Reklama

Reklama

Polski ochroniarz: Nie spodziewamy się zamieszek w Pireusie

Grecy nie obawiają się polskich kibiców i nie spodziewają się zamieszek podczas wtorkowego (godz. 20.30) meczu towarzyskiego piłkarskich reprezentacji obu krajów w Pireusie. Jedynym ochroniarzem z Polski będzie Mikołaj Szadkowski.

"Policja i firma ochroniarska, w której jestem zatrudniony, są znakomicie przygotowane. Wiemy, do jakich burd doszło w piątek w trakcie spotkania Litwa - Polska w Kownie, ale tutaj nie spodziewamy się zamieszek. Wszystko jest pod kontrolą. Zapewniam, że żadnych rozrób nie będzie, bez obaw" - powiedział dwudziestokilkuletni Szadkowski, jedyny Polak, który będzie pracował w stroju "security" na stadionie Olympiakosu.

Do Grecji przyjechał przed pięcioma laty wraz z rodzicami z Inowrocławia. "Powód był prozaiczny, chcieliśmy poprawić swój status finansowy, dlatego zdecydowaliśmy się na Ateny. Niestety, Grecję dopadł kryzys i nie ma pracy. Jeśli ktoś nie ma znajomości albo nie zna języka greckiego, to jest mu bardzo ciężko. Ja uczę się go wciąż, ale widzę postępy, potrafię porozumieć się z miejscowymi. Mój ojciec również pracuje jako ochroniarz, pilnuje magazynów, zaś mama sprząta domy. Jakoś sobie radzimy" - dodał.

Reklama

Dla Szadkowskiego towarzyski mecz Grecja - Polska jest debiutem piłkarskim. "Nigdy wcześniej nie pracowałem na stadionie sportowym, ale jestem dobrze przeszkolony i przygotowany. Futbolem się interesuję, ale niespecjalnie, nawet amatorsko nie grałem, zdecydowanie bardziej wolę zajęcia na siłowni w okolicach Larissy, gdzie mieszkam" - stwierdził Polak.

Obiekt im. Georgiosa Karaiskakisa, położony tuż przy stacji metra Faliro, może pomieścić 33 tysiące kibiców, ale biletów na wtorkową potyczkę przygotowanych zostało znacznie mniej, 20 tys. wejściówek. Najwięksi fanatycy Olympiakosu (niedawno zapewnił sobie już 38. tytuł mistrza kraju) i reprezentacji Hellady zajmą miejsce na czerwono-białym obiekcie w osławionym sektorze 7.

Wcale bezpiecznie nie było podczas tegorocznych spotkań z udziałem Olympiakosu. W lutym, chwilę po wygranej potyczce z Panathinaikosem Ateny 2:1, setki kibiców wbiegło na boisko, biło i kopało zawodników rywali oraz walczyło z policją. Klub z Pireusu poniósł konsekwencje za ich zachowanie, m.in. zapłacił 140 tysięcy euro kary i jeden mecz musiał rozegrać na innym stadionie. Grzywnę w wysokości 15 tys. euro oraz zakaz przebywania na arenie przez dwa miesiące otrzymał też prezes Olympiakosu Vangelis Marinakis, za podżegnanie do rozrób. Z kolei Panathinaikos, który w tym sezonie był karany w podobnej sprawie, publicznie skrytykował władze ligi za zbyt niskie sankcje. Później w mediach pojawiły się tytuły: "Derby wstydu".

Do zapowiadanego kilkanaście dni temu strajku zawodowego związku piłkarzy (PSAP) w greckiej Superlidze, w związku z burdami na stadionach (w tym sezonie pseudokibice już cztery razy dostawali się na murawę), nie doszło tylko dlatego, że poparło go tylko 10 z 16 klubów. Przeciwne były Panionios, Asteras Tripolis, Olympiakos Volos, Corfu, Kavala i Ergotelis.

Sprawą przemocy na futbolowych arenach, ale także domniemanymi przypadkami korupcji i możliwością fałszowania wyników, zainteresował się grecki rząd.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje