Piłka nożna, której w ogóle nie widać

Oni swój mundial już wygrali. W silnym składzie stworzyli, według niektórych widzów, wręcz filmową scenerię. Jak to jest sięgać gwiazd, w ogóle ich nie widząc, a jedynie mając świadomość ich istnienia? Niewidomi nie dostrzegają przeszkód i z blind footballem chcą podbić piłkarski świat.

Bez względu na wszystko, najważniejsze w sporcie to nigdy się nie poddawać. Kontuzja, czy niepowodzenie często weryfikują cele, ale w tej drużynie życie samo cegła po cegle wybudowało mur, który stał się barierą na pozór nie do pokonania. Do wyboru były dwie opcje - wpatrywanie się w niewidzialną ścianę, albo wzięcie rozpędu i przeskoczenie trudności. Wiadomo na co padł wybór.

Reklama

Marcin Ryszka zakochał się w pływaniu tak mocno, że na szyi zawiesił medale mistrzostw świata, Europy i Polski oraz dwukrotnie znalazł się w składzie na igrzyska paraolimpijskie. Nie widzi. Po zakończeniu kariery pływackiej postawił na piłkę nożną. Mowa wcale nie o teorii, chociaż i tutaj wyróżnia się eksperckim spojrzeniem na polski sport narodowy. Chodzi o normalną grę w "nogę" i to na międzynarodowym poziomie. Nie można kopać w coś, czego kompletnie się nie widzi. To niemożliwe, prawda?

Gość do gościa mówi - "Te, oni tu chyba film kręcą"

- Wiem, że to jest abstrakcja, ale ja nie widzę zupełnie nic. Na treningu podszedł do nas facet i zapytał, czy kręcimy jakiś spot reklamowy, bo mieliśmy stroje sportowe znanej marki, a do tego gogle na oczach. Zdarzają się różne śmieszne historie na treningach, czy turniejach - mówi kapitan reprezentacji blind footballu.

Słuchając kolejnych słów Marcina kompletnie zapomina się, że rozmawiamy o sporcie osób niepełnosprawnych. To tylko pewna dysfunkcja, która nie wpływa na zatracenie poziomu rywalizacji i ambicjonalne podejście do wyniku. Na boisku toczy się walka!

- Niedawno przyjechał do nas dziennikarz, który był bardzo zdziwiony, bo pewnie myślał, że przyjedzie na mecz kilku biednych niewidomych, a tu proszę - taka gra. Wiadomo, że nie ma przewrotek, ale tempo gry samo w sobie jest bardzo intensywne, walka kontaktowa, momentami wręcz brutalna - tłumaczy Ryszka.

Voy!

Zasady są nieco inne, niż w tradycyjnym wydaniu footballu. Wiadomo, że cel pozostaje jednak taki sam.

- Gramy po pięć osób. Bramkarz jest osobą widzącą, zaś w polu występuje czterech zawodników, którzy mają na oczach specjalistyczne gogle. Piłka przede wszystkim wydaje dźwięk, a każdy zawodnik, który nie posiada piłki a za nią biegnie, musi mówić słowo "voy" (hiszp. Idę). Jeśli nie wypowie tego słowa i na kogoś wpadnie, wówczas mamy faul. Cztery takie faule skutkują rzutem karnym. Bramkarz podpowiada również swoim zawodnikom jak mają ustawić się w obronie. W środku pola jest trener mówiący co się dzieje, zaś za bramką przeciwnika znajduje się przewodnik podpowiadający w którym kierunku trzeba oddać strzał - wyjaśnia piłkarz.

Być może nie jest to łatwe do szybkiego wyobrażenia. To dlatego grę najlepiej zobaczyć na własne oczy. W tym miejscu ktoś może powiedzieć, że szkoda czasu na gadanie o jakimś niszowym sporcie. Zwykły "zapychacz" do poczytania, gdy komuś się znudziło. Tylko, że ci niszowi na pozór piłkarze wygrywają międzynarodowe turnieje.

W maju tego roku nasi wygrali 3rd IBSA Blind Football Euro Challenge Cup w Krakowie. W finale pokonali Irlandię 1-0 i być może wcale nie było o nich głośno, jak nawet o słabszych występach reprezentacji narodowej nazwijmy to "tradycyjnego" footballu, ale w mediach i tak zrobił się niemały szum.

- W listopadzie 2017 roku i dopiero co - w maju, rozgrywaliśmy turnieje w Krakowie. Listopadowe rozgrywki były bardzo nagłośnione przez krakowskie media. Graliśmy w hali w Nowej Hucie, a na meczu otwarcia było około trzystu osób, więc jak dla nas była to całkiem duża publika. Na nasze zaproszenia odpowiedziały szkoły i dzięki temu na widowni znalazła się również grupa dzieci. Wpadli też studenci z krakowskiego AWF-u. Zainteresowanie nie jest jeszcze tak duże, jakby się tego chciało, ale tak naprawdę startujemy, więc efekty naszej pracy dopiero przyjdą - mówi z optymizmem Marcin Ryszka.

Profesjonaliści?

- Każdy z nas łączy piłkę z życiem prywatnym. Wśród nas są studenci, osoby, które pracują, mają rodziny, a także uczniowie szkół - dodaje.

Tak, jak reprezentacja San Marino, tylko w przeciwieństwie do nich wy odnosicie międzynarodowe sukcesy - śmiejemy się z porównania razem z reprezentantem Polski.

Tylko nam nie współczuj

No właśnie. Los osób niepełnosprawnych zazwyczaj kompletnie nas nie interesuje, albo wręcz przeciwnie - poziom współczucia jest tak wysoki, że wcale nie jest odbierany jako coś miłego, a staje się wręcz powodem do zdenerwowania.

- Nie lubię płakania i narzekania, filmów z podpisami, że nasz sukces został niezauważony. Według mnie jest to krzywdzące dla organizacji, które nam pomagają. Istnieje wiele problemów, z którymi się borykamy, ale moim zdaniem to my musimy pokazać, że jesteśmy "fajnym produktem". Chciałoby się większego zaangażowania ze strony PZPN, jak to ma miejsce między innymi w Wielkiej Brytanii lub Turcji. Byłoby o wiele łatwiej gdybyśmy mieli sponsora strategicznego, stałe pieniądze. Mimo wszystko działając w Krakowie, jako klub Tyniecka Nie Widzę Przeszkód, dostajemy ogromne wsparcie ze strony miasta. Im więcej sukcesów, tym większa liczba osób o nas usłyszy - mówi piłkarz.

Marcin uważa, że osoby takie, jak on powinny działać, a nie tracić czas na użalanie się nad tym, jak potraktował ich los. Twierdzi, że w rękach osób niepełnosprawnych jest to, czy zostaną zauważeni. Swoją energią mógłby obdarować dziesięć innych osób.

Wielkie igrzyska kontra paraolimpiada

Można powiedzieć, że Marcin załatwił paraolimpiadę w telewizji. Czym to on się nie zajmował - pojawia się myśl. Po studiach "zrobił" też menedżera sportu, a potem zaangażował się w projekt "Pokażcie nas w Rio".

- Wymyśliłem projekt, który miał na celu zwiększenie świadomości ludzi ze świata mediów oraz sportu paraolimpijskiego. Zainteresowałem takie osoby, jak Przemysław Babiarz oraz ministerstwo sportu, a finalnie skończyło się to tak, że igrzyska paraolimpijskie były pokazywane w polskiej telewizji - opowiada jakby nigdy nic.

Póki co nie urósł na gwiazdę na miarę Roberta Lewandowskiego. Temat blind footballu nie jest zaś tak wysoko, jak kontuzja Kamila Glika przed mundialem. Ale jak wybierasz się z kuplami na piwo i rozpoznają cię w knajpie, to można już chyba powiedzieć, że piłka niewidomych powoli wkracza do świadomości społeczeństwa.

Pytanie o to, co będzie.

- Kiedyś rozmawialiśmy z prezesem AMP Footballu o możliwościach utworzenia związku piłki nożnej osób niepełnosprawnych, ale na ten moment jest to melodia przyszłości - dodaje kapitan drużyny Marcin Ryszka.

W tej melodii przyszłości nie ma jednak miejsca na wybujałą fantazję. Kilka dni po rozmowie piłkarze znów zbliżają się do upragnionego celu. W skrzynce autora pojawiła się radosna wiadomość "wygraliśmy turniej w Krakowie w ten weekend".

Aleksandra Bazułka

Dowiedz się więcej na temat: blind football | Marcin Ryszka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje