Reklama

Reklama

Nie wszyscy piłkarze to proste chłopaki

"Żel, fura i kasa" - taki steretotypowy obraz piłkarza pokutuje w społeczeństwie. Jednak jak każdy stereotyp, również i ten jest nieprecyzyjny, a nawet krzywdzący.

Poznajcie kilku piłkarzy, którzy zadają kłam obiegowej opinii o facetach biegających za piłką w Ekstraklasie.

Od czasu do czasu zdarza się usłyszeć, bądź przeczytać o piłkarzach, którzy z jakiegoś powodu wyróżniają się spośród całej masy "typowych" przedstawicieli tego zawodu. Parę lat temu dowiedzieliśmy się na przykład o koneserze win i wytrawnym graczu giełdowym, Radosławie Matusiaku. Nie tak dawno ciekawie o swoich inwestycjach na oficjalnej stronie Widzewa opowiadał obrońca łódzkiej drużyny, Jarosław Bieniuk. Zaskoczył nas także obrońca Wisły, Honduranin Osman Chavez, który przyznał, że po zakończeniu kariery zostanie ewangelickim pastorem, a gdyby mógł, to już teraz założyłby w Polsce rozgłośnię propagującą Słowo Boże.

Reklama

Stereotyp nie wziął się z powietrza

Wyłamać się ze stereotypu "ograniczonego" piłkarza jest niebywale ciężko. Zaszufladkowany sportowiec musi naprawdę się postarać, aby udowodnić, że jest w stanie robić coś więcej niż tylko szybko biegać i mocno kopać futbolówkę. Oczywiście udowadnia, jeśli mu na tym zależy. Bo przecież ten stereotyp częściowo jest prawdziwy i nie wziął się znikąd. W naszej lidze gra wielu gości, których szczytem marzeń jest odebranie wypłaty w terminie, wyskok do galerii handlowej, wyjazd na wakacje w modne miejsce, czy zakup szpanerskiego wozu.

"Co ty, ogłupiałeś? Chcesz z nimi gadać o męskich torebkach i nowych fryzurach?" - usłyszałem od jednego z kolegów, gdy spytałem go o ekstraklasowych piłkarzy, którzy mają pasje, zainteresowania, czy hobby wykraczające poza ekstraklasowo-futbolowe standardy. Może i ogłupiałem, jednak postanowiłem że nie spocznę, dopóki nie znajdę piłkarzy "odklejonych" od stereotypowych realiów Ekstraklasy. Pasjonatów, ekscentryków, ludzi bystrych i elokwentnych. Wszystko po to, aby choć trochę powalczyć z powszechnym wizerunkiem ligowego piłkarza-prostaka.

Trębacz, pianista, didżej i żeglarz

Gdyby Marcin Budziński z gdyńskiej Arki nie był utalentowanym środkowym pomocnikiem, zapewne poświęcałby się swojej wielkiej pasji - muzyce. 21-letni piłkarz w pewnym momencie musiał bowiem wybierać pomiędzy szkołą muzyczną a futbolową akademią. Mając do wyboru trąbkę i futbolówkę, wybrał profesjonalną karierę sportowca. Ale o muzyce nie zapomniał.

- To prawda, mogłem zostać trębaczem. Tak to się właśnie nazywa. Do niedawna w moim mieszkaniu w Gdyni miałem trąbkę. Odwiozłem ją co prawda do domu, do Giżycka, ale chyba znów przywiozę aby trochę pograć - zamyśla się młody pomocnik Arki. Do szkoły muzycznej nie poszedł przypadkowo. W jego rodzinie muzykowała mama, wujek, a także starszy brat - Paweł. Sam Marcin jako trębacz radził sobie bardzo dobrze. Grał nie tylko w szkole i "do kotleta" na imieninach.

- Mieliśmy swój zespół jazzowy. Taki big band. No czasem small band, bo liczyliśmy do 13 osób. Wiele razy występowaliśmy w Giżycku, byliśmy na festiwalu Złota Tarka w Iławie, graliśmy z okazji różnych imprez, czy świąt - wymienia.

Jak się okazuje, Marcin potrafi grać nie tylko na trąbce. Gdyński piłkarz-orkiestra dobrze czuje się w roli pianisty, a w ostatnim czasie opanowuje gitarowe chwyty.

- Gitarę kupiłem ostatnio i próbuję swoich sił, a gry na fortepianie nauczyłem się jeszcze wcześniej, niż na trąbce. Bywa, że podczas piłkarskich zgrupowań gram kolegom w hotelu. Oczywiście jeśli mam do dyspozycji fortepian. Co najczęściej? To, o co poproszą. Gram wszystko ze słuchu, często melodie filmowe - opowiada Budziński i zdradza, że oprócz odtwarzania muzyki, sam również ją tworzy.

- Robię muzykę na komputerze. Czasem zmiksuję coś na zamówienie brata, a czasem tworzę od zera nowe utwory. Właściwie to każdy gatunek. Od klasyki, po hip hop. Bo słucham też wszystkiego. Lubię jazz, muzykę klasyczną, a czasem słucham po prostu radia - śmieje się młody rozgrywający Arki. Na tym jednak nie kończy opowieści o swoich pasjach. Piłkarz jest także zapalonym... żeglarzem.

- Co roku żeglujemy z ojcem - w końcu jestem z Mazur. Tata jest sternikiem, ja też miałem robić patent, ale na razie nie wyszło. Pływam rekreacyjnie, dla rozluźnienia po sezonie. W kontrakcie mam zakaz jazdy na motocyklu i na nartach, ale o żaglówkach nic nie wspomniano - zauważa.

Marcin jeszcze nie wie, co będzie robił za kilkanaście lat, gdy zakończy karierę sportową. - Wybiorę coś związanego z piłką, albo z muzyką. Jeszcze mam czas do namysłu. Na razie cieszę się, że zdejmuję gips i niebawem wracam do gry. Może w 3,4 kolejce wejdę już na końcówkę meczu - mówi z nutką nadziei w głosie.

Dyplom w szufladzie kiedyś się przyda

Samym futbolem nie żyje również nasz kolejny bohater - Wojciech Grzyb. Były kapitan Ruchu Chorzów ma zadatki na fachowca od marketingu sportowego, doradcę finansowego, a nawet - używając nowoczesnej terminologii - event managera. 37-letni Grzyb w 2000 roku ukończył studia magisterskie na wydziale ekonomicznym. - Być może dyplom kiedyś pomoże w znalezieniu ciekawej pracy po zakończeniu kariery. Na razie tytuł leży w szufladzie i na pewno mi nie przeszkadza - zapewnia pomocnik "Niebieskich", który na swoim koncie ma ponad 260 gier w Ekstraklasie.

Gdy pytam go o stereotyp piłkarza, wyraźnie się ożywia. - Nie zgadzam się z tym stereotypem. Fura, skóra i kasa to mit. Dostrzegam wyraźne zmiany w tej kwestii. Jakiś czas temu większość z grających w lidze nie miała wykształcenia. Trenerzy byli bezlitośni - albo szkoła, albo piłka. W efekcie sporo zawodników nie miała nawet skończonej szkoły średniej. Dziś na szczęście można pogodzić studia z profesjonalną grą w piłkę - zauważa.

Grzyb, którego od zawsze pociągała ekonomia nie ukrywa, że wiedza nabyta na studiach już teraz pomaga mu w życiu codziennym. - Przydaje się na tyle, że nie muszę korzystać z usług doradców i naciągaczy. Sam mam o tym pojęcie, o mechanizmach rynku finansowego. Wiedziałem, jak ulokować pieniądze, żeby nie stracić. Zawsze się interesowałem ekonomią. Mam umysł ścisły i lubię liczyć. I choć nigdy nie zarabiałem wielkich pieniędzy jako piłkarz, bo grałem w śląskich klubach, to wybudowałem dom, a poprzednie mieszkanie wynajmuję. Nie tak jak piłkarze Legii, o których krążyły legendy, że wykupywali całe klatki w nowopowstających osiedlach - śmieje się skrzydłowy Ruchu Chorzów.

Ikona "Niebieskich" ma jeszcze jedną pasję. To hokej na lodzie. - Nie rozumiem jak tak bardzo widowiskowa dyscyplina, może mieć się tak źle. Przecież hokej powinien mieć oprawę taką jak futbol, a hale powinny pękać w szwach. Hokej uwielbiam i sam czasem pogrywam. To niesamowity wysiłek i kto nie grał, ten nie wie jak ciężki jest to sport. Kiedyś wyszedłem na rozgrzewkę i już chciałem iść do szatni pod prysznic, a tu jeszcze trzeba było grać - wspomina. Od kilku lat łączy zamiłowanie do hokeja z piłką nożną organizując coroczne mecze pokazowe między piłkarzami Ruchu, a hokeistami Naprzodu Janów.

- Jestem jednym z pomysłodawców tej imprezy, ale organizatorów jest bardzo wielu. Cieszę się, że udało nam się zorganizować już pięć edycji tego meczu. Grali z nami między innymi Mariusz Czerkawski, Adrian Parzyszek, Waldemar Klisiak - wymienia. Sam Grzyb, oprócz tego, że ubiera łyżwy i walczy na lodowisku podczas meczu, mocno angażuje się w każdy szczegół organizacji widowiska. - Od momentu zakończenia rundy jesiennej zaczyna się organizowanie meczu hokejowego. Czas do rundy wiosennej szybciej ucieka, gdy odbieram kolejny telefon, pędzę na spotkanie ze sponsorem, czy potencjalnym patronem imprezy. Mam dobre przetarcie, bo w marketingowych sprawach w polskim sporcie wciąż jest wiele do zrobienia. Pokazuje nam to przykład Lecha Poznań, który wciela zachodnie wzorce. Na Śląsku nie mamy stadionów, ale tu jest potencjał. Przecież podczas meczu Ruchu z Górnikiem Zabrze wypełnił się Stadion Śląski. To dopiero spektakl. Może Euro 2012 będzie dla nas napędową lokomotywą, to wszystko musi iść w dobrym kierunku - zaklina rzeczywistość Wojciech Grzyb.

Kosztował worek piłek, dziś kolekcjonuje porsche

Andrzej Niedzielan w naszej lidze znany jest z tego, że swego czasu za jego transfer zapłacono workiem piłek treningowych. Niewiele osób jednak wie, że popularny "Wtorek" ma bardzo ciekawe hobby. Kolekcjonuje sportowe samochody. I to nie byle jakie.

- Jestem wielkim fanem marki Porsche. W ogóle kocham samochody i zbieram fajne auta. One mnie odstresowują, relaksują, uwielbiam nimi jeździć, bo za kierownicą mam czas, aby rozmyślać w samotności - zdradza czołowy napastnik Ekstraklasy.

Jego zamiłowanie do samochodów, to coś więcej niż tani szpan i rozpoczęło się, zanim w jego życiu pojawiły się większe niż średnia krajowa pieniądze. Niedzielan miał w swojej przygodzie z motoryzacją "około" 15 samochodów. Dokładnie nie potrafi zliczyć, więc szacuje. O jego pasji wtajemniczonych informuje nawet numer prywatnej komórki, w którym zaszyfrowany jest symbol jednego z legendarnych modeli marki porsche. - Proszę nie podawać mojego numeru publicznie, ale to prawda. Numer nawiązuje do jednego z moich samochodów - potwierdza z błyskiem w oku.

Na razie Andrzej kolekcjonuje auta współczesne. Nie starsze niż 5-6 lat. Wyszukuje je w internecie, polując na ciekawe modele, limitowane serie, rzadkie okazy. Śledzi nowinki na rynku motoryzacyjnym. Nie gustuje w samochodach klasycznych, bo jak sam twierdzi - do tego trzeba dojrzeć. - Oldtimery to najwyższa półka. Myślę, że ich kolekcjonowanie przyjdzie mi z wiekiem. Mam nadzieję, że gdy już osiądę na stałe w jakimś miejscu, to wybuduję wielki dom z garażem, takim na co najmniej cztery auta - rozmarza się "Wtorek", na co dzień także wielki fan Formuły 1 i żużla, śledzący z zapartym tchem poczynania Roberta Kubicy i Tomasza Golloba.

Niedzielan wie, że gdyby nie był piłkarzem, to poradziłby sobie w życiu. Obecnie oprócz wykonywania obowiązków zawodowych i realizowania samochodowych pasji, prowadzi internetowego bloga, wychowuje dwie małe córeczki, żyjąc pomiędzy Krakowem, gdzie mieszka, a Kielcami gdzie pracuje.

Jako piłkarz zamierza jeszcze trochę namieszać w Ekstraklasie. Chce z Koroną zagrać w europejskich pucharach. A gdy będzie już za stary na kopanie piłki, zawiesi buty na kołku i napisze książkę. Dlaczego książkę? Tak po prostu. Bo pisanie, tak jak wiele innych rzeczy w życiu przychodzi mu z łatwością...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje