Reklama

Reklama

Polak wśród bogów Pampeluny

Powieść Hemingwaya "Słońce też wschodzi" stała się dla Pampeluny oknem na świat. Jest nim też Osasuna, najbardziej polski z klubów Primera Division.

"Kilka centymetrów od śmierci" - tytuł z dziennika z Nawarry opatrzony był zdjęciem człowieka, któremu byczy róg rozerwał koszulę na strzępy. Wszystko to stało się podczas "encierro" - biegu z bykami, największej atrakcji fiesty na cześć Świętego Fermina.

6 lipca w południe na Plaza de Consistorial pod ratuszem burmistrz Pampeluny rozpoczyna tygodniowe święto. Setki tysięcy ubranych na biało ludzi (z czerwoną chustą i czerwonym pasem) schodzi ciasnymi uliczkami miasta do czyśćca zabawy. Mirosław Trzeciak opowiadał kiedyś, że gdy jego żona rodziła podczas Sanfermines, trudno było znaleźć w mieście trzeźwego lekarza.

Reklama

O 8 rano jest czas na pierwszą gonitwę. Byki i krowy przebiegają 825 metrów ulicami Pampeluny do samego Plaza de toros. Pędzą z nimi ludzie, którzy czasem ocierają się o niebezpieczeństwo z własnej winy i na własną prośbę. Byki nie mają najmniejszej szansy przeżyć do końca dnia - wieczorem, podczas corridy giną z rąk torreadorów. Tłum na trybunach polewa się w tym czasie w ekstazie czerwonym winem.

Jutro kończy się kolejna edycja święta w Pampelunie. Ja swoją przeżyłem 12 miesięcy temu. Wyjazd z Davidem, kolegą z Hiszpanii, był dla mnie kluczem otwierającym drzwi do penii - stowarzyszenia ludzi, w kręgu których mieszkańcy Pampeluny żyją i świętują. To była gwarancja zobaczenia więcej niż widzi zwykły turysta. Od czasu, gdy fiestę opisał Hemingway (1926 rok), do stolicy Nawarry przybywają ich tłumy.

Święty Fermin, to patron Pampeluny. W tym roku rozkochani w futbolu mieszkańcy miasta mogą być mu szczególnie wdzięczni. Osasuna otarła się o spadek z Primera Division, uratowały ją dwa cudowne zwycięstwa nad Barceloną i Realem Madryt. Trzeba było z pewnością pomocy sił nadprzyrodzonych - Święty Fermin zasłużył sobie na szczególne święto.

Dużą część fiesty spędziłem na rozmowach o piłce. Osasuna to najbardziej polski z hiszpańskich klubów. Zaczęło się od Urbana, przez Koseckiego, Ziobera, Stańka, aż po Trzeciaka. Dziś klub z Pampeluny utrzymuje związek z Polską przez Legię Warszawa (Urban, Trzeciak, Astiz). Ale już tylko eksportuje.

Nasłuchałem się w Pampelunie o polskich piłkarzach historii i historyjek. Trzeciak zdobył dla Osasuny gola na wagę awansu do Primera Division, ale nie on jest w Pampelunie bohaterem. Ani nie genialnie utalentowany Staniek, czy szybszy od wiatru Kosecki, który po roku zapracował na transfer do Atletico Madryt. Symbolem Osasuny jest oczywiście Urban, którego mieszkańcy Pampeluny mają za jednego ze swoich świętych.

"Gdy zobaczyliśmy go na boisku, byliśmy pewni, że to będzie za chwilę najjaśniejsza gwiazda Realu lub Barcelony" - opowiadali. "To musiał być cud San Fermina, że piłkarz tej klasy spędził w naszym klubie aż 5 lat".

Urban, który dla Osasuny zdobył w lidze 49 goli "związał się" z Realem przez hat-trick na Santiago Bernabeu. Trzeba pamiętać, że w latach kiedy grał (1990-1995) istniały w ligach limity obcokrajowców (mogło grać trzech). Koszulkę Barcelony nosili wtedy: Stoiczkow, Koeman, Laudrup i Romario, w Realu gwiazdami byli: Hugo Sanchez, a potem Laudrup czy Fernando Redondo. W Madrycie królowała wtedy słynna Quinta del Buitre (piątka Sępa z Butragueno, Michelem, Sanchisem, Martinem Vasquezem i Miguelem Pardezą). Dla Osasuny taką legendą jest Urban.

Co roku, o tej porze wszystkie telewizje będą mi przypominać wyprawę do Pampeluny. Była dla mnie okazją do zrozumienia, że w tym niepojętym świecie, w którym gania się byki z gazetą, my także mamy swojego świętego.

DYSKUTUJ Z DARKIEM WOŁOWSKIM NA JEGO BLOGU

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL