Reklama

Reklama

Regaty Sydney-Hobart: 11 lat temu było piekło

26 grudnia po raz 65. wystartuje wyścig Sydney-Hobart. To jeden z najbardziej prestiżowych klasyków żeglarskich świata. Do pokonania groźnego Morza Tasmana szykuje się sto jachtów. Ich załogi zabiorą ze sobą kwiaty, które potem rzucą na wodę, by upamiętnić tragiczne regaty z 1998 roku. Wtedy to w sztormie zginęło sześciu żeglarzy. Wiatr zniszczył wiele jachtów, kilka zatonęło. To było piekło...

Wydarzenia te wspomina redaktor naczelny magazynu "Żagle" Waldemar Heflich, który w tym czasie był w Australii.

- Wielki Jumbo Jet lecący z Kuala Lumpur do Sydney trząsł się co kilka minut; lot przypominał jazdę po kocich łbach. Gdy stewardesy rozdawały posiłek, "latający słoń" wpadł w powietrzną dziurę. Zapanował potworny chaos. Spadające talerze z jedzeniem, krzyki kobiet i mężczyzn, płacz dzieci, wszystko to razem potęgowało strach. Mój sąsiad, sympatyczny Libańczyk nie zważając na płynącą po twarzy sałatkę warzywną, modlił się gorliwie. Gdy samolot minął burzę, wśród przerażonych pasażerów pojawił się kapitan. Po obejrzeniu totalnego bałaganu spokojnym głosem powiedział: Nic się nie stało, to tylko silny wiatr, zwykła sztormowa pogoda.

Reklama

Ta scena rozegrała się na wysokości około 11 tysięcy metrów. W dole na oceanie sprawy miały się znacznie gorzej. Na flotyllę jachtów startujących w regatach Sydney-Hobart spadł huragan; wiatr pędził z szybkością ponad stu kilometrów na godzinę. Niszczące wszystko co na drodze szkwały oraz fale dochodzące do szesnastu metrów wysokości, spowodowały niesamowitą tragedię.

26 grudnia 1998 roku 115 jachtów wyruszyło przy wspaniałej słonecznej pogodzie, błękitnym niebie i umiarkowanym wietrze. Gdy sportowy komentator zapytał jednego z żeglarzy jak podoba mu się start na wodach Sydney, ten odpowiedział: To niezapomniany widok, kapitalne widowisko, gdy jest taka pogoda, to czuję, że żyjemy w raju.

Jachty skierowały się na południe przy korzystnym północnym wietrze. O północy wiatr i prąd zmieniły kierunek. Woda wokół łódek zaczęła kipieć. Nakładające się z różnych kierunków fale spowodowały, że Morze Tasmana przypominało włączoną na najwyższe obroty pralkę automatyczną. Niektórzy kapitanowie widząc grozę sytuacji zrezygnowali z regat i skierowali jachty do pobliskich portów. Na kilkunastu jednostkach wiatr i woda dokonały spustoszeń. Pękały maszty, bomy, darły się żagle, w poszyciach pojawiały się dziury, przez które wlewała się woda. Gdy w kilku przypadkach sytuacja stawała się nie do opanowania, żeglarze szukali schronienia na tratwach ratunkowych.

Sygnały wzywania pomocy, prośby o asystę samolotów i statków postawiły na nogi służby ratownicze Australijskiej Marynarki Wojennej. Rozpoczęła się gigantyczna akcja ratunkowa. Choć regaty trwały, a o zwycięstwo walczyła faworyzowana amerykańska "Sayonara" z australijską "Brindabellą", wynik rywalizacji zszedł na plan dalszy. Najważniejsze było ratowanie żeglarzy. Napływające z morza informacje wprawiły organizatorów i kibiców w przerażenie.

Z jachtu "Sword of Orion" donoszono o wietrze wiejącym z szybkością 78 węzłów (144 km/godz.), niektórzy mówili o szkwałach osiągających 90 węzłów (166 km/godz.) i falach o wysokości 16 metrów. Wiele jachtów wywracało się kilkakrotnie, tracąc cały takielunek. Z pokładu zmyło jednego z żeglarzy, inny zmarł na zawał serca, gdy jego łódka trzykrotnie koziołkowała. Jeszcze inni walczyli o życie na tratwach ratunkowych. Telewizja pokazywała zdjęcia z akcji ratunkowej. Szalejący huragan wzbudzał strach i przerażenie.

Przypomniano tragiczne wydarzenia z regat Fastnet w 1979 roku. To właśnie wtedy wydarzyła się największa tragedia w dziejach współczesnego jachtingu. W sztormie, który niespodziewanie spadł na flotyllę biorącą udział w 603-milowym wyścigu, poniosło śmierć piętnastu żeglarzy. Ponad stu uratowano z tonących lub uszkodzonych jachtów. To co działo się podczas regat Sydney-Hobart zaczęło przypominać tamte chwile. W akcji ratowniczej wzięło udział kilkadziesiąt wojskowych i cywilnych samolotów oraz helikopterów.

Bilans strat był przerażający. Sześciu żeglarzy zginęło. Spośród 115 jachtów, które wystartowały z Sydney, aż 73 wycofały się z wyścigu. 50 żeglarzy ewakuowano z tratw i nie nadających się do żeglugi jachtów. Zginęli Bruce Gay, Phil Skeggs z "Business Post Naiad", Mike Bannister, John Dean, Jim Lawler z jachtu "Winston Churchill" oraz Glyn Charles z "Sword of Orion". Ten ostatni był wspaniałym sportowcem i bardzo doświadczonym żeglarzem. Był płetwonurkiem i brał udział w akcjach ratowniczych na morzu. Przez swoich przyjaciół nazywany - supermenem. Powszechnie znana była jego sprawność fizyczna, umiejętność pływania i opanowanie w najtrudniejszych chwilach. Uczestnik regat Admiral's Cup, startował w klasie Star w igrzyskach w Atlancie. Przepowiadano mu wspaniałą karierę. Wypadł za burtę. Ciała nie odnaleziono.

Na metę w Hobart na Tasmanii pierwsza wpłynęła "Sayonara". Rekordu trasy nie pobiła, ale jak powiedział jej sternik Chris Dickson "nieważny był rekord. Żeglowaliśmy tak, aby załoga oraz jacht, cali i zdrowi dotarli do Hobart. Były chwile, w których myśleliśmy tylko o tym, aby przeżyć".

Właściciel jachtu amerykański milioner Larry Ellison wspominając wyścig mówił: "Płynęliśmy przez cyklon; tylko doskonały, supernowoczesny jacht mógł przetrzymać takie warunki. Nawet gdybym miał żyć tysiąc lat, to nie chciałbym przeżyć czegoś takiego po raz drugi".

Uroczystość wręczania nagród była cicha i skromna. 1 stycznia w porcie Hobart odbyła się ceremonia złożenia wieńców na wodzie ku czci żeglarzy, którzy zginęli w wyścigu. Wzięło w niej udział ponad dwa tysiące osób - wspomniał Waldemar Heflich.

Regaty Sydney-Hobart organizuje Cruising Yacht Club of Australia. Jego komandorem jest Hugo van Kretschmar. Doświadczony żeglarz, uczestnik kilku regat na Morzu Tasmana, uratowany szczęśliwie podczas sztormu w trakcie wyścigu Fastnet'79. Dziennikarzom, którzy będą relacjonowali rywalizację w słynnym klasyku powiedział: "Będziemy zawsze pamiętać o tych tragicznych wydarzeniach z 1998 roku i o żeglarzach, którzy stracili życie".

Start do 65. regat nastąpi jak zwykle w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, przez Australijczyków zwany Boxing Day. To dzień, w którym wręcza się upominki najbliższym.

Rok temu po raz czwarty z rzędu najszybszy był australijski Wild Oats XI. Jednostka dowodzona przez Marka Richardsa żeglowała jeden dzień, 20 godzin, 34 minuty i 14 sekund. Do własnego rekordu trasy, ustanowionego w 2005 roku, zabrakło niespełna dwóch godzin (1 dzień, 18 godzin, 40 minut i 10 sekund).

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje