Reklama

Reklama

Reprezentacja Polski, czyli cel uświęca środki

Powołując do kadry piłkarzy naturalizowanych i wychowanych za granicą Franciszek Smuda chce wygrywać za wszelką cenę. Czy różni się jednak od innych trenerów?

"Wolę przegrywać z Polakami, niż wygrywać z obcokrajowcami" - powiedział niedawno Sławomir Peszko odnosząc się do tego, co dzieje się w piłkarskiej reprezentacji. Nie wiem, czy skrzydłowy FC Koln zdaje sobie z tego sprawę, ale znalazł się na skrajnie przeciwnym biegunie niż jego selekcjoner. Piłkarz jest romantykiem, Franciszek Smuda pragmatykiem świadomym, że na Euro 2012 zostanie rozliczony nie za procent "polskiej krwi" płynącej w żyłach jego drużyny, ale za wynik. Jeśli zespół zagra dobrze, wyjdzie z grupy i dzielnie powalczy w ćwierćfinale, kibice wybaczą mu wszystko.

Reklama

Dzisiaj rację ma tylko zwycięzca

Cynizm? Nie. Taki jest dzisiejszy futbol przyznający zawsze i bezwzględnie rację zwycięzcy. Bo czym innym była sławetna "ręka Thierry'ego Henry'ego" w meczu z Irlandią wprowadzająca Francję do finałów mistrzostw świata w RPA, niż dowodem, że nawet ciosy poniżej pasa się liczą, byle tylko rywal znalazł się na deskach? Rozbici i skłóceni "Trójkolorowi" dokonali potem w Afryce spektakularnego harakiri, równie dobrze mogli jednak zdobyć tytuł mistrzowski i świat nosiłby ich dziś na rękach.

Zwolennikami zwyciężania za wszelką cenę staliśmy się praktycznie wszyscy. Ci, którzy bronili odważnej taktyki Aleksa Fergusona obranej na finał ostatniej edycji Champions League, traktowani byli powszechnie jak ludzie specjalnej troski. Szkot odważył się nakazać drużynie Manchesteru iść z Barceloną na wymianę ciosów. Gdyby wygrał, uznalibyśmy go za geniusza, ale przegrał, więc oskarżono go o brak rozsądku szkodzący zespołowi. Wystarczyła jedna porażka, by komentatorzy zapomnieli zasługi Szkota, który stworzył w Manchesterze jedną z najlepszych drużyn świata.

Za wzór pragmatyka uchodzi za to Jose Mourinho, który grając przeciw Barcy ustawia napastników w obronie, a obrońców w drugiej linii. W pojedynkach z Katalończykami "The Special One" zafundował fanom "Królewskich" najbardziej defensywny Real w całej jego historii. Nikomu to jednak nie przeszkadza, dopóki wynik jest odpowiedni.

Nikt nie miałby nic przeciwko Messiemu

Smuda, jak Mourinho, chce sukcesu za wszelką cenę. Można się z nim nie zgadzać, ale też da się go zrozumieć. Jeśli zwycięstwa zapewnią mu gracze naturalizowani, lub polskiego pochodzenia, wcześniej czy później wszyscy ich pokochamy. Tak jak na zabój kochaliśmy urodzonego w Polsce, ale wyszkolonego w Holandii Ebiego Smolarka dopóki strzelał gole dla Polski. Gdy się dobrze przyjrzeć Eugen Polański to właściwie ten sam przypadek.

Na Euro 2012 Smuda ma zamiar stworzyć drużynę jak najmocniejszą. Nie wszyscy piłkarze chcą grać w reprezentacji Polski, wielu ma świadomość, że więcej może osiągnąć gdzie indziej. To już jest prawie tak jak w klubie: jednych stać na większe transfery, innych na mniejsze. Gdyby jednak Smuda znalazł cudowny sposób na naturalizowanie Leo Messiego, zapewne większość fanów kadry uznałaby to nie za wadę obecnego selekcjonera, ale zaletę. Wiemy przecież doskonale, że w polskim systemie szkolenia Messiego nie doczekamy.

Zgadzamy się z Franciszkiem Smudą, że negatywne zachowania polskich kibiców wobec Eugena Polońskiego podczas jego dzisiejszego debiutu z Gruzją byłyby szczytem absurdu. W jednym selekcjoner się myli. Polański to jednak zupełnie inny przypadek niż Klose i Podolski. Porównanie Polańskiego do napastników Lazio i Koeln miałoby sens tylko wtedy, gdyby obaj urodzeni w Polsce, a wyszkoleni w Niemczech piłkarze bronili barw jego drużyny. Tymczasem Klose i Podolski, tak jak pochodzący z Turcji Mesut Oezil, Tunezji Sami Khedira, Brazylii Cacau, Ghany Jerome Boateng zdecydowali się grać dla Niemiec.

Dlaczego kibice w Niemczech nie czują się zażenowani widząc w drużynie narodowej zawodników pochodzących z innych krajów? Łączy ich jedno: wszyscy zostali wyszkoleni w Niemczech, są więc "produktem" tamtejszego systemu.

I to jest największa różnica. Podczas gdy Niemcy produkują graczy światowej klasy, polski system szkolenia produkuje buble, wśród których przez przypadek trafi się czasem gracz klasy Łukasza Piszczka lub Roberta Lewandowskiego. Smuda za polski system szkolenia nie odpowiada, czy powinien więc cierpieć za grzechy i zaniedbania popełnione przez innych?

Smuda dokonuje prawdziwej rewolucji w kadrze

Przeciwnicy sposobu pracy Smudy powiedzą, że jeśli zgodził się być selekcjonerem reprezentacji Polski, powinien brać pod uwagę nasze realia. Ale przecież nikt, kto marzy o sukcesie nie chce się godzić z mizerią i biedą.

Smuda dokonuje w kadrze rewolucji. Zmienia podejście i sposób myślenia o polskiej drużynie narodowej znacznie głębiej niż robił to obcokrajowiec Leo Beenhakker, który naturalizował Rogera i Obraniaka. Obecny selekcjoner idzie na całość, zwłaszcza, gdy za jakiś czas sięgnie po Manuela Arboledę, a może i Maora Meliksona wygrywając batalię z Izraelem. Jeśli jednak jego kontrowersyjne zabiegi przyniosą sukces podczas Euro 2012, zostanie zapamiętany nie, jako desperat, ale wizjoner.

A my znajdziemy jeszcze jeden dowód na to, że współczesny futbol ma bardzo ograniczony system wartości. Nie liczy się w nim już właściwie nic, oprócz zwycięzcy.

Dyskutuj z Darkiem Wołowskim na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje