Reklama

Reklama

Ryszard Komornicki: Masakra w Port Said była przez kogoś sprowokowana!

Ryszard Komornicki przez rok miał okazję pracować w Egipcie jako trener. Popularny "Koko" w szczerej rozmowie z INTERIA.PL zgodził się opowiedzieć o problemach, które dotknęły ten kraj w ostatnim czasie. - Zachowanie policji i służb bezpieczeństwa w trakcie meczu o podwyższonym ryzyku było dziwne - uważa były szkoleniowiec Górnika Zabrze.

Kiedy kilkanaście tygodni temu rozmawialiśmy mówił pan, że w Egipcie jest bardzo spokojnie. Czy nadal podtrzymuje pan swoją opinię na ten temat?

- Stała się tragedia i nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. Sytuacja w tym kraju jest nieunormowana, napięta i nie było wiadomo, co się stanie. Byłem bardzo rozczarowany tym, co zobaczyłem. W Europie też czasami nie jest spokojnie na meczach piłkarskich, dochodzi do takich zdarzeń, choć nie w takich rozmiarach. W tym wypadku mecz miał również podłoże polityczne. Prawdopodobnie komuś udała się manipulacja, bo Egipcjanie wcale nie są narodem, który ciągle się walczy i zabija. Takie opinie nie są zgodne z prawdą. Ja w tym kraju nigdy nie odczuwałem żadnego zagrożenia, dlatego prosiłbym, żeby nie generalizować, nie wrzucać wszystkich do jednego worka.

Reklama

Po incydencie, do jakiego doszło w Port Said, gdzie zginęło ponad 70 osób, zarekomendowałby pan swoim znajomym Egipt jako miejsce do spędzania wakacji?

- Każdy takie decyzje musi podejmować na własną odpowiedzialność. Tam, gdzie ja pracowałem, nie odczuwałem żadnego zagrożenia. Proszę mi wierzyć. Było aż za spokojnie. Ekspertem od turystki albo bezpieczeństwa na pewno nie jestem. W tej chwili sytuacja jest zdecydowanie bardziej niebezpieczniejsza, nie tylko dla turystów. Trwa walka polityczna o władzę, a ja na ten temat nie chciałbym się wypowiadać. Osobiście planuję polecieć do Egiptu w kwietniu bądź w maju na dwa tygodnie, aby odpocząć trochę na słońcu. Nikomu innemu nie mogę tego jednak polecić ani zabronić.

Pracując nad Nilem spotykał się pan z objawami przemocy w trakcie meczów piłkarskich?

- Egipcjanie inaczej reagują i są bardziej pobudliwi niż Europejczycy. Nigdy nie można być pewnym ich reakcji, bo zawsze coś się może stać. Owszem, spotykałem się z przypadkami, że zawodnicy się poszarpali, ale aż tak ekstremalnych sytuacji, jak w Port Said nie przeżyłem.

Kibicom nie zdarzało się wtargnąć na boisko?

- W kwietniu głośno było o sytuacji, w której kibice Zamalek Kair wbiegli na murawę w meczu tamtejszej Ligi Mistrzów, ale takie sytuacje zdarzają się wszędzie. Olbrzymie znaczenie w przypadku tragedii, do jakiego doszło w Port Said, ma sytuacja polityczna w kraju. Egipcjanie są narodem bardzo biednym i wielu z nich dla pieniędzy zrobi wszystko żeby tylko przeżyć, żeby tylko utrzymać rodzinę. Takie sytuacje na pewno są wykorzystywane przez ludzi, którzy chcą rządzić bądź komuś zaszkodzić. Ale to jest tylko moja opinia. Ja tam się bardzo dobrze czułem, późnymi wieczorami jeździłem na mecze i nigdy takich drastycznych sytuacji nie przeżywałem osobiście.

Myśli pan, że komuś zależało na tym, aby doszło do tak poważnej katastrofy?

- Prawdopodobnie tak. Rozmawiałem z moimi znajomymi, którzy w Egipcie pracują jako trenerzy i uważają, że to wyglądało tak, jakby było przygotowane. Już przed meczem były ostrzeżenia, sygnały, przejawy tego, że może coś się stać. Nie od dziś przecież wiadomo, że kibice Al Masry i Al Ahly po prostu nie przepadają za sobą. Można było się spodziewać awantur. Zachowanie policji i służb bezpieczeństwa było więc dosyć dziwne. Nie zrobili w zasadzie nic, żeby uspokoić zgromadzoną publiczność i zapewnić bezpieczeństwo piłkarzom i trenerom, którzy również byli atakowani. A to był mecz o podwyższonym ryzyku! Moi znajomi, z którymi rozmawiałem, nie mają wątpliwości - to było zaplanowane lub przez kogoś sprowokowane. Zamiast rozgrywek piłkarskich, w Egipcie prowadzone są teraz rozgrywki polityczne.

Osoby zabezpieczające ten mecz były po stronie obalonego prezydenta Hosniego Mubaraka?

- Tego nie wiem, ale tak się mówi. Egipcjanie są biedni i naprawdę łatwo można nimi manipulować. Najbardziej zszokowało mnie w tym to, że tak dużo młodzieży, a nawet dzieci brało czynny udział w tych zajściach. To już jest naprawdę tragedia, kiedy takich młodych ludzi wciąga się do udziału w takich scenach. Ale do takich dramatów dochodzi w krajach o niskim poziomie życia socjalnego.

Sytuacja polityczna w tym kraju ma aż tak duży wpływ na funkcjonowanie piłki nożnej w tym kraju?

- Oczywiście, bo futbol w Egipcie, podobnie jak w wielu innych państwach, jest prestiżową dyscypliną, a kibice są wręcz fanatyczni. Szkoda tylko, że ten potencjał wykorzystuje się nie w tym kierunku, co powinno. Krajowa federacja piłkarska zostanie rozwiązana, liga zostanie zawieszona. Egipcjanom grozi sportowy dramat.

A co pana najbardziej denerwowało podczas pracy trenerskiej w Egipcie?

- Absolutnie nic mi nie przeszkadzało. Na początku troszkę denerwowały mnie pewne zachowania, które w Europie byłyby nie do zaakceptowania, na przykład spóźnienia na treningi, ale po jakimś czasie postanowiłem, że nie będę walczył z wiatrakami, bo to nie miało najmniejszego sensu. Później postanowiłem podejść do tych ludzi spokojnie. I dało mi to bardzo dużo, bo pewne rzeczy zrozumiałem. Przede wszystkim miałem punkt widzenia z innej strony. Mnie denerwuje bardzo, ale nie tylko w Egipcie, kiedy ludzie mają potencjał, talent, a mimo wszystko tego nie wykorzystują. Zawsze denerwuje mnie to, że ludzie zadowalają się byle czym, przy jak najmniejszym nakładzie sił.

Może pan podać konkretne przykłady takich sytuacji?

- Dla mnie piłkarz to nie jest zawód modela, aktora. Tylko to jest po prostu ciężka praca. Myślę, że trzeba podchodzić do tego z odpowiednim zaangażowaniem. Ja się dziwię młodym chłopakom, którzy w Egipcie zarabiają duże pieniądze, żyją na dobrym poziomie, udzielają wywiadów, są znani, ale nie potrafią tego uszanować. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego młodzi ludzie, którzy mają szanse się gdzieś przebić, nie chcą podchodzić do swoich obowiązków w sposób profesjonalny.

Z tego powodu zrezygnował pan z dalszej pracy w Afryce?

- Po prostu wysłałem wypowiedzenie, ponieważ zarabiałem za dużo pieniędzy, żeby się opalać. Sytuacja polityczna była główną przyczyną mojego odejścia. Ciągły paraliż rozgrywek, brak treningów po prostu nie odpowiadał mi. Owszem, dwa tygodnie mogę poleżeć na plaży, odpocząć. Ale w pewnych momentach, ja się po prostu tam nudziłem, bo nie miałem co robić. Moja praca nie miała więc żadnego sensu. Z perspektywy czasu uważam, że podjąłem słuszną decyzją, choć dyrektor sportowy klubu El Gouna FC powiedział mi, że w każdej chwili mogę wrócić. Gdybym został dłużej, prawdopodobnie wracałbym do domu dzisiaj. Brać pieniądze za to, że się wychodzi na plażę? To nie w moim stylu, nie pozwala mi na to mój charakter! Choć wielu trenerów z Polski chciałoby zarabiać takie pieniądze, jak ja tam. Ja jednak nie robię czegoś wyłącznie dla pieniędzy. Chcę pracować!

Doświadczenie zebrane przez pana na Czarnym Lądzie może zaprocentować w dalszej pana karierze trenerskiej?

- Oczywiście. To chyba nie podlega żadnej dyskusji. Z racji tego, że nie miałem stresu meczowego, miałem mnóstwo czasu na analizę, obserwację. Poznałem pracę w nieco innym charakterze, przez co zyskałem nieco inne spojrzenie na futbol. Poznałem także wielu wspaniałych ludzi, zupełnie inną kulturę. Na pewno nie żałuję, że podjąłem się tego wyzwania. Żałuję tylko, że nie mogłem zrealizować tego, co chciałem.

Jakie cele zostały panu do zrealizowania?

- Przede wszystkim muszę przeanalizować propozycje, które mam. Ale nie chcę podjąć zbyt pochopnej decyzji. Nic na razie nie muszę. Coś tam do jedzenia jeszcze mam. Co prawda zimno jest, ale mieszkam blisko lasu, mogę iść na grzyby, coś upolować. Zanim podejmę jakąś pracę, muszę mieć pewność, że będzie to klub, który chce walczyć o sukcesy. Gwarancji nikt mi na to nie da, dlatego staram się spokojnie rozważać różne opcje. Chcę pracować w klubie, który będzie mi dawał satysfakcję z tego, co robię.

Powrót do Polski też wchodzi w rachubę?

- Mam rodzinę w Polsce, jestem Polakiem. Kiedyś dziwiłem się, jak przeczytałem moją wypowiedź o tym, że nie zamierzam wracać do ojczyzny. To wcale nie jest prawda. Po polsku chyba jeszcze mówię wystarczająco dobrze, prawda?

Jasne.

- Po prostu nie zamierzam w zawodowej piłce mieć do czynienia z amatorami. Mogę pracować wszędzie, co udowodniłem chociażby w Egipcie, ale z amatorami zawodowej piłki robić nie chcę. Muszą to być ludzie, którzy wiedzą czego chcą. Powiedzenie, że ryba się psuje od głowy jest jak najbardziej prawdziwe. Jeśli będzie możliwość pracy w kraju, to dlaczego miałbym nie spróbować? Być może jestem człowiekiem, który wymaga. W Polsce słyszałem komplementy pod swoim adresem, że ja jestem zbyt profesjonalny. Słyszeć takie opinię na swój temat, to według mnie coś bardzo pochlebnego.

Rozmawiał: Konrad Kaźmierczak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama