Reklama

Reklama

"Orły Leo" jak zmoknięte kury

Niemalże jak co dzień, przebywający w Portugalii reprezentanci Polski kończyli piątkowy, poranny trening kompletnie mokrzy. Tym razem jednak zmoczone dresy nie były efektem opadów deszczu, a kąpieli w oceanie. W efekcie nasi kadrowicze nie wyglądali jak "Orły Leo", lecz jak... przemoczone kury.

Rano Leo Beenhakker zmienił plany. Zamiast na trening na obiekcie FC Ferrieras, selekcjoner zabrał piłkarzy na przepięknie położoną plaże tuż za hotelem. Po rozgrzewce i grze w dziadka na piaszczystej nawierzchni przyszła pora na mecz futbolu amerykańskiego. Podzieleni na dwie drużyny piłkarze mieli za zadanie przedostać się z piłką na pole punktowe rywala, podając ją wyłącznie rękoma. Poza tym wszystkie chwyty były dozwolone, z czego skrzętnie korzystali zawodnicy. Już przy pierwszej akcji Łukasz Trałka wylądował w ogromnej fali, a chwilę później większość zawodników była mokra od stóp do głowy. Za każde przeniesienie piłki na pole punktowe rywala, trenerzy przyznawali dwa punkty. Przy stanie 6:6 trenerzy zdecydowali, że o zwycięstwie zdecyduje "złoty gol". Najwyższy wśród piłkarzy Marek Wasiluk, we wspaniałym stylu przechwycił podanie rywala i chwilę później rzucił się na piasek, kończąc mecz i zapewniając swojej drużynie zwycięstwo.

Reklama

Po zakończeniu tego nietypowego treningu wszyscy wracali do hotelu we wspaniałych nastrojach. - Pewnie dwóch lub czterech zostało w wodzie i popłynęli do Maroka - śmiał się Beenhakker. - Takie treningi są bardzo potrzebne. Wystarczy dać tym chłopakom trochę wolności, a oni pokazują, że potrafią wspaniale się bawić. Nic nie szkodzi, że trochę się zmoczyli, bo wystarczy spojrzeć na niebo, gdzie wreszcie pojawiło się słońce. Na pewno takie zajęcia są potrzebne, ale wieczorem będziemy już ćwiczyli na trawiastym boisku - dodał selekcjoner.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL