Reklama

Reklama

Pielgrzymka celem Aragonesa

Cztery kroki już za nim. Zostały jeszcze dwa - pokonać w czwartek w półfinale Rosję, a następnie wygrać finał.

A później w wygodnych butach wspólnie z żoną udać się na pielgrzymkę na grób św. Jakuba do Santiago de Compostela. W taki właśnie sposób tytuł piłkarskiego mistrza Europy zamierza uczcić trener reprezentacji Hiszpanii Luis Aragones.

Jest najstarszym z trenerów podczas Euro-2008. Niespełna dwa tygodnie po zakończeniu imprezy będzie obchodzić 70. urodziny. Dla piłkarzy jest bardziej "dziadkiem", niż "ojcem". W ojczyźnie zwany "Mędrcem z Hortelazy", ze względu na miejsce urodzenia.

Mimo wieku, witalności mogliby mu pozazdrościć młodsi koledzy na trenerskich ławkach. W każdym spotkaniu ME często podbiegał do linii bocznej, gestykulował, próbował krzykiem przekazać piłkarzom jakieś wskazówki.

Reklama

"Nie czuję się staro, ja tylko wyglądam jak dziadziuś -powiedział Aragones. - Po boisku już nie pobiegam, ale na szczęście nie muszę. Moja głowa, umysł wciąż jednak działają całkiem sprawnie".

Jak balsam działają na niego gole i zwycięstwa hiszpańskich piłkarzy. Gdy David Villa już w doliczonym przez sędziego czasie gry zdobył bramkę zapewniającą wygrana 2:1 nad Szwecją w meczu fazy grupowej, na konferencji prasowej Aragones przyznał: "Dzięki takim golom ubywa mi lat".

Przez 120 minut ćwierćfinałowego meczu z Włochami niemal nie usiadł na ławce rezerwowych. Grał razem z drużyną, a po zwycięskim rzucie karnym Cecsa Fabregasa jako jeden z pierwszych wyrwał na boisko. "Patrzyłem na te karne ze spokojem, bo wiedziałem, że moich chłopców stać na zwycięstwo, szczególnie z takim człowiekiem jak Iker Casillas w bramce" - wyjaśnił.

Kolejnym celem jest pokonanie w czwartek w półfinale (Wiedeń, godz. 20.45) drużyny rosyjskiej. "To będzie jeszcze trudniejszy pojedynek niż z Włochami - podkreślił trener Hiszpanów. - Rosjanie wyglądają jakby z każdym meczem przybywało im sił. A u nas lekko kontuzjowany jest Marcos Senna, a trudy sezonu sprawiają, że Sergio Ramos i Andres Iniesta gonią resztkami zdrowia".

Nad taktykę i strategię przedkłada piłkarskie umiejętności i siłę mentalną. Wpaja piłkarzom, że są najlepsi na świecie i stać ich na pokonanie każdego rywala. Z drugiej strony, uspokajał ich i izolował od euforycznych nastrojów, które docierały z kraju po awansie do półfinału.

"Spokojnie, spokojnie - powtarzał. - Półfinał to dużo, ale jeszcze więcej przed nami. Przyjedzie czas na radość i zabawę".

Niektórzy zarzucają mu, że jest staromodny - na trenerskiej ławce, jako jeden z nielicznych podczas Euro-2008, zasiada w dresie, rzadziej niż młodsi koledzy po fachu zagląda do komputera. "Futbol to głównie emocje. Czasami lepiej popatrzeć piłkarzowi głęboko w oczy niż w laptopa" - uważa Aragones.

Pod jego wodzą hiszpańska drużyna narodowa wygrała 37 z 52 meczów. Przegrała ledwie cztery. Obecnie pozostaje niepokonana od 20 spotkań. Jeżeli Aragones wróci do kraju z Pucharem Henriego Delaunaya, wyrówna osiągnięcie Jose Villalongi, który w 1964 roku wywalczył z Hiszpanami mistrzostwo Starego Kontynentu.

Sukces zamierza uczcić na swój sposób. "Kupię wygodne buty i pójdę z żoną na pielgrzymkę na grób św. Jakuba do Santiago de Compostela" - zapowiedział długo przed rozpoczęciem turnieju i zamierza dotrzymać słowa.

Podobnie jak w sprawie rezygnacji z funkcji selekcjonera. "Lubię dotrzymywać słowa. Zapowiedziałem, że po ME odchodzę i nikt w żaden sposób mnie nie zatrzyma. Nie zmienię zdania nawet, jak wrócę ze złotym medalem na szyi. Co nie znaczy, że wybieram się na emeryturę..." - zakończył Luis Aragones.

Z Wiednia - Paweł Puchalski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL