Reklama

Reklama

Po co skacze Adam Małysz?

Czy Zakopane może dać Małyszowi siłę na Vancouver? Mija tysiąc dni, odkąd Polak nie stanął w Pucharze Świata na najwyższym podium.

Deklaracja Adama Małysza, że nie zakończy kariery po kanadyjskich igrzyskach, ale będzie startował do mistrzostw świata w Oslo, rodzi oczywiste pytanie "po co". Z pewnością 32-letni Polak wciąż ma nadzieję na przełamanie kryzysu, bo skakanie dla frajdy, w przypadku tak wielkiego mistrza, nie ma sensu. Polak miewał w karierze kryzysy większe i mniejsze, zwykle je przezwyciężał. Nigdy nie było jednak tak, by na zwycięstwo w Pucharze Świata czekał tysiąc dni. Teraz właśnie tak jest, ostatni triumf czterokrotnego mistrza świata pamięta marzec 2007 roku i planicki mamut. Od tamtej pory z najjaśniejszej gwiazdy tego sportu Małysz zmienia się w zawodnika drugiego planu. Dziś jest ósmy w Pucharze Świata, ale to nie on, ale Schlierenzauer, Morgenstern, Loitzl, Kofler, czy Ammann wyznaczają w tej dyscyplinie standardy. Z pewnością miejsca za ich plecami, to nie jest coś na miarę aspiracji Polaka, coś, dla czego warto byłoby przedłużać karierę. Ambicje Małysz wciąż sięgają znacznie wyżej, dlatego przypomina, że właśnie w Oslo wygrał zawody Pucharu Świata aż pięć razy. Od tamtej pory na Holmenkollen pojawiła się jednak nowa skocznia.

Reklama

ZOBACZ ROZMOWĘ Z ADAMEM MAŁYSZEM

Czy Polak ma jeszcze w walce z młodymi wilkami jakieś argumenty? Naczelny optymista polskich skoków Apoloniusz Tajner nie potrafi wyjaśnić, dlaczego, ale przeczuwa, że wielka fala nadchodzi. Były trener Małysza, a dziś prezes PZN opowiada, że Polak znów będzie przeskakiwał skocznie, tak jak w 2001 roku, lub na mistrzostwach świata w Predazzo. Optymistą jest też sędziwy Fin Hannu Lepistoe, z którym ostatnie dni Polak spędził w rodzinnej Wiśle pracując na małej skoczni nad techniką. Tylko, czy nie jest to optymizm urzędowy?

Jedno jest oczywiste - nadchodzi czas egzaminu. Może już dziś na Wielkiej Krokwi? Bo jeśli w Zakopanem Polak nie dorówna najlepszym, to być może już nigdzie. Do walki jeszcze raz poniesie go publiczność, która wczoraj, podczas kwalifikacji wypełniła dolne trybuny. Gdzie indziej, tylu ludzi nie przychodzi czasem na zawody. Małysz lądował w tych samych okolicach, co genialny Schlierenzauer, z którym jeszcze niedawno przegrywał w każdym skoku o 10 metrów. Zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni Kofler, drugi w nim Ahonen, Loitzl i Morgenstern oglądali plecy Polaka. Gwarancji nie daje to żadnej, ale też nie można powiedzieć, że dziś o 16.10 tłum wypełni trybuny Wielkiej Krokwi bez nadziei.

Jeśli Małysz ma przełamać niemoc, to czas ku temu najwyższy i miejsce najlepsze. Igrzyska w Vancouver, na których Polak chciał spełnić ostatnie wielkie sportowe marzenie, już bardzo, bardzo blisko.

Czytaj także:

Świetny skok Małysza, 9 Polaków w konkursie

Małysz nie chce kończyć kariery po Vancouver

Stoch: Nie zamierzam deptać po piętach Adamowi

Dyskutuj na blogu z Darkiem Wołowskim

Dowiedz się więcej na temat: sport | skoki | Zakopane | Adam Małysz | skakanie | Vancouver

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje