Reklama

Reklama

Premier League. Katastrofa helikoptera, właściciel Leicester City nie żyje

Rozbił się śmigłowiec należący do Vichaia Srivaddhanaprabhy, właściciela Leicester City. Do katastrofy doszło na parkingu obok King Power Stadium, tuż po sobotnim meczu z West Hamem. Vichai był na meczu i - niestety także w maszynie, w momencie eksplozji. Zginął na miejscu. Początkowo podano, że zginęła także jego córka, ale w niedzielę wieczorem zdementowano tę informację.

Jak podaje BBC, powołując się na własne źródło, Vichai, w momencie katastrofy, znajdował się na pokładzie maszyny, która stanęła w płomieniach. Do zdarzenia doszło około godz. 21:30 polskiego czasu, czyli godzinę po zakończeniu meczu Leicester z West Hamem United, w bramce którego stał reprezentant Polski Łukasz Fabiański. Śmigłowiec runął na ziemię tuż po starcie. Świadkowie słyszeli, jak po gruchnięciu o ziemię, silniki maszyny przestały pracować.

W niedzielne przedpołudnie agencja Reuters podała szokującą informację:
"Vichai Srivaddhanaprabha zginął razem z czterema innymi osobami w katastrofie helikoptera w Leicester tuż po zakończeniu meczu jego klubu z West Ham United. W czasie tragicznego lotu na pokładzie z nim była jego córka, dwóch pilotów i piąta osoba o nieustalonej dotąd tożsamości".

Reklama

W niedzielę, o godz. 8:45 naszego czasu stacja BBC potwierdziła, że multimilioner Srivaddhanaprabha - niestety - był w śmigłowcu, w momencie katastrofy. Poniósł śmierć na miejscu.

Inny świadek widział bramkarza Kaspera Schmeichela, uciekającego przed skutkami wybuchu.
Na filmach udostępnianych w mediach społecznościowych widać kłęby dymu unoszące się z miejsca katastrofy. Nie ma oficjalnego potwierdzenia, czy szef angielskiego klubu znajdował się na pokładzie, choć w niektórych mediach pojawiły się takie informacje.

Na miejscu od razu pojawiły się służby medyczne oraz policja.

Świadkowie policyjnej akcji ratunkowej, widzieli, jak jeden policjant próbował wybić szybę w śmigłowcu, by wyciągnąć ofiarę wypadku, ale zanim mu to się udało doszło do eksplozji, na skutek której ratownicy musieli opuścić miejsce katastrofy.

Jak twierdzi dziennik "Daily Mail" na swojej stronie internetowej, Vichai Srivaddhanaprabha był jedynym członkiem swojej rodziny oglądającym spotkanie na King Power Stadium. Według tych doniesień nie było natomiast jego syna Aiyawatt, który pełni funkcję wiceprezesa. Helikopter miał wystartować z płyty boiska, by za chwilę runąć tuż obok stadionu. W ogóle właściciel Leicester City miał w zwyczaju opuszczać obiekt, startując ze środka murawy. Kibiców nie dziwił więc widok, który dobrze znali.

"Parking był zaludniony w momencie katastrofy przez członków obsługi stadionu oraz przez widzów oglądających wcześniej mecz. To blisko stadionu, około zaledwie kilkuset metrów. Naoczny świadek, wraz z siostrzeńcem, uciekli i uszli z życiem, choć bali się, że będą trafieni przez wrak śmigłowca. Zaczął płonąć, gdy uderzył w ziemię" - relacjonuje reporter angielskiego SkySports Rob Dorsett.

Angielska telewizja "Sky" w niedzielne popołudnie wyemitowała nagranie, na którym widać doszczętnie spalony wrak helikoptera. Śmigłowiec rozbił się na parkingu, tuż przy King Power Stadium.

Vichai urodził się 4 kwietnia 1958 r. w Bangkoku, miał czwórkę dzieci.

Majątek 61-letniego właściciela "Lisów" jest wyceniany na prawie 5 mld dolarów.

Telewizja Sky Sports poinformowała jednak, że - wbrew wcześniejszym spekulacjom - w helikopterze nie było wiceprezesa Leicester i syna właściciela Aiyawatta Srivaddhanaprabhy i dyrektora ds. piłkarskich Jona Rudkina.

Wielu piłkarzy "Lisów" - w tym m.in. Jamie Vardy i Harry Maguire - zamieściło w mediach społecznościowych wpisy sugerujące modlitwę za osoby poszkodowane w katastrofie.

Z kolei były piłkarz Leicester City i reprezentacji Anglii Gary Lineker napisał po cotygodniowym magazynie telewizji BBC "Match of the Day", którego jest gospodarzem, że "to był najtrudniejszy (program) jaki kiedykolwiek prowadził". "To okropna tragedia, łamiąca serce" - dodał.

Drużyna mistrzów Anglii sprzed dwóch lat zremisowała w sobotę z West Hamem, w którym grał Łukasz Fabiański, 1-1, wyrównując w ostatniej minucie spotkania.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama