Reklama

Reklama

"Nie zmarnujmy tej szansy"

Nikt nie liczył na medal, więc sukces przyszedł chyba niespodziewanie, lecz jak najbardziej zasłużenie - mówi Andrzej Szymczak, jeden z najlepszych bramkarzy w historii światowej piłki ręcznej, o wicemistrzostwie świata polskich szczypiornistów.

- Przed mistrzostwami świata nasza reprezentacja była typowym średniakiem. Czy taki zespół zasłużył na finał?

Reklama

- Założenia trenerów i działaczy były takie, żeby awansować do pierwszej siódemki. Nikt nie liczył na medal, więc sukces przyszedł chyba niespodziewanie, lecz jak najbardziej zasłużenie. Wygrana w eliminacjach z Niemcami to był według mnie punkt zwrotny, który scementował zespół.

- Na ten sukces Polska czekała 25 lat, to jest od brązowego medalu pańskiego zespołu w mistrzostwach świata w RFN. Dlaczego stało się to właśnie teraz, gdy polska liga przedstawia żałosny widok, brakuje sponsorów, a szkolenie młodzieży jest na poziomie krajów Trzeciego Świata?

- Najważniejszym czynnikiem, który zadecydował o sile naszego zespołu, jest to, że ponad połowa graczy występuje... w Bundeslidze. Tam w każdym meczu muszą udowadniać swoją przydatność, walczyć o miejsce w podstawowym składzie, nie mogą - jak w kraju - spocząć na laurach. A do tego w Niemczech jest świetna baza. W kraju Wisła Płock, pięciokrotny mistrz, najlepszy zespół dekady, gra w niespełniającej żadnych norm blaszanej hali, którą na dodatek musi dzielić z uczniami miejscowego liceum. Jakby mało było tych nieszczęść, we władzach związku, gdzie jest wielu nieudaczników, nic się nie dzieje. Było tak źle, że na turnieju w Poznaniu reprezentanci wystąpili w koszulkach z napisem "bojkot". Po tym fakcie zmienił się prezes, ale czy zmieniła się sytuacja w polskiej piłce ręcznej?

- A może sprawił to geniusz trenera Bogdana Wenty?

- Bogdan był świetnym zawodnikiem, odnosił ogromne sukcesy w zagranicznych klubach. Czy jest genialnym trenerem? Raczej trzeba zadać pytanie: dlaczego wygrał rywalizację o posadę selekcjonera z Bogdanem Kowalczykiem? Bo opowiedzieli się za nim reprezentanci grający w Bundeslidze, którzy bali się ciężkiej ręki Kowalczyka.

- Czy podczas meczu trener ma jeszcze istotny wpływ na grę zespołu?

- Poza dokonywaniem zmian chyba tylko taki, że w newralgicznych momentach, zwłaszcza końcówkach, może wziąć czas. Gdy mecz toczy się w takiej hali jak w Kolonii, gdzie ryczy 19 tysięcy widzów, gdy dają o sobie znać wielkie emocje, to trener może mówić, skakać, krzyczeć, ale do zawodnika nie w pełni to dociera.

- Na boisku gra siedmiu zawodników. Która pozycja ma kluczowe znaczenie?

- Nie ma żadnej wątpliwości, że najważniejszy jest bramkarz.

- Ile obronił pan rzutów karnych?

- Nigdy tego nie liczyłem. W reprezentacji, gdzie grałem 219 razy, około 500, w lidze ponad 1000, może nawet 1500.

- Co decyduje o sukcesie na tej pozycji?

- Oczywiście, trzeba mieć talent, refleks, predyspozycje. Ale najważniejsze to się nie bać. Ja nigdy się nie bałem. Wielu dobrych bramkarzy, którzy dostali piłką w twarz z 2 metrów, już nigdy nie mogło się odnaleźć. Za moich czasów nawet w zespołach medalistów olimpijskich grali bandyci, których zadaniem już na początku spotkania było "zneutralizowanie" bramkarza. Zamiast w bramkę strzelali w twarz. Gdy grałem z ZSRR, ich zawodnik już po rzucie z premedytacją skoczył mi na nogę, uszkadzając wiązadła. Na szczęście dziś tego rodzaju zjawisk raczej się nie obserwuje.

- Czy Sławomir Szmal to już klasa światowa?

- Jego interwencje nie budzą zastrzeżeń, ale światowej klasy bramkarz musi także dyrygować obroną i uruchamiać kontry. Szmal podczas meczu zachowuje się jak niemowa. Nie posyła piłek na szybki atak. To błędy z czasów juniorów. Dorosły zawodnik rzadko potrafi się ich pozbyć.

- Wśród zawodników z pola są tacy, którzy mają szansę stać się światowymi gwiazdami?

- Największe wrażenie zrobił na mnie Bartosz Jurecki. To już światowa klasa. Doskonałe momenty miał Marcin Lijewski, świetnie rzucał Karol Bielecki. Ważniejsze od gwiazd jest to, że mamy długą i bardzo wartościową ławkę rezerwowych i jesteśmy mocni psychicznie.

- Czego jeszcze brakuje naszej reprezentacji?

- Ten zespół nie ma lidera. W moich czasach taką rolę pełnił Jan Gmyrek, mimo że nie był chyba z nas najbardziej utalentowany. Jak coś zadysponował na boisku, to nie było siły, żeby któryś z chłopców mu się nie podporządkował. Nawet Jurek Klempel, który był wtedy jednym z trzech najlepszych strzelców na świecie, grał tak, jak chciał Gmyrek.

- Najlepszy zawodnik tych mistrzostw?

- Bez wątpienia Francuz Nikola Karabatic. Nie tylko dysponuje świetnym rzutem, ale potrafi rozegrać piłkę i przedrzeć się nawet przez szczelną obronę.

- Gdyby Niemcy nie byli gospodarzami, pewnie nie zagraliby w finale. Niemal w każdym meczu ewidentnie faworyzowali ich sędziowie.

- Szczególnie w końcówce dogrywki z Francją hiszpańscy sędziowie wypaczyli wynik spotkania. Polska-Francja - taki finał byłby bardziej sprawiedliwy. W wielkim sporcie rządzą wielkie pieniądze. Żeby odzyskać miliony włożone w organizację mistrzostw, Niemcy musieli dojść do finału.

- Gdy pan grał w reprezentacji, niemal na każdej pozycji mieliśmy zawodnika na światowym poziomie. Kuchta, Klempel, Wachowicz, no i oczywiście pan. Więc dlaczego nigdy nie zdobyliście złota?

- Byliśmy najlepszą technicznie drużyną świata, lecz zawsze brakowało trochę szczęścia. Wydawało się, że sięgniemy po złoto w Los Angeles w 1984 roku. Mieliśmy wówczas w składzie wspomnianych przez pana rutyniarzy (Kuchta był naszym trenerem) i wspaniałych młodych zawodników: Kosmę, Waszkiewicza, Tłuczyńskiego. To był zespół kompletny. Niestety, Polska olimpiadę zbojkotowała i szansa została stracona.

- Czym różni się obecna piłka ręczna od gry w pańskich czasach?

- My graliśmy bardziej technicznie. Obecni zawodnicy są bardziej siłowi. No i gra się szybciej. Myślę, że w moich czasach więcej uwagi poświęcało się obronie, dziś ważniejszy jest atak.

- W przeciwieństwie do piłki nożnej pańska dyscyplina przez lata była obowiązkową grą w szkołach podstawowych i średnich. Dlaczego więc cieszy się tak niewielką popularnością?

- Też tego nie mogę zrozumieć. Piłka ręczna jest szybsza, bardziej twarda, efektowniejsza od nożnej. Pada w niej więcej bramek, do tego jest grą o wiele bardziej sprawiedliwą niż futbol, gdzie zespół, który przespał cały mecz, może wygrać, gdyż - jak powiedział klasyk: "piłkarz strzela - a Pan Bóg piłkę nosi". U nas to nie do pomyślenia, bo precyzja rzutów mierzona jest w centymetrach. Ale teraz, po tak wielkim sukcesie, mamy szansę coś zmienić. Może obudzą się działacze, może wzorem siatkówki i koszykówki polskie kluby zyskają poważnych sponsorów, bo do tej pory finansowali je biznesmeni, powiedziałbym, trzecioligowi.

- Jako zawodnik, trener, kibic widział pan wszystkie wielkie zespoły ostatnich 40 lat. Który był najlepszy?

- Jugosławia lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Takiego drygu do tego sportu, jaki mieli i mają Chorwaci, Serbowie, Słoweńcy, nie ma nikt na świecie. Ale najlepszym zawodnikiem, jakiego oglądałem w akcji, był według mnie Rumun Gheorghe Gruia. Absolutny fenomen, pewnie najlepszy strzelec, jaki uprawiał ten sport.

- Mimo tylu lat gry nie dorobił się pan na piłce ręcznej.

- Grając w Anilanie zarabiałem półtorej średniej krajowej. Po mistrzostwach świata w NRD, gdzie obroniłem 21 rzutów karnych, w tym 7 w meczu z Hiszpanią, chciało mnie kupić Atletico Madryt. Ile alkoholu wypili, ile kolacji zjedli na koszt Hiszpanów nasi działacze... Miałem zarabiać miesięcznie 5 tysięcy dolarów, tyle ile w Polsce kosztował wówczas dom. Niestety, ówczesny minister sportu zablokował kontrakt. A dziś w niemieckiej czy hiszpańskiej lidze czołowi piłkarze zarabiają rocznie 200 tysięcy euro i nikogo nie muszą pytać o pozwolenie. Pewnie urodziłem się o dwadzieścia lat za wcześnie.

Rozmawiał: KRZYSZTOF RÓŻYCKI

Dowiedz się więcej na temat: ME w piłce ręcznej mężczyzn | medal

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje