Reklama

Reklama

Przemysław Zamojski: Czeka nas spory wysiłek

Przemysław Zamojski, rekordzista pod względem zdobytych tytułów MP koszykarzy (9) staje przed szansą powiększenia dorobku. Jego Stelmet Enea BC Zielona Góra musi jednak wygrać w półfinale z Anwilem Włocławek oraz w finale. "Czeka nas spory wysiłek" - powiedział koszykarz.

Przemysław Zamojski, rekordzista pod względem zdobytych tytułów MP koszykarzy (9) staje przed szansą powiększenia dorobku. Jego Stelmet Enea BC Zielona Góra musi jednak wygrać w półfinale z Anwilem Włocławek oraz w finale. "Czeka nas spory wysiłek" - powiedział koszykarz.

Może pan dołożyć do swojej kolekcji dziesiąty tytuł mistrza Polski. Nie było obaw, że te marzenia mogą zostać zniweczone już w ćwierćfinałowej rywalizacji z Rosą Radom?
Przemysław Zamojski:
Nie. Cały czas wierzyłem w naszą drużynę, w jej potencjał. Póki seria trwała, byłem spokojny o wynik. Udało się zakończyć rywalizację na czterech spotkaniach, ale była to dla nas bardzo ciężka, fizyczna walka. Sporo energii straciliśmy, ale pozostajemy w grze o obronę mistrzostwa.

W półfinale czeka Anwil Włocławek, najlepszy zespół ekstraklasy po fazie zasadniczej. Wy startujecie do drugiej rundy play off z najniższej pozycji, bez przewagi własnego parkietu...

Reklama

- Zobaczymy, jak sobie Anwil poradzi z zespołem, który zajął najniższą pozycję. Jesteśmy spokojni. Musimy się zregenerować i patrzeć na naszą drużynę: doszlifować ostatnie elementy taktyki, dostosować ją pod ekipę z Włocławka.

Poprzednie mistrzowskie tytuły zdobywał pan z różnymi trenerami: Eugeniuszem Kijewskim, Tomasem Pacesasem, Andrzejem Adamkiem, Saso Filipovskim, Arturem Gronkiem. W tym sezonie jest pan podopiecznym Andreja Urlepa. Jak się pracuje z legendarnym w Polsce szkoleniowcem?

- Bardzo dobrze. Wiadomo, to wielki autorytet, od lat u nas znany. Gdy zaczynałem koszykarskie treningi, oglądałem wielki Śląsk Wrocław Macieja Zielińskiego, świętej pamięci Adama Wójcika, Dominika Tomczyka i trenera Urlepa. Wiedziałem, że obowiązuje tam twarda szkoła. Cieszę się, że mogę teraz z nim współpracować. Na pewno jest to dla mnie kolejne cenne doświadczenie. Mam nadzieję, że razem odniesiemy sukces.

Zagadką dla kibiców były "zapaści" Stelmetu w trakcie rozgrywek. Czym pan je tłumaczy?

- Rzeczywiście, w tym sezonie nasza forma bardzo falowała. Od samego początku zaburzenia spowodowała kontuzja Borisa Savovica, a to naprawdę ważny element naszej układanki. Potem Armani Moore musiał grać na pozycji numer 4, nie na swojej nominalnej - cały czas łataliśmy dziury. Później były zmiany w składzie, nowe transfery. To nas trochę wybiło z rytmu. Po zmianie trenera dostaliśmy pozytywny impuls. Fajnie, że awansowaliśmy do drugiej fazy w Lidze Mistrzów, ale w niej niefortunnie trafiliśmy na AS Monaco.

Czy po wygranej z Rosą w ćwierćfinale play off wszystko już wróciło do normy?

- Zawsze może być lepiej. W serii ćwierćfinałowej pokazywaliśmy, że potrafimy bardzo szybko zdobywać przewagę, w cztery, pięć minut osiągała ona 10-15 punktów. Potem jednak przez dwie, trzy kolejne minuty następował moment dekoncentracji, rozluźnienia z naszej strony i traciliśmy wszystko, na co ciężko pracowaliśmy. Więc pełna koncentracja, czasem spowolnienie gry, uniknięcie niepotrzebnej wymiany ciosów z przeciwnikiem są dla nas kluczowe. My musimy spokojnie grać atakiem pozycyjnym, stawiać na taką koszykówkę, jaką lubimy.  

W drugiej parze półfinałowej brązowy medalista poprzednich rozgrywek BM Slam Stal Ostrów Wielkopolski spotyka się z wicemistrzem kraju Polskim Cukrem Toruń. Kto jest pana faworytem?

- To bardzo "gorąca" para. Po jednej i po drugiej stronie mam przyjaciół, więc ciężko opowiedzieć się za konkretną drużyną. Myślę, że to będzie naprawdę wyrównane starcie. Nie zdziwiłbym się, gdyby ta seria trwała pięć spotkań. Podobnie zresztą jak w przypadku naszej rywalizacji z Anwilem. Myślę, że będziemy musieli poświęcić wiele sił, by wygrywać.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL