Reklama

Reklama

"Numer jeden? A czemu nie!"

INTERIA.PL rozmawiała z Robertem Radwańskim, ojcem i trenerem najlepszych polskich tenisistek. Do spotkania doszło w popularnym krakowskim "Zwisie", czyli w kawiarni "Vis a vis".

Zobacz reportaż: Agnieszka Radwańska bez tajemnic

Reklama

- Takie osoby jak Agnieszka rodzą się w kraju, który ma 50 mln ludności raz na kilkadziesiąt lat. To trzeba rozpatrywać w tych kategoriach - powiedział nam ojciec i trener Agnieszki i Urszuli Radwańskich.

Skąd pomysł na tenisowe siostry Radwańskie?

Robert Radwański: - To właściwie nie jest pomysł, my byliśmy skazani na sport. Dziewczyny to już trzecie pokolenie zawodowców w naszej rodzinie. Mój ojciec, a dziadek Agnieszki i Uli, Władysław, grał w hokeja w Cracovii, ja uprawiałem łyżwiarstwo, potem tenis. Dziewczyny musiały grać w tenisa. Kwestia była tylko taka, czy zrobią kariery, czy nie. Akurat tak się stało, że stanowiły, mówiąc trywialnie, świetny materiał na tenisistki. No i udało się.

Przed laty, kiedy przyprowadzał pan na korty Nadwiślanu dwie małe dziewczynki i kazał im odbijać piłeczki, różni tenisiści-amatorzy pukali się znacząco w czoła i drwili, że stosuje pan zimny wychów córek...

- Oczywiście, że była to cierniowa droga, ale spotykałem się też pozytywnymi opiniami. Oczywiście, w tamtym czasie czasem nie wpuszczali nas na hale, było ściąganie siatek... Jeżeli kiedyś ukaże się moja książka o tenisie, to będzie się nazywała "Moja walka o kort". Nie chcę mówić na razie więcej na ten temat, bo nie chcę straszyć innych, którzy chcą uprawiać tę dyscyplinę. Gdyby nie ojciec, to pewnie byłoby gorzej.

Jest taki etap w rozwoju tenisisty, że są coraz większe umiejętności, ale zaczyna brakować kasy. Państwo poświęciliście z żoną wszystko, co mieliście, na tenisową edukację córek, mimo że nie było gwarancji sukcesu.

- W 1995 roku wróciliśmy z Niemiec do Krakowa i pieniądze tam zarobione szybko nam się skończyły. W 1997 czy w 1998 już zaczęło być niewesoło. No i przyszła pomoc od ojca. Właściwie pierwszym głównym sponsorem moich córek był mój ojciec. Taka jest prawda! Sprzedawał obrazy, dawał pieniądze i wierzył głęboko w to, że się uda. I udało się. Teraz mamy satysfakcję, że te złe języki nie miały racji.

Czy role jednocześnie ojca i trenera są bez problemów do pogodzenia? Czy może lepiej byłoby, gdyby pan trenował nie córki, ale obce dziewczynki?

- Cóż, nam się udało, ale wielu osobom w podobnej sytuacji się nie udaje. Jestem nie tylko ich ojcem, ale też przyjacielem i trenerem. Bez sytuacji, kiedy ojciec jest tak naprawdę kolegą na korcie, to raczej nie będzie wyniku. Jest coś takiego, że my się razem nie męczymy. Jeżeli byłoby to wymuszone krzykiem i tak dalej, to by padło. Nam się udało to robić na długi dystans, bo - to też jest istotne - jest to długi, dwunastoletni proces. I jest OK.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje