Reklama

Reklama

Rafał Majka przed życiową szansą

Rafał Majka dotrzymał koła na stromym podjeździe najlepszemu kolarzowi świata i tak zapracował na kontrakt w Saxo Bank Sungard. Szef grupy, słynny Bjarne Riis szybko poznał się na talencie 22-latka z podkrakowskich Zegartowic i wytypował go na lidera grupy podczas samego Giro d'Italia.

Rafał Majka dotrzymał koła na stromym podjeździe najlepszemu kolarzowi świata i tak zapracował na kontrakt w Saxo Bank Sungard. Szef grupy, słynny Bjarne Riis szybko poznał się na talencie 22-latka z podkrakowskich Zegartowic i wytypował go na lidera grupy podczas samego Giro d'Italia.

W ostatnich tygodniach 2011 roku to temat numer jeden w polskim kolarstwie. Rafał Majka już na początku kariery otrzymał szansę, jakiej nigdy nie dostanie większość uznanych kolarzy światowego peletonu. Samo wyznaczenie Polaka na lidera tak silnej ekipy w jednym z trzech wielkich tourów, było sensacją. Zwłaszcza, że zwycięzcą tegorocznego Giro jest lider Saxo Banku, najlepszy kolarz świata, Alberto Contador.

INTERIA.PL: Rozumiem, że plan na Giro jest taki: z każdym dniem dochodzi pan do optymalnej formy. W Cortinie wygrywa etap, a w przedostatnim dniu triumfuje na słynnym Stelvio z wystarczającą przewagą, by obronić różową koszulkę podczas czasówki?

Reklama

Rafał Majka: (śmiech)... Byłoby super mieć taki plan. Ustalenia są takie, że mam być liderem grupy i uważam, że miejsce w pierwszej dziesiątce-piętnastce jest realne. Nic więcej nie mogę teraz powiedzieć, bo jestem młodym zawodnikiem, a Giro to bardzo ciężki wyścig.

Fausto Coppi wygrywał Giro w wieku 20 lat, ale było to ponad 70 lat temu. W dzisiejszym kolarstwie rządzą twardziele po trzydziestce.

- Dokładnie. Weźmy przykład Cadela Evansa - wygrał w tym roku Tour de France będąc w wieku 34 lat. Armstrong odnosił kolejne sukcesy, gdy był po trzydziestce. Sam Alberto Contador wygrał swoją pierwszą Wielką Pętlę mając 25 lat. Mam więc jeszcze trochę czasu.

Jak to jest być w jednym zespole z najlepszym kolarzem świata? Contador to dla pana po prostu Alberto, który czasem przywiezie bidon czy El Pistolero, gwiazda sportu i showbiznesu?

- To normalny człowiek. Pewnie, że jest jednym z najlepszych kolarzy na świecie i trzeba na niego pracować, bo jak już jedzie, to tylko po to, aby wygrywać. Ale jako kolega, jest bardzo miły i przyjazny.

Jednak ze świątecznymi życzeniami nie dzwonicie do siebie?

- Nie, ale to normalne w peletonie. Pomiędzy zawodnikami nie ma takiego zwyczaju. Ja dzwonię tylko do Jarka Marycza, jak to Polak z Polakiem. Pewnie, że jak wyjeżdżaliśmy z ostatniego zgrupowania naszego zespołu w Izraelu, to przy obiedzie padły życzenia wszystkiego najlepszego dla wszystkich, ale o zażyłości wśród zawodników mówić nie można.

Za Contadorem ciągnie się podejrzenie o stosowanie dopingu. W styczniu Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu wyda wyrok. Dla sponsorów nie jest to sprawa bez znaczenia. Odczuwacie to w jakiś sposób?

- Nie. Atmosfera w zespole jest taka, jakby nic się nie stało i w tym temacie nic się nie zmieni. Każdy robi to, co do niego należy.

Zaczynał pan pod okiem Zbigniewa Klęka w WLKS Krakus BBC Czaja Swoszowice. Przyzna pan, że u nas kolarstwo to nietypowy pomysł na uprawianie sportu...

- No tak. U nas to tylko piłka nożna... Nie tak, jak we Włoszech, gdzie kolarstwo jest niemal równie popularne, jak futbol. Ale według mnie z biegiem czasu będzie się to zmieniać.

Jak pan oceni polskie kolarstwo? Z jednej strony jest TdP i coraz więcej naszych zawodników w ProTeams, a z drugiej w przyszłym sezonie nie będzie ani jednej polskiej grupy nawet w drugiej dywizji.

- Co do Tour de Pologne, to muszę przyznać, że jest bardzo dobrze zorganizowany. Począwszy od hoteli, a kończąc na drogach, po których jadą kolarze. Z drugiej strony, rzeczywiście brakuje nam ekip Pro-Conti, w których nasi młodzi zwodnicy dostawaliby szansę. Ja dostałem ją za granicą i sam dobrze wiem, że nie jest łatwo. Wyjechałem mając osiemnaście lat, jeszcze zanim skończyłem szkołę. Przez trzy lata ścigałem się w grupie Petroli Firenze i w tym czasie rzadko bywałem w domu, brakowało mi rodziny, bo wiadomo, jak potrzebne jest wsparcie. Do uprawiania kolarstwa potrzeba dużo wytrwałości i cierpliwości. Nie mogę pójść na imprezę, bo rano mam trening i nieważne: śnieg, czy deszcz, muszę wsiąść na rower. Potem jeszcze siłownia i czas dla siebie mam dopiero około dziewiętnastej.

Mówi pan, że w domu jest gościem. Tymczasem Boasson Hagen twierdzi, że woli trenować w norweskim mrozie niż żyć w wirtualnym świecie, w którym po treningach następuje, jak to ładnie powiedział, luksusowa samotność. Tymczasem jego rodak Thor Hushovd mieszka w Monako i śmieje się z niego. Czy żeby być zawodowym kolarzem, trzeba wyjechać z Polski?

- Ja nie patrzę na to czy jest ciepło, czy zimno, tylko wsiadam na rower i jadę. W zeszłym roku jeździłem nawet przy minus piętnastu stopniach. Naprawdę lubię trenować w Polsce, nawet, jak nie dopisuje pogoda. Jednak, przynajmniej w tym momencie, nie ma innego wyjścia - jeśli chce się być zawodowym kolarzem, to niestety, trzeba wyjechać z Polski.

Ile dni spędza pan poza domem?

- W tym sezonie miałem 82 dni startowe, a do tego przecież dochodziły jeszcze zgrupowania. Jakby nie liczyć, to przynajmniej osiem miesięcy spędziłem z grupą.

Peleton jest barwny, ale od środka jeszcze ciekawszy. Są kolarze, za którymi pan nie przepada?

- Na razie jeszcze nikt nie zaszedł mi za skórę...

Miał pan w peletonie swojego idola?

- Zawsze podziwiałem Lance'a Armstronga, ale teraz ścigam się w grupie z Alberto Contadorem i to jest mój idol. Lubię też oglądać piłkę nożną, a ostatnio także biegi narciarskie z Justyną Kowalczyk. To też jest bardzo ciężki sport - wydolnościowy, tak jak kolarstwo.

Jak wygląda pana trening? Kiedy najciężej trenuje pan w sezonie?

- Najcięższy jest okres przygotowawczy, bo jeździ się nawet po sześć godzin dziennie, a do tego dochodzi jeszcze siłownia.

Ile dni w roku spędza pan bez roweru?

- W tym roku sezon skończyłem 25 października w Japonii, po czym miałem trzy luźniejsze tygodnie, ale nie można powiedzieć, że w tym czasie zupełnie odstawiłem rower.

Takim dniem jest Wigilia?

- Dla mnie Wigilia to normalny dzień treningowy, ale w Boże Narodzenie odpuszczam.

Afery dopingowe nie odstręczały pana od kolarstwa? Wypadki podczas wyścigów czy to, że kariery wielu znakomitych kolarzy miały tragiczny koniec. Mam na myśli Alberto Leona, Pantaniego, czy Jose Marii Jimeneza.

- Każdemu sportowcowi może się to przytrafić, ale dla mnie kolarstwo jest teraz pracą. Przecież mogę wyjść z domu i też może zdarzyć się nieszczęśliwy wypadek. Tymczasem w kolarstwie nie ma ich znów aż tak wiele. Zdarza się raz na kilka lat. Sądzę, że mi to nie grozi. Na pewno nie zastanawiam się o tym zjeżdżając po serpentynach. Człowiek myśli wtedy tylko o tym, by jechać szybciej, jeszcze szybciej...

Jakby określił pan jazdę w górach? To coś na co pan czeka podczas każdego wyścigu, czy raczej oswajanie bólu?

- Trzeba mieć predyspozycje do jazdy w górach, ale jednocześnie wiele trenować. Mamy specjalistyczne treningi, ćwiczeń jest cała masa i jest co poprawiać, ale ja lubię podjazdy. Jestem lekkim zawodnikiem i ścigając się pod górę czuję się najlepiej. Nie mam też problemów ze zjazdami. Podstawowa sprawa, to wytrzymać psychicznie. Jak ktoś miał wcześniej jakiś upadek na zjeździe lub rozbił się w kraksie, to może mieć z tym problem, ale ja zjeżdżając z czołówką, zawsze staram się jej trzymać. Pewnie, że uważam, nie podejmuję za dużego ryzyka.

Nad czym musi pan najmocniej pracować?

- Z pewnością nad poprawieniem jazdy na czas, bo przez trzy ostatnie lata we Włoszech w ogóle nie jeździłem czasówek.

Patrzył pan z pewnością na trasę Giro. Co może zdecydować o zwycięstwie?

- Na pewno najcięższe są dwa ostatnie górskie etapy. Myślę, że właśnie podczas nich rozstrzygnie się wyścig, a nie na czasówce, która zakończy Giro.

Jest pan w kadrze na Londyn?

- Znalazłem się w szerokiej kadrze osiemnastu zawodników.

Wygrać ma faworyt gospodarzy Mark Cavendish, więc trasa będzie płaska. Nie jest to dobra wiadomość dla pana.

- Ale to są igrzyska. Już sama obecność w kadrze to już jest coś! Każdy sportowiec chciałby wystartować na igrzyskach. Ostateczną decyzję oczywiście podejmie trener, oceniając, kto będzie w najlepszej formie. Ja w każdym razie nie odpuszczam.

Reklama

Reklama

Reklama