moro i z Pakistańczykiem Muhammadem Alim Sadparą. Pani mąż zakwestionował tamto wejście, długo nie mógł się z nim pogodzić. Txikon wysłał mu na dowód zdjęcia. Pytany o Mackiewicza Bask mówił o nim tylko dobrze. Opowiadał, że w bazie pod Nangą wyglądał jak niedźwiedź polarny w tym swoim przestarzałym ubiorze.

- Tomka nie dało się nie lubić, bo on sam kochał ludzi. Był po prostu dobrym człowiekiem, który nie krzywdził innych. Był impulsywny, emocjonalny, czasami nieznośny. Nie było łatwo być jego towarzyszką życia. Wiele przeszedł, ale był z tym pogodzony. W 2016 roku zabolało go z pewnością, że nie on jako pierwszy zimą stanął na szczycie Nangi. Nie on pierwszy kwestionował to wejście. Zrobili to Pakistańczycy, z którymi obserwował wydarzenie, będąc w Islamabadzie. Potem wycofał się z tej walki z Moro. Myślę, że się tego wstydził. Zareagował zbyt gwałtownie, w pierwszych godzinach po ich sukcesie. Miał wątpliwości, które ciągle się tlą, wokół samego scenariusza wejścia. Irytowało go umniejszanie udziału Aliego Sadpary. To Pakistańczyk był na szczycie pierwszy, o czym świat milczał. Tomka bolały wszelkie zakłamania i manipulacje, jakich dopuszczają się ludzie gór. Potem starał się łagodzić tę wojnę i napięcie pomiędzy nim a Moro. Ale ze swojej wizji nie zrezygnował. Wrócił pod Nangę, co potwierdza jego pasję. Miał swoją misję i chciał ją dokończyć. Na własnych zasadach. Simone Moro, Alex Txikon i Ali Sadpara weszli drogą klasyczną, nie wytyczyli nowej. Ali miał status tragarza zanim nobilitowano go do tytułu wspinacza. Simone dołączył do Daniele Nardiego i Alexa Txikona, którzy wcześniej zaporęczowali duży odcinek drogi. Była to zatem ich praca. Daniele opuścił potem wyprawę.

Akcja ratunkowa na Nanga Parbat. Kto nie wierzy Elisabeth Revol?

Pierwsze zimowe wejście na Nangę nie zmieniło planów i nie ostudziło pasji pani męża.

- Tomek postanowił, że wejdzie na Nangę w stylu alpejskim. Wymarzył sobie wytyczenie nowej drogi. Częściowo się to udało. Droga, jaką osiągnęli szczyt, była kombinacją kilku dotychczasowych dróg, w tym część z niej sami wytyczyli. Uprawnia ich to do nazwania jej "Drogą Mackiewicz-Revol". Takie określenie padło w artykule Michaela Levy’ego w prestiżowym, amerykańskim piśmie "Rock and Ice" jeszcze w 2018 roku. Przy powstawaniu tego tekstu współpracowałam z autorem. Jedyną trudność, aby nazwa ich drogi przyjęła się na świecie, jest trudność wymawiania polskich nazwisk. Podobnie jest z drogami wytyczanymi przez Koreańczyków, czy Japończyków. Nie umiemy zapamiętać imion wszystkich 10 nepalskich zdobywców K2 zimą. Znamy tylko Nirmala Purję - zjawisko współczesnego wspinania. Mój i Tomka włoski przyjaciel, Emilio Previtali, narciarz wysokogórski, alpinista, członek wyprawy Simone Moro na Nangę z 2013 roku, powiedział mi, że często stosuje się wtedy określenie np. "droga koreańska" czy "droga Koreańczyków". W tym przypadku byłaby to droga "polsko-francuska". Poza tym był to zespół męsko-kobiecy - to znowu przełamanie stereotypu. Elisabeth dokonała drugiego kobiecego wejścia zimą na ośmiotysięcznik po Szwajcarce Marianne Chapuisat na Czo Oju w 1991 roku. Revol jest wyjątkową kobietą. Tym bardziej hejt jaki się na nią wylał po tragedii, nie przestanie mnie boleć. Proszę zwrócić uwagę, że ciągle rozmawiamy o akcji ratunkowej, śmierci Tomka w strasznych okolicznościach, niewiele mówi się o ich historycznym dokonaniu.

Są himalaiści, którzy kwestionują czy udało się im wejść na szczyt. Nie wierzą w relację Elisabeth Revol.

- Ma Pan zapewne na myśli wypowiedź Ryszarda Gajewskiego sprzed roku. Cóż, czuję się jego słowami głęboko zażenowana, bo nawet nie urażona. Przywykłam do kwestionowania dokonania Tomka i Eli w Polsce. To był powód kolejnej fali hejtu, która uderzyła we mnie i w Elisabeth po tragedii na Nandze. Tym bardziej jestem rozczarowana, że słowa te pochodzą od doświadczonego człowieka gór, a nie od przypadkowych i nie znających się na rzeczy internautów. Znamienne, że nigdy oficjalnie nikt nie zakwestionował tego wejścia w światowym środowisku himalajskim i alpejskim. Przeciwnie, wejście zostało potwierdzone jednoznacznie przez American Alpine Journal, najbardziej prestiżowy magazyn w świecie górskim, w którym wypowiadają się niekwestionowane autorytety. Co do naszego środowiska jedynym autorytetem, którego zdanie szanuję, jest Wojciech Kurtyka, wykluczony ze środowiska i stojący od wielu lat całkowicie z boku, a również uznany i wielbiony na całym świecie. Artykuł w AAJ autorstwa Lindsaya Griffina będącego prawdopodobnie największą żywą bazą wiedzy o alpinizmie, wspinacza o wielu dokonaniach, redaktora Mountain INFO -powstawał w ścisłej współpracy z badaczami Himalayan Database, w tym Rodolphem Popierem, który z kolei przeprowadził wiele rozmów z samą Elisabeth Revol. Himalayan Database to największa baza danych o wejściach himalajskich, tworzona od lat przez wybitnego Eberharda Jurgalskiego. Ja również rozmawiałam z Griffinem i Popierem. Powody, dla których nie mamy twardych dowodów wejścia na szczyt znane są wszystkim. Jest wiele dowodów miękkich. Podstawowym jest prawdomówność Revol, co do której nigdy nie było wątpliwości. O szczegółach wejścia Tomka i Elisabeth na Nangę piszę w mojej książce, która zostanie wydana wiosną. Charakterystyczne jest to, że poza Polską wejście zostało uznane i docenione. Było na ścisłej liście, z której wyłaniano nominacje do Złotego Czekana w 2019 roku.

Komentarze po wywiadzie z Gajewskim były takie, że "odważył się wyrazić głośno pogląd wielu ludzi z polskiego środowiska górskiego".

- Przeżywając to wszystko zrozumiałam jeszcze lepiej dlaczego Wojciech Kurtyka tak negatywnie ocenia środowisko himalaistów. Nie należę do ich świata, ale podzielam zdanie Kurtyki. Latami obserwowałam deprecjonowanie Tomka przez jego rodaków. Kontaktowałam się z Gajewskim po tym wywiadzie. Zostałam zlekceważona i potraktowana nieelegancko. Uciął rozmowę w sposób niegrzeczny. Za to zaistniał na chwilę znowu w opinii publicznej. Może na tym mu zależało? Świat zapamięta Tomka jak zechce. Spotykam się z ludźmi, którzy widzą w nim marzyciela, wizjonera, pasjonata, czego o wielu z jego krytyków powiedzieć się nie da.

"Życia nie mierzy się sumą oddechów, a ilością chwil, które zapierają dech" - to słowa Tomka. Są tacy, którzy powiedzą, że Mackiewicz nie był romantykiem Himalajów, ale człowiekiem mało odpowiedzialnym. Idącym w górę na wariata. Na dole zostawiał przecież żonę i dzieci.

- Tomek kochał mnie i dzieci, dbał o nas z całych sił. Nie jeździł w góry kosztem rodziny. Nasza 10-letnia córka Zoja lubi wspominać tatę. Poza bólem jest w nas duma, że dzieliłyśmy życie z tak niezwykłym człowiekiem. Oczywiście po śmierci Tomka znalazłyśmy się w ogniu. Setki ludzi nas wspierało, ale przeżyłyśmy też falę hejtu. Tomek był nazywany samobójcą, wiele osób miało mi za złe, że ambasada umorzyła mi koszty akcji ratunkowej. Wypominano, że to pieniądze podatników. Hejt wylał się na Elisabeth Revol za to, że zostawiła Tomka, a także na Denisa i Adama, że po niego nie poszli. 

Po tragedii z 2018 roku uczestniczyłam w wielu spotkaniach opowiadając o Tomku. Zawsze spotykałam się z taktem, współczuciem, wsparciem. Nikt mi nie zarzucał, że wspierałam pasję nieodpowiedzialnego egoisty. Przeciwnie. Otoczono mnie szacunkiem, rozumiano koszt takiego życia i siłę miłości, jaką się z Tomkiem darzyliśmy.

Akcja ratunkowa na Nanga Parbat. Jak pokochać Elisabeth Revol?

Mówiła pani o zazdrości środowiska himalaistów, ale Urubko i Bielecki przypadli pani do serca.

- Zdecydowanie tak. Denisa spotkałam we Włoszech w maju 2018 roku na festiwalu w Trento. Potem widzieliśmy się kilka razy, ale nie zdążyliśmy właściwie lepiej poznać. Dużo bliżej jestem z jego żoną, która także się wspina, Marią Cardell. Z Adamem jestem dziś zaprzyjaźniona. To niezwykły, dobry człowiek, choć też mocno oberwał po Broad Peaku, gdzie zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski. Potem także po akcji na Nandze, bo nie poszedł po Tomka. Ja wiem, że zrobili wtedy z Denisem wszystko co w ludzkiej mocy. Nigdy ich nie oskarżałam, przeciwnie - zdawałam sobie sprawę już wtedy z szans i możliwości jakie mieli. Podziwiam ich i jestem głęboko wdzięczna za nadludzki wysiłek. Ocalili Elisabeth, do czego też miałam szczęście się przyczynić.

Co pani czuła, gdy świat świętował ocalenie francuskiej himalaistki?

- Nie będę ukrywała, że był to dla mnie bolesny i nieskończenie trudny moment, kiedy Denis i Adam dotarli do Revol. Przeżyłam dziwną mieszaninę uczuć. Ulgę, a jednocześnie lód w sercu, bolesne ściśnięcie. 

Właściwie nie miałam jej od jakiegoś czasu, rozum podpowiadał mi, że szanse nie istnieją. Ale coś tam w środku zwodziło mnie do końca. To był rodzaj rozdwojenia jaźni między tym co realne i tym czego byśmy z całych sił pragnęli.

Jak to się stało, że zaprzyjaźniłyście się z Elisabeth Revol?

- Właściwie to był proces. Ona po powrocie z Nangi była w ciężkim stanie fizycznym i psychicznym. Schowała się przed światem. Musiało upłynąć sporo czasu zanim uporała się z tym wszystkim. Także z poczuciem winy wobec Tomka. Na tyle, żeby wracać do życia. Wtedy poznawałyśmy się lepiej. Dla niej ważne było to, że nasza córka Zoja przytuliła ją i pocałował na przywitanie jak kogoś bliskiego, kiedy w lipcu 2018 roku byłyśmy w jej domu we Francji. Spotkania ze mną też się obawiała, jak i ja się go bałam. Zapewne spodziewała się z mojej strony oskarżeń. Trzymałyśmy się cały czas razem od wydarzeń na Nandze, choć zwykle na odległość. Potem zaczęłyśmy wspólnie działać przez jej i moją fundację. Wybudowałyśmy wspólnie wodociąg pod Nanga Parbat, żeby tamtejsze kobiety nie musiały dźwigać wody z daleka. Planujemy z Elisabeth wyjazd pod Nangę dedykowany Tomkowi. To nie byłaby wspinaczka, ale trekking od południowej strony Diamir, i do północno-zachodniej Rupal. Chciałybyśmy zostawić pod szczytem tabliczkę pamięci Tomka. Wielu ludzi go tam zna i wspomina. Chcemy spotkać się tam z nim i rozliczyć ze swoimi emocjami. To ma być osobisty czas dany sobie wzajemnie i każdej osobno.

Jak poradziła sobie pani finansowo po śmierci męża?

- Dzięki hojności i solidarności wielu osób zgromadziliśmy pieniądze w dwóch zbiórkach. Początkowo na akcję ratunkową, potem dla rodziny i dzieci. Zaliczki wypłaconej przez polską ambasadę na lot helikoptera nie musiałam zwracać. Oddaliśmy tylko zaliczkę wypłaconą przez ambasadę francuską. Dwie trzecie kwoty, która została oddałam pierwszej żonie Tomka, która wychowuje dwoje jego dzieci. Nasze dzieciaki mają bardzo dobre relacje, często się widują. Tomek zawsze tego chciał. Nie chciałby natomiast, żebyśmy zamknęli się w swoim nieszczęściu, opłakiwaniu go. Pragnął, żebym była szczęśliwa i staram się o to. Chcę jego radość życia, zapał przekazywać dzieciom. Siedem lat żyłam z kimś niezwykłym i pragnę o tym opowiadać innym. Tak jest mi lżej. Dbanie o jego pamięć sprawia mi radość. Współpracowałam z Dominikiem Szczepańskim, autorem książki "Czapkins", a teraz piszę o Tomku sama. To będzie opowieść o naszym związku, góry będą stanowiły jedynie tło. Pisanie było zawsze moim marzeniem, mogę je teraz spełniać. To także dar od Tomka. Poza tym pracuję, zajmuję się domem, wspieram rodziców. Zarabiam na utrzymanie, nie mam żadnej renty po Tomku. Prowadzę też Fundację "Nanga". Staram się pomagać innym, tak jak pomagano mnie.

W jednym z wywiadów opowiedziała pani, że gdy mąż wyjeżdżał na Nangę cztery lata temu była pani wyjątkowo spokojna? Dlaczego?

- Nie umiem racjonalnie odpowiedzieć na to pytanie. Miałam intuicję, przeczucie, że tym razem uda im się zdobyć szczyt i cali wrócą do domu. Wszystko, co działo się we mnie, jest poza obszarem pojmowania, wykracza poza rozum zmierzając w stronę zjawisk metafizycznych. Wysłałam wtedy Tomkowi wiadomość z życzeniami urodzinowymi 13 stycznia. Nie odpowiedział, ale byłam na to przygotowana. Pisałam do niego, wiedząc, że odczyta te wiadomości jeżeli nie w bazie, to gdy zejdą, w Chilas, albo w miejscu, gdzie będzie miał dostęp do Internetu. Tomek przyzwyczaił mnie, że odzywa się po długim czasie. Uspokajał, żebym się nie bała i zawsze uprzedzał wcześniej o dłuższej przerwie w komunikacji. Byłam więc wtedy spokojna. Jak nigdy wcześniej. Aż do dramatycznej wiadomości od Elisabeth, w nocy, gdy schodzili ze szczytu.

Rozmawiał Dariusz Wołowski

Czytaj też:

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy