Reklama

Reklama

​Paweł Abbott: W Polsce czuję się najlepiej

Urodzony w Anglii, wybrał Polskę, Paweł Abbott na piłkarskiej drodze spotkał m.in. Davida Moyesa i Radosława Osucha. Polski i wyspiarski futbol ligowy poznał od podszewki.

Maciej Słomiński, Interia: Jeden z pana byłych klubów, Arka Gdynia, zaczyna grę w 2021 r. meczem 1/8 finału Pucharu Polski z Górnikiem Łęczna (transmisja we wtorek 16 lutego - Polsat Sport Extra, godz. 17.50). Rozgrywki pucharowe były pana specjalnością.

Paweł Abbott, były zawodnik m.in. Ruchu, Zawiszy, Arki, ŁKS: - Zdobyłem w czasie kariery dwa Puchary Polski, z Zawiszą Bydgoszcz i Arką. Jednocześnie miałem pecha, bo oba mecze finałowe na Stadionie Narodowym oglądałem z trybun. Oba z różnych przyczyn.

Co się stało?

- W 2017 r. nie zagrałem w Arce w meczu z Lechem Poznań, miałem problemy z łydką. Trzy lata wcześniej byłem już na wylocie z Zawiszy, wcześniej zostałem odsunięty od składu.

Reklama

W Bydgoszczy na papierze rządziła żona Radosława Osucha, a w rzeczywistości on.

- Po awansie z Zawiszą do Ekstraklasy, mój kontrakt automatycznie został przedłużony o dwa lata. Początkowo miałem miejsce w składzie, potem zaczął się konflikt Osucha z  kibicami. Na meczu zamiast dopingu były wyzwiska w stronę właściciela. On zareagował w ten sposób, że dał nam do podpisania "lojalkę", że sobie nie życzymy wyzwisk, które przeszkadzają w grze. Wszyscy podpisali, tylko Łukasz Nawotczyński i ja się wyłamaliśmy. Uznaliśmy, że nas to nie dotyczy. W efekcie zostaliśmy odsunięci od drużyny. Trener Ryszard Tarasiewicz mnie przywrócił, ale tylko na kilka dni. Osuch oskarżył mnie, że współpracuję z kibicami, chciał rozwiązać kontrakt, zostałem przesunięty do treningów indywidualnych pod kierunkiem starszego pana, spikera, który kiedyś był trenerem. Zawziąłem się i zasuwałem tak, że osiągnąłem życiową formę. Wreszcie znalazłem odpowiedniego trenera, czyli siebie (śmiech).

Można powiedzieć, że Osuch był jednym z przecierających szlak. Coraz więcej klubów przejmowanych jest przez piłkarskich agentów.

- Założenie jest dobre, agent ma wiele kontaktów, zna się na piłce. Wie, zawodnik jest dobry, a który nie. Wie, na jaką stawkę, który piłkarz zasługuje. Osuch osiągnął z klubem sukces, zrobił awans, zdobył Puchar Polski. Z drugiej strony zostawił spaloną ziemię, Zawisza jest dziś tam gdzie jest.

Zdobył pan dwa Puchary Polski, a mogły być trzy. W 2012 r. Ruch Chorzów uległ w finale Legii Warszawa 0-3.

- W tamtym sezonie mieliśmy sporą szansę na mistrzostwo, zdecydował remis 2-2 ze słabym wtedy ŁKS. Byliśmy z Ruchem jak Adaś Miauczyński: ciągle drudzy. W pucharze i lidze.

W barwach "Niebieskich" zasłynął pan występem w "Turbokozaku".

- Miał wystąpić Arek Piech, ale się wystraszył. Popłoch,  ktoś przecież musi wystąpić. Nie wiedziałem, co to za program, byłem zupełnie nieświadomy w co się pakuję. Powiedzieli, że różne zadania będą, karne, wolne, taka zabawa. Podszedłem na luzie, wyszło jak wyszło. Uderzałem wolne, same "szczury" po ziemi. Dziś piłkarze w tym konkursie mają kilka prób, ja nie miałem czasu, jedziemy wszystko naraz!



Ruch Chorzów był pana pierwszym polskim klubem po długoletnim pobycie w Anglii. Jak wypadało porównanie "Niebieskich" z klubami z Wysp?

- Było ciekawie, podobało mi się! Początkowo nie wszystko rozumiałem, nie znałem wszystkich meandrów polskiej piłki ligowej. Potem wieczne zgadywanie, czy wypłata będzie na czas, zaczęło być męczące.

Nie miał pan szczęścia do klubów w Polsce. Większość miała kłopoty finansowe.

- Jedynie w Arce Gdynia nie było problemów z wypłatą. To jest główna różnica. W Anglii masz wszystko podstawione pod nos, masz się zająć tylko grą. W Polsce wieczne spotkania z prezesami, dyrektorami, czy będą pieniądze, czy się zobaczy. Ileż można? Mogłem po pobycie w Stomilu Olsztyn grać jeszcze rok czy dwa, ale już byłem zmęczony tymi wiecznymi zawirowaniami.

Chyba musiało się panu w Arce podobać, jeśli osiadł pan po zakończeniu kariery na stałe na Wybrzeżu i w tym klubie trenuje pana syn.

- Gdy pojawiłem się w Arce w 2014 r. przedstawiono mi plan, spokojnej trzyletniej budowy drużyny. Zespół był tworzony z rozsądkiem. Sporo młodych zawodników, którzy wiele wnieśli: Nalepa, Sulewski, Wojowski, Marcjanik. Ten pierwszy w I lidze był wiodącą postacią mimo młodego wieku. Poza tym Sobieraj, Siemaszko i Marcus - ludzie związani z Arką. Mieszanka rutyny z młodością. Dobry plan, który wypalił. Niestety, im drużyna gra wyżej, tym pojawia się więcej zawodników zagranicznych, większą rolę grają pieniądze. Po trzech latach mój kontrakt się skończył, chciałem zostać, długo rozmawiałem z prezesem Pertkiewiczem. Był temat, żebym był przy drugiej drużynie. Teraz znów pojawił się ten pomysł, mam być przy drużynach juniorskich, w Arce trenuje mój syn Zak. Będę się starał upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu, poruszam się, a przy okazji będę miał oko na syna.

W Arce osiągnęliście awans do Ekstraklasy i zdobyliście Puchar Polski, ale derbów Trójmiasta z Lechią wygrać nie zdołaliście. Najbliżej byliście chyba w 2016 r., gdy w pierwszych derbach po długiej przerwie zdobył pan zwycięską bramkę, jednak arbiter uznał, że padła ze spalonego.

- To był chyba najlepszy mecz, w którym grałem w Polsce. Tyle działo się na trybunach, helikopter krążył nad głowami, ciężko było skupić się na boisku. Takie mecze są jak wojna, aż chce się grać. Sytuacja z nieuznanym golem była "na styku". Przeważnie patrzę na liniowego, wtedy emocje były tak wielkie, że nie spojrzałem i pobiegłem się cieszyć. Długo nie mogłem uwierzyć, że sędzia bramki nie uznał.

Jesteśmy u progu startu I ligi, w czołówce są ŁKS i Arka Gdynia - dwa pana byłe kluby.

- Arka musi liczyć na baraże, nie sądzę żeby awansowała bezpośrednio. Jak nie w tym roku to w następnym sezonie powinno się udać.

Kibice angielskiego Huddersfield śpiewali o panu piosenkę. Fani Arki usiłowali ją odtworzyć.

- Zawsze mówię, że każda wersja jest dobra, liczą się chęci. To zawsze jest miłe, gdy ktoś śpiewa o tobie.  





Niewielu polskich piłkarzy może się tym pochwalić. Poza Jerzym Dudkiem i Łukaszem Fabiańskim, w ojczyźnie futbolu nie śpiewano o żadnym z Polaków.

- To prozaiczna historia. Piosenka nie została wymyślona specjalnie dla mnie, a po mnie przejął ją inny piłkarz.

W pierwszej dekadzie XXI wieku w Anglii występował pan w siedmiu klubach tamtejszej ligi (Preston, Bury, Huddersfield, Swansea, Darlington, Oldham, Charlton). Który z nich wspomina pan najlepiej?

- Najdłużej, bo ponad trzy lata, grałem i najwięcej bramek strzeliłem dla "Terierów" z Huddersfield. Wszystkie kluby wspominam dobrze, ale ten najlepiej. W około 120 meczach ligowych zdobyłem 48 goli.

To była League One, czyli trzeci szczebel ligowy. Wcześniej występował pan szczebel wyżej, w Preston North End.

- W Huddersfield wreszcie grałem. Na początku zostałem wypożyczony. Potem chciano mnie ponownie wypożyczyć, ale Craig Brown, manager Preston, zaprosił mnie do siebie. Mówił: "Każdy ma swoją cenę, mamy dla ciebie ofertę kontraktu, ale nie ma gwarancji, że będziesz grał". Konkurentami do miejsca w składzie byli David Healy, Ricardo Fuller, Richard Creswell. Mogłem zostać i walczyć o miejsce w klubie Championship. "Terriers" zapłacili 125 tysięcy funtów. Nie żałuję tego ruchu.

Craig Brown do Preston przyszedł po ośmiu latach w reprezentacji Szkocji.

- Najwyższa trenerska półka. Jego poprzednikiem, szkoleniowcem, który sprowadzał mnie do Preston, był David Moyes. Gdy podpisałem kontrakt, Moyes mówił, że zapłacili za mnie duże pieniądze, że to inwestycja, ale muszę być cierpliwy, że na razie mam się uczyć, że regularnie zacznę grać za rok lub dwa. Nie rozumiałem tego, chciałem grać tu i teraz, czułem że dam radę. Złościłem się. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że nie miałem szans. W ataku był Jon Macken, który za 5 milionów funtów poszedł do Manchesteru City. Dziś myślę, że mogłem być bardziej cierpliwy.

Dla Davida Moyesa Preston stał się katapultą do kariery trenerskiej.

- Wszyscy wiedzieli, że będzie świetnym trenerem. Wcześniej sześć lat grał w Preston, mówiono że kariera piłkarska jest po to by przygotować go do szkoleniowej. Ostatni rok łączył pracę managera z graniem. Wprowadził klub z czwartego poziomu ligowego do finału play-off o Premier League. W Manchesterze United Moyes nie do końca dostał szansę, Ole-Gunnar Solskajar jest już długo w United, miał różne momenty, a wciąż jest na stanowisku. Zresztą nie mój biznes, jestem fanem Liverpoolu (śmiech).

Moyes i Brown to Szkoci. Rozumiał pan co mówią? Szkocki akcent nie należy do najłatwiejszych.

- Tak, nie jest to problem, poza tym byłem przyzwyczajony, od małego wychowywałem się przecież w Anglii. Kłopoty zaczynały się, gdy Szkoci zaczynali mówić między ze sobą.  Podobnie czułem się kilka lat później w Ruchu Chorzów. Wojtek Grzyb z Łukaszem Janoszką jak czasem  zaczęli nawijać po śląsku, to nie wiedziałem o co chodzi. Myślałem, że wymyślili jakiś nowy język!

W Anglii dość długo występował pan w Darlington.

- Przeszedłem po nieudanym pobycie w Swansea, zapłacono za mnie 100 tysięcy funtów. To była IV liga, wszedł bogaty właściciel, który chciał szybko awansować w Championship. Wybudował stadion na 20 tysięcy widzów, ale przychodziło jedynie 2-3 tysiące. Wkrótce okazało się, że porwał się z motyką na słońce. Północno-wschodnia Anglia to kraina futbolu. Newcastle, Sunderland, Middlesbrough, konkurencja jest ogromna. Zbyt wielka dla Darlington. Z powodów problemów finansowych, liga zabrała nam 10 punktów. Przez dwa miesiące nie dostawaliśmy wypłat. Związek zawodowy piłkarzy zapewnił nam 70 proc pensji.

Czy był choćby cień szansy, żeby zagrał pan w Premier League?

Wigan za kadencji Paula Jewella przejawiało zainteresowane, ale konkretów zabrakło. Zresztą pomyśl, jak taki piłkarz grałby w Premier League, to byłoby chyba coś nie tak! (śmiech).





Karierę na Wyspach kończył pan w Oldham, potem w londyńskim Charlton.

- Myślami byłem już w Polsce, tęskniłem coraz bardziej. Gdy miałem wolne przyjeżdżaliśmy do kraju.

Wracał pan do Polski jako mężczyzna niemal 30-letni, wyjeżdżał jako nastolatek.

- Nie był to dla mnie wielki stres. Miałem klapki na oczach, chciałem jak najlepiej grać w piłkę, na im wyższym poziomie, tym lepiej. Nawet się nie zastanawiałem. Rok wcześniej byłem w Auxerre, gdzie na testach nie poszło mi jak chciałem. Za wszelką cenę chciałem dostać się do jak najlepszej ligi.

Wyjeżdżał pan z Polski jako zawodnik ŁKS, ale nie jest jego wychowankiem.

- Zawsze z dumą powtarzam, że piłkarsko ukształtował mnie Łokietek Brześć Kujawski! Z ŁKS spadliśmy z Ekstraklasy, po degradacji zacząłem grać więcej, strzeliłem parę bramek. Dawid Ptak, syn Antoniego, przyszedł z wiadomością, że jest oferta dla mnie. Nie musiałem starać się o pozwolenie na pracę, miałem brytyjski paszport. Pojechałem do Middlesbrough, gdzie nie zdołałem wywalczyć kontraktu, ale w którymś meczu zobaczył mnie trener Preston North End. Moja gra przypadła mu do gustu. O reszcie mówiliśmy wcześniej.

Odwieczny dylemat - czy najpierw coś osiągnąć w Polsce, czy jak najwcześniej wyjeżdżać.

- Moim zdaniem, im piłkarz szybciej wyjedzie na Zachód, tym lepiej dla jego rozwoju. Trening w Ekstraklasie to może 50 proc. intensywności zajęć w lidze angielskiej. Jest przepaść. Do Polski zawsze można wrócić, a doświadczenie zdobyte za granicą zaprocentuje.

Urodził się pan w York.

- Mój brat Billy urodził się w Polsce, ale ma angielskie imię. Ja mam imię polskie, ale urodziłem się w Anglii. Ojciec jest Brytyjczykiem, pracował w Polsce, we Włocławku, budował Azoty. W Polsce poznał mamę, potem przeprowadziliśmy się do Anglii. Gdy miałem 11 lat wróciliśmy do Polski.

Czyli gdzie jest pana dom? W Polsce czy w Anglii?

- Nawet mieszkając na Wyspach, co wakacje przyjeżdżaliśmy do Polski, zawsze tu czułem się najlepiej. Gdy wracaliśmy mama martwiła się o nas, czy sobie poradzimy z językiem, z życiem, ale wróciliśmy, tu żyjemy i jesteśmy zadowoleni z tego wyboru.

Trener Michał Globisz mówi, że gdy był trenerem polskiej kadry juniorów był pan na pierwszym miejscu w jego notesie. Czy to ze względu na nazwisko zaczynające się na "A"?

- O tym nie pomyślałem (śmiech). Michał Globisz wypatrzył mnie podczas meczu reprezentacji województwa włocławskiego z płockim. Niestety, nie mógł mnie powołać, nie miałem wtedy polskiego obywatelstwa. Gdy kadra leciała do Nowej Zelandii na mistrzostwa świata, zostałem skierowany na szybką ścieżkę, niestety nie udało się tego załatwić. W końcu stałem się posiadaczem polskiego paszportu, który w dobie brexitu może się przydać nawet bardziej od brytyjskiego.

Na mistrzostwa Europy, na których Polacy zdobyli złote medale, pan nie pojechał. Ponoć zdecydował mecz na White Hart Lane.

- Podpadłem asystentowi trenera Globisza, Dariuszowi Wójtowiczowi. Podczas rozruchu w parku byłem w parze z Rafałem Grzelakiem. Rafał coś powiedział, ja odpowiedziałem, trener Wójtowicz zwrócił mi uwagę, że nie słucham. Zacząłem się tłumaczyć, widząc że nie przynosi to efektu, machnąłem ręką. Grzelak wyjaśniał, że to on zaczął. Nie pomogło. Zostałem wyrzucony z  treningu. I wtedy, i teraz jest to dla mnie niezrozumiałe, że w Polsce nie można podczas zajęć porozmawiać, że trenerzy czepiają się o byle co. Duża różnica między moimi dwoma ojczyznami. Gdy jest praca to zasuwamy, ale przecież sport to sposób na przyjemne spędzenie czasu, powinno być miejsce na uśmiech. Z Anglią na stadionie Spurs nie zagrałem, choć bardzo mi zależało. Po meczu przeprosiłem trenerów, trener Globisz pochwalił, że potrafię się przyznać do błędu. Na meczu był trener z Preston, który zawiózł mnie do klubu. Na rewanż w Gdańsku nie dostałem już powołania. Wszystko przez ten nieszczęsny rozruch w parku.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama