Reklama

Reklama

Po plecach przechodzi dreszcz emocji

Dzisiaj piłkarze RPA grają z Meksykiem. Zaczynają się pierwsze w historii mistrzostwa świata w Afryce. Po plecach przechodzi dreszcz emocji...

Jest 3 lutego 1996 roku. Stadion Soccer City w Soweto. Trener Henryk Kasperczak wychodzi na boisko z prowadzoną przez siebie drużyną Tunezji na mecz finałowy Pucharu Narodów Afryki. Wygrywają gospodarze po dwóch golach Marka Williamsa. Na trybunach sukces sportowy i organizacyjny Republiki Południowej Afryki fetuje 80 tysięcy widzów. Piątek, 11 czerwca 2010 roku. Zmodernizowany Soccer City mieści 88 460 kibiców. Piłkarze RPA grają dzisiaj o godzinie 16 z Meksykiem. Tak zaczną się pierwsze w historii mistrzostwa świata w Afryce. Nie jest upalnie, w tej części świata akurat rozpoczęła się zima. Po plecach przechodzi dreszcz emocji.

Reklama

Wśród ogarniętego ekstazą tłumu ma się pojawić Nelson Mandela. Tak jak w 1990 roku, gdy spotkał się z rodakami po 27 latach izolacji w więziennej celi. I tak jak w 1995 roku, gdy RPA była organizatorem Pucharu Świata w rugby. Ówczesny prezydent kraju założył na siebie zielono-złoty trykot "Springboksów", znienawidzonej przez czarnych mieszkańców kraju drużyny gospodarzy złożonej niemal wyłącznie z białych zawodników. To był niesamowity, pełen patosu gest, który przypieczętował koniec apartheidu. Od tamtej pory wszystko w tym państwie stało się możliwe. Nawet zorganizowanie pierwszych afrykańskich mistrzostw świata w piłce nożnej. "Jeden naród, dumnie zjednoczony pod jedną tęczą" - głosi napis na autokarze, którym dzisiaj piłkarze RPA przyjadą na stadion, by zmierzyć się z Meksykiem.

Najbardziej niebezpieczne miasto na świecie

Wszyscy się boją tych mistrzostw. Johannesburg, Big Apple Afryki, według ostatnich statystyk to najbardziej niebezpieczne miasto na świecie. W całym RPA codziennie ginie kilkadziesiąt osób. Wiele z nich to ofiary morderstw i napaści czarnych mieszkańców na białych afrykanerskich farmerów. "The Times" podaje, że od 1994 roku w zamachach zginęły 3 tysiące osób. Dwa miesiące temu dwóch czarnych pracowników zatłukło na śmierć metalową rurą i maczetą Eugene'a Terre Blanche'a, okrytego ponurą sławą przywódcę skrajnie prawicowego Afrykanerskiego Ruchu Oporu. Biali przyszli pod budynek sądu, gdzie debatowano nad losem złapanych, z plakatami: "Mistrzostwa świata 2010, czas chaosu".

Choć od oficjalnego zakończenia panowania systemu apartheidu mijają dwie dekady, kraj nadal gnębią silne podziały rasowe. Szerzy się bieda, co potęguje przemoc, bo czarni mieszkańcy, choć zyskali wolność polityczną, nadal mają utrudniony dostęp do bogactw naturalnych (m.in. ogromne zasoby złota i diamentów), którymi zarządzają biali.

Codziennością na tym kontynencie są też wojny etniczne i religijne między plemionami. W wielu miejscach toczy się walka o władzę. Bo władza to pieniądz. Tam, gdzie rząd jest w miarę stabilny, często jest nieudolny. Dlatego kwitnie przestępczość i przemoc.

Czasem rykoszetem obrywają sportowcy. W styczniu uzbrojony w karabiny maszynowe oddział separatystów zaatakował autokar wiozący piłkarzy Togo na Puchar Narodów Afryki. Wojownikom z Kabindy chodziło o ochraniających pojazd Angolczyków, ale zginęło trzech członków piłkarskiej ekipy Togo, a kilku innych zostało rannych. Gwiazdor Manchesteru City Emmanuel Adebayor przeżył szok i zapowiedział, że więcej w reprezentacji nie wystąpi.

Henryk Kasperczak podczas pracy z reprezentacjami Wybrzeża Kości Słoniowej, Tunezji, Maroka, Mali i Senegalu nie doświadczył bezpośredniej przemocy, ale też przeżył wiele trudnych chwil.

- Pamiętam, jak polecieliśmy czarterem do Liberii, państwa, w którym akurat trwała wojna domowa, obowiązywał w nim stan wojenny - wspomina. - Na lotnisku czekali na nas uzbrojeni żołnierze, którzy zawieźli nas prosto do hotelu. Obowiązywała godzina policyjna, więc o siódmej wieczorem trzeba było w pokojach zgasić światło. Następnego dnia pojechaliśmy na stadion, a tam czekało na trybunach 50 tysięcy kibiców. I wokół boiska żadnych ochroniarzy. Padł remis. Nie wiem, co by się tam działo, gdybyśmy wygrali... Dotarło to do mnie dopiero później, gdy stamtąd wylecieliśmy. Brak bezpieczeństwa w Afryce to poważny problem, dlatego warto przestrzegać pewnych zasad. Piłkarze Togo powinni byli lecieć na turniej do Angoli samolotem, takie są zalecenia międzynarodowej federacji. Wtedy uniknęliby ryzyka przejazdu przez tereny, których władze nie kontrolują. Ci, którzy wezmą udział w turnieju w RPA, będą pilnie strzeżeni. Gdy grałem tam z reprezentacją Tunezji mecze Pucharu Narodów Afryki, byliśmy przywożeni z miejsca na miejsce w eskorcie policji, mieliśmy ochronę w hotelach i na stadionie. Jednak mam świadomość, że kibice podczas mundialu będą wystawieni na większe ryzyko. Szczególnie wtedy, gdy zapomną się i pójdą w takie miejsca, w których nie będą mile widziani.

Jednak zdaniem Marka Plawgi, biegacza, który regularnie wyjeżdża na zgrupowania do RPA, największym problemem mistrzostw wcale nie będzie brak bezpieczeństwa. - Kibice jadą na mundial, by kibicować swojej reprezentacji, ale także, by dobrze się bawić. Obawiam się, że wielu przywiezie ze sobą HIV. To może być poważny kłopot, a konsekwencje odczujemy dopiero później - uważa 29-letni lekkoatleta.

6 milionów nosicieli wirusa HIV

W RPA żyje blisko 6 milionów nosicieli wirusa HIV. FIFA ostrzega fanów, prowadzi akcje prewencyjne i wokół stadionów tworzy stanowiska, w których można otrzymać za darmo prezerwatywy.

Jednak mistrzostwa niepokoją także samych mieszkańców Afryki Południowej. Liczyli, że turniej da im pracę i poprawi ich status materialny, tymczasem największe profity czerpie z niego FIFA (rekordowe 3,3 miliarda dolarów wpływów z praw telewizyjnych i sponsorskich). Bilety są dla nich za drogie, na dodatek ich dystrybucja była źle zorganizowana. Już przed mistrzostwami pojawiły się pierwsze problemy organizacyjne, bo policja nie potrafiła zapanować nad tłumem kibiców forsujących zamknięte bramy przepełnionego stadionu pod Johannesburgiem przed towarzyskim meczem Nigerii z Koreą Północną.

Przemocy dopuścili się fani z Nigerii, których w RPA miejscowi boją się najbardziej. Pisała o tym m.in. Anna Kessel, dziennikarka brytyjskiego "Guardiana". W Afryce rozmawiała z przerażonymi matkami, które obawiają się, że przyjezdni będą porywać i wykorzystywać seksualnie ich nieletnie córki.

Może wzajemne uprzedzenia znikną, gdy rozpocznie się turniej. Afrykanie kochają piłkę nożną. Wystarczy popatrzeć, z jakim nabożeństwem witani są w tym kraju Brazylijczycy. Dla mieszkańców Czarnego Lądu są niczym Mesjasze futbolu.

- Anglicy, którzy odcisnęli mocne piętno na historii tego kraju, propagowali różne dyscypliny - krykiet, rugby, golf, żeglarstwo. Jednak to była rozrywka dla wyższych sfer. Czarna ludność w Soweto wolała piłkę nożną - opowiada Henryk Kasperczak. - W dużej mierze dlatego, że w tej grze nie ma wielkiej filozofii, nie potrzeba nakładów finansowych, nie potrzeba drogiego sprzętu - wystarczy rzucić piłkę i wszyscy są szczęśliwi, wszyscy mogą grać na równych prawach. Dzisiaj w drużynie RPA większość nadal stanowią czarni, ale bardzo dużą wagę przykłada się do tego, by choć jeden piłkarz był biały. By pokazać, że apartheid się skończył. Bo dawniej czarnoskóry nie mógł grać w krykieta albo rugby, a biali nie kopali piłki.

W afrykańskich drużynach trenerzy muszą też zwracać uwagę na podziały plemienne w społeczeństwie. - Szczególnie dotyczy to Nigerii. Nie można stworzyć drużyny tylko z reprezentantów jednego szczepu, bo doszłoby do poważnego konfliktu - tłumaczy obecny szkoleniowiec krakowskiej Wisły. - Gdy rozpoczynałem pracę z jakąkolwiek drużyną afrykańską, prosiłem działaczy, by mnie wsparli, pomogli zrozumieć miejscowe zwyczaje. Na Wybrzeżu Kości Słoniowej minister sportu zaprosił mnie, żeby porozmawiać o premiach przed mistrzostwami Afryki. Pokazał mi kartkę i mówi: "Niech trener zobaczy, jak premiowaliśmy poprzednio". Patrzę na listę i mówię: "Ale ja kilku zawodników nie znam, skąd oni się wzięli?" I słyszę odpowiedź: "O, przepraszam panie trenerze, to są marabu". Wiedziałem już, że marabu, to u nich szamani. Ale oni mieli najwyższe premie! "To takie premie im pan daje?" - pytam zdziwiony, a on na to: "Oni są ważni". Ci ludzie byli dla nich ważni w sensie tradycji, religii. Motywowali piłkarzy, otaczali ich duchową opieką. Zawodowcy, którzy wyjechali do Europy, też akceptują te obrzędy, ale mają do nich większy dystans niż miejscowi, którzy nie poznali innej kultury.

Postęp, jakiego dokonali Afrykańczycy w futbolu, jest niezwykły. To w dużej mierze zasługa byłego reprezentanta Francji Jeana Marca Guillou, który wpadł na pomysł, by zakładać ośrodki dla biednych dzieci. Zrobił dla nich chatki z bambusa, do których wstawił łóżka. Zapewniał im jedzenie, uczył francuskiego. Jednak przede wszystkim grali w piłkę. Kopali ją wyłącznie na bosaka i szkolili technikę. Doszło do tego, że ośmieszali na boisku piłkarzy z pierwszej ligi. Guillou zaczął od Wybrzeża Kości Słoniowej, a potem takich szkółek powstawało coraz więcej także w innych krajach.

Jeśli dziecko przeżyje w Afryce 7 lat, to znaczy, że będzie silne

- Jeśli dziecko przeżyje w Afryce 7 lat, to znaczy, że będzie silne. To selekcja naturalna. Dlatego taki chłopak potrafi później wytrzymywać wielkie obciążenia. Ponadto ma motywację, bo chce wyjść z biedy. Nikt go nie goni do pracy, nie zmusza - wyjaśnia Kasperczak.

Po powrocie do Europy Guillou pracował w belgijskim Beveren i tam ściągnął z Wybrzeża Kości Słoniowej wielu swoich wychowanków. Europejczycy zainteresowali się Afryką, zaczęli penetrować miejscowe drużyny i płacić klubom za ich pozyskanie. W ten sposób powstał na tym kontynencie rynek piłkarski, afrykańskie kluby wzbogaciły się i zaczęły żyć ze szkolenia zawodników. Dziś niektóre federacje stały się bardzo bogate, za rozegranie meczu towarzyskiego żądają wielkich pieniędzy. Mają gwiazdy, które się cenią i zarabiają na siebie.

Nie wszystkich krajów to dotyczy. W Senegalu czy Mali nie ma odpowiedniej organizacji, więc nawet jeśli kilka lat temu powstały boiska, to dzisiaj mało kto o nie dba, kluby znów podupadają.

Co innego w RPA. Tam potrafią wykorzystać pieniądze, dbają o bazę, rozbudowują stadiony. No i mają Nelsona Mandelę.

- To on zaprosił Seppa Blattera i powiedział mu, że jest jedno takie miejsce w Afryce, gdzie może zorganizować mistrzostwa świata - mówi Kasperczak. - Blatter mu zaufał, choć przecież nie tylko to zdecydowało. Ten kontynent to 53 federacje, które są członkami FIFA. Nie można lekceważyć Afryki, bo ona ma dzisiaj dużą siłę. Tamtejsi ludzie są niezwykli, inaczej niż my postrzegają świat. Wierzą, że jak wszystko jest dobrze, to znaczy, że... wszystko jest źle. Są wspaniali, pozytywnie nastawieni do drugiego człowieka. Ale gdy ktoś wyrządzi im krzywdę, nie potrafią wybaczyć.

Stadion Soccer City wypełnił się już do ostatniego miejsca. Właśnie wjeżdża autokar z piłkarzami reprezentacji Meksyku, na którym widnieje bojowe hasło: "Czas na nowego mistrza!". Od dzisiaj na boiska dziesięciu stadionów w dziewięciu miastach RPA będą wychodzić kolejni wojownicy. Do 11 lipca Afryka pozostanie pępkiem świata. Dopiero jednak, gdy świat się stąd wyniesie, okaże się, czy wydanie 5 miliardów dolarów na 30-dniową reklamę Czarnego Lądu było warte zachodu.

Krzysztof Kawa z RPA

Koncert w Soweto zainaugurował MŚ - galeria

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje