Reklama

Reklama

"Nie owijam w bawełnę"

Artur Wichniarek to jeden z najlepszych napastników Bundesligi. Z polskim snajperem spotkaliśmy się w polskich Tatrach, gdzie "Król Artur" wraz z rodziną i przyjaciółmi wybrał się, aby spędzić ostatnie dni 2008 roku

Spotykamy się w polskich Tatrach, w miejscowości Ząb. Co Pana tutaj sprowadza w środku zimy? Dlaczego nie Wyspy Kanaryjskie?

- Uważam, że jeśli wakacje w Polsce, to tylko w Zakopanem, a jeśli nie w Zakopanem, to w Zębie, które leży w jeszcze wyżej, nad Zakopanem. Prosta sprawa - gwarancja śniegu, bo np. w Szczyrku bywa z tym różnie. Tutaj jest biało, więc można pojeździć na nartach, trochę odpocząć. Dla mnie urlop zimowy to przede wszystkim śnieg i minusowa temperatura. Wyspy Kanaryjskie zostawiam na lato.

Reklama

Bywały urlopy w egzotycznych krajach?

- Zimą nigdy nie wyjeżdżałem na Wyspy Kanaryjskie, czy na Majorkę. Dla mnie takie wyjazdy są mało sensowne, bo co z tego, że przez dwa tygodnie wypiekę się na słońcu, a później i tak muszę przecież wrócić do mrozu. Wolę się nie odzwyczajać i jakoś tę zimę przetrwać.

W jakim towarzystwie spędza Pan urlop w Zębie?

- Wolne mamy od 20 grudnia, ale już pierwszego stycznia lecimy do Niemiec. Jest ze mną żona, dzieci, kolega z Arminii Marcus Schuller z żoną, teściowie i przyjaciele. Wynajęliśmy cały domek, jest fajna ekipa i świetna atmosfera.

Sylwestra również spędzi Pan w Tatrach?

- Tak. Jak co roku będziemy robić sobie ognisko i wielkiego szaszłyka. Całego sylwestra będziemy spędzać na powietrzu. Będą pogawędki, a później przeniesiemy się na polanę, skąd widać pokaz fajerwerków z Zakopanego.

Jak zwracają się do Pana kibice? Bo wiemy już o "Królu Arturze", ale można się także spotkać ze stwierdzeniem, iż "Arminia równa się Wichniarek".

- Ludzie są mili i spotykam się z wyrazami szacunku, czy sympatii. Jednak - co ciekawe - pierwszy raz "Królem Arturem" nazwano mnie, kiedy byłem piłkarzem Widzewa.

Lubi Pan czytać o sobie w gazetach?

- Mam już na tyle duże doświadczenie, że staram się nie czytać wszystkiego. Wiadomo, że kiedy strzelam bramki, to jestem na piedestale, kiedy ich nie zdobywam to tytuły gazet są inne.

Powiedział Pan kiedyś, że wywiady są fajne, ale pod warunkiem, że nie przekręca się w nich wypowiedzi. Pamięta Pan jakąś największą bzdurę, którą przyszło Panu przeczytać?

- Były bzdury większe, czy mniejsze, ale teraz trudno sobie coś przypomnieć. Mogę natomiast podać przykład ostatniego wywiadu, który ukazał się 23. grudnia w "Piłce Nożnej", a który miał się ukazać w styczniu w "Piłce Nożnej Plus". Artykuł brzmiał następująco: "W Zakopanem było fajnie, byłem z przyjaciółmi. Na święta dostałem takie i takie prezenty" - a przypominam, że wywiad był udzielany przed świętami! Nie potrafię zrozumieć takich rzeczy. Jeśli się umawiamy na konkretną datę ukazania się wywiadu, to wychodzę z założenia, że tak właśnie będzie. Później kupuję gazetę i moje zdumienie jest ogromne...

Spotkał się Pan z jakimiś specyficznymi sytuacjami ze strony fanów? Łukasz Sosin powiedział kiedyś, że na Cyprze nigdy nie płaci za obiad w restauracji, a 80-letnie kobiety chodzą w koszulkach piłkarskich z jego nazwiskiem na plecach.

- Łukasz Sosin jest na Cyprze półbogiem. Oczywiście mniejsza, czy większa sława jest fajna i sympatyczna. Ja w Bielefeldzie także czasami mogę zjeść obiad za darmo, ale staram się nie wykorzystywać tego notorycznie. Stać mnie na to, by za taki obiad zapłacić. Gościnność swoją drogą, a rachunek trzeba uregulować. TU PRZECZYTASZ O TYM, KIEDY ARTUROWI WODA SODOWA UDERZYŁA DO GŁOWY

Niemcy nie są tak gościnni jak chociażby ludzie z południa - Włosi czy Grecy?

- Są gościnni, także szaleją za piłką i piłkarzami, ale Włosi i południowe charaktery są zdecydowanie inne i bardziej wylewne. Niemcy są mniej wylewni, ale także pokazują swoje uwielbienie i szacunek do rzeczy, które człowiek osiągnął.

Można spotkać się z opiniami, iż Artur Wichniarek po zakończeniu kariery, powinien zostać burmistrzem Bielefeld. Co Pan na to?

- Gdyby mi to zaproponowano, to byłoby to zapewne bardzo miłe. Nie są to jednak moje ambicje i w tym kierunku raczej nie pójdę. Gram w Bielefeld kilka lat z rzędu i nazwisko sobie wyrobiłem, jednak nie mam zamiaru kandydować na burmistrza. Być może po zakończeniu kariery zostanę zatrudniony w klubie na jakieś funkcji, ale nie chcę by była to funkcja, która wiązałaby mnie na stałe z miastem. Nie oszukujmy się, Bielefield nie jest metropolią jak Poznań, z którego pochodzę, czy Berlin, w którym także mieszkałem.

Bielefeld to dobre miejsce dla piłkarza? Można znaleźć tam jakieś pokusy, tak jak w wielkich miastach?

- Pokusy są, ale przecież jest tak, że kiedy się ich szuka, to znajdzie się je wszędzie. Myślę, że dla piłkarza, który wyjeżdża za granicę, najważniejsza jest stabilizacja. Ja stabilizację i oparcie znalazłem w rodzinie, żonie i dzieciakach. Nam w Bielefeldzie się podoba; dzieci są zadowolone, mają tam wielu przyjaciół. To ważne dla piłkarza, bo jest czas żeby skoncentrować się tylko na piłce.

Prowadzi Pan w Bielefeldzie tzw. "polski dom", z wszystkimi naszymi tradycjami? Spotyka się Pan z naszymi rodakami mieszkającymi w Niemczech?

- Nie rozdzielamy naszych przyjaciół na Polaków i Niemców. Ze wszystkimi staramy się rozmawiać tak samo. Po tych wszystkich latach, które spędziliśmy w Niemczech, nasza znajomość tego języka jest na tyle dobra, że możemy tak samo dobrze mówić po polsku i po niemiecku. Jak już wspomniałem wcześniej - zaprosiłem tutaj kolegę z Bielefeldu Marcusa, który w Polsce jest pierwszy raz. Jest bardzo zadowolony bo jest dużo śniegu. Nasz dom jest polski, bo jesteśmy przecież Polakami. Z dziećmi rozmawiamy tylko i wyłącznie w ojczystym języku. Typowe polskie święta mamy, kiedy wracamy do Poznania. Jest choinka, rodzina, typowa polska Wigilia.

Każde święta spędza Pan w Polsce?

- Raz zdarzyło się, że święta spędzaliśmy w Berlinie. Grałem wtedy w Hercie, żona była w ciąży z drugą naszą córką Emilią, która miała się urodzić na początku stycznia. Stwierdziliśmy, że nie ma sensu z tym wielkim brzuchem i zaawansowaną ciążą jechać do Poznania. Cała rodzina przyjechała do Berlina i były to jedyne święta spędzane w Niemczech.

Mówi Pan o znajomości języka niemieckiego. Jest ona na tyle dobra, że pozwala krytykować sędziów po meczu z Bayernem. Później trzeba było jednak za tą krytykę zapłacić. Kara poważnie nadszarpnęła domowy budżet?

- Na pewno wolałbym wydać te pieniądze na jakiś fajny urlop, albo na prezenty dla żony i dzieci. To są emocje związane z meczami, taki jest nasz zawód. Uważam, że sędzia nie miał wtedy dobrego dnia i sędziował nie do końca szczęśliwie. Być może nie musiałem wypowiadać tych słów, ale je wypowiedziałem. Nie żałuję tego. Powiedziałem prawdę, bo nigdy nie owijam w bawełnę.

Jedni uważają, że lubi Pan pyskować na boisku, ale zdaniem drugich jest Pan po prostu szczery i zawsze mówi to co go boli.

- Taki mam charakter. Faktycznie tak jest, że mówię rzeczy, których nie wszyscy chcą słuchać. Fakt jest taki, że prawda kole w oczy. Niektórzy za mówienie prawdy się obrażają i powinni sami siebie zapytać, dlaczego się obrażają... Przecież jeśli śnieg jest biały, to nie będę mówił, że jest czarny. Trzeba mówić prawdę i tego uczę moje dzieci.

Narobił sobie Pan przez to jakiś wrogów?

- Nie wiem czy narobiłem sobie wrogów. Może tak, może nie. Po tylu latach grania w piłkę mam już doświadczenie. Po sukcesach ma się wielu przyjaciół, a kiedy przychodzą porażki, wtedy jest zdecydowanie mniej. W takich momentach można faktycznie zobaczyć, kto jest tym prawdziwym przyjacielem. Ja takie porażki miałem, bo chociażby moja przygoda z Herthą Berlin. Ale właśnie wtedy poznałem tych ludzi, którzy są za mną na dobre i na złe. Radzę ludziom, by dwa razy spojrzeli na osoby, które wokół nas się obracają. Czy są one z nami bezinteresownie, czy też chcą z nas tylko i wyłącznie coś wyciągnąć.

Pomówmy teraz o pieniądzach. Prasa podawała, że po ostatniej podwyżce zarabia Pan miesięcznie o 30 tysięcy euro więcej. Po tym awansie pozwolił Pan sobie na jakieś drobne szaleństwo?

- Nie. Pieniądze są na pewno ważne, zwłaszcza jeśli chodzi o piłkarza, bo przecież kariera nie trwa wiecznie. Taka, w której są dobre płace, to od pięciu do dziesięciu lat. Wtedy można jakieś pieniądze zarobić. Na pewno jest tak, że po nowym kontrakcie moje apanaże się podniosły, ale nie będę mówił o szczegółach. Myślę, że bramkami które zdobywałem dla Arminii i które pomogły nam w utrzymaniu, udowodniłem, że jestem wartościowym zawodnikem. Klub to docenił i podpisał ze mną lepszy kontrakt. Każdy piłkarz w swoich nogach ma swoją przyszłość. Jeżeli ktoś dobrze potrafi grać w piłkę, to ma argumenty ku temu, by rozmawiać o nowym kontrakcie i lepszych warunkach.

Czyli "Król Bielefeldu" wyróżnia się na tle innych, świetnym samochodem, czy nowym Rolexem?

- Nie. Jest bardzo spokojnie.

Zdarzają się w Bundeslidze zawodnicy, którzy przy większych zarobkach lubią pozwolić sobie na jakieś szaleństwa? Na piłkarzy czekają pokusy i niektórzy rzucają się w wir życia mając trochę więcej pieniędzy.

- Na pewno takie pokusy i negatywny efekt podpisywania wyższych kontraktów, czekają na zawodników młodych. Mnie także trochę uderzyła woda sodowa, kiedy podpisywałem kontrakt z Widzewem. Człowiek myślał, że już nie wiadomo co osiągnął i nie wiadomo jak wielkim jest piłkarzem. Przyszłość jednak pokazuje, jak jest naprawdę.

Ku przestrodze może Pan powiedzieć, jak objawia się ta woda sodowa?

- Człowiek wtedy myśli, że jest już wielkim piłkarzem i nie trzeba trenować. Nie przykładasz się do treningów, bo możesz sobie powiedzieć, że tu i tam mnie boli i trochę odpuszczasz. Nie o to w piłce przecież chodzi. Czasami w tygodniu człowiek strzela dwie bramki i jest na piedestale, a później przegrywa się mecz i marnuje kilka sytuacji podbramkowych. Jest się na dnie. Młodzi piłkarze nie zdają sobie z tego sprawy. To jest przykre. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że przez całą karierę trzeba być po prostu sobą. Ja wyciągnąłem wnioski z wszystkich lat gry w piłkę i młodzi piłkarze także czasami powinni się czasami zapytać bardziej doświadczonych zawodników, jak powinni postępować. TUTAJ PRZECZYTASZ O TYM CZY ARTUR LUBI GRAĆ W KASYNIE

Spróbował Pan kiedyś hazardu?

- Hazard mnie nie pociągał, nie próbowałem nigdy. Wiem, że wielu moich kolegów, zwłaszcza piłkarzy, którzy zarabiają - jak to się mówi - powyżej średniej krajowej, czasami nie wie co robić z wolnym czasem, więc idą do kasyna, gdzie przegrywają swoje pieniądze. Mi byłoby żal. Zawsze wolałem zaprosić swoją żonę na dobrą kolację do wytwornej restauracji i tam wydać pieniądze, które miałbym przegrać w kasynie. Tam też można się postawić, zabalować. Lubię dobrze zjeść, wypić dobre wino. Wtedy tracę swoje pieniądze. Ale wszystko w odpowiednim rozmiarze. Dzień, góra dwa dni po meczu.

Wspomniał Pan w wywiadach, że ma pan żonę, której można tylko zazdrościć...

- Tak. Bycie żoną piłkarza nie jest łatwą rzeczą. Nas często nie ma w domu. Wiadomo mecze, treningi, obozy przygotowawcze. Nie jest łatwo praktycznie samej prowadzić dom. Mamy dwie córki. One potrzebują opieki, dlatego całe życie żony jest podporządkowane dzieciakom. Uważam, że obojętnie gdzie się pracuje i co się robi najbardziej odpowiedzialnym zajęciem jest bycie matką przez 24 godziny na dobę, bo nie mam takiego momentu, że można sobie odpuścić. Dlatego mam dla mojej żony ogromny szacunek, że już tyle lat to robi. Jest zadowolona. Przynajmniej mam taką nadzieję. Jesteśmy szczęśliwą rodziną. Dzieciaki są szczęśliwe. Jest fajnie.

A co Pana najbardziej urzekło w żonie?

- Jak to zawsze na początku bywa - uroda. Później, jak już się poznaliśmy, to charakterem. Takim stanowczym. I to jest u niej fajne. Gdy trzeba, to potrafi postawić na swoim. O problemach zawsze trzeba mówić otwarcie, nie tłamsić tego w sobie, tylko usiąść przy lampce wina i porozmawiać. Wyjaśnić sobie co jest źle, co jest dobrze. Na tym właśnie polega nasz związek. Jesteśmy już dziewięć lat po ślubie. W przyszłym czeka nas 10 rocznica. Myślę, że to jest już fajna sprawa.

- Macie jakieś plany jak uczcić tę 10 rocznicę. Może jaki egzotyczny wyjazd?

- Z tym może być problem. My ślub wzięliśmy 24 grudnia, a od przyszłego roku Bundesliga skraca przerwę zimową. Start rundy wiosennej zaplanowano już na 15 stycznia. Tak więc wakacje świąteczno-noworoczne będą skrócone. Dlatego nie planujemy nic szczególnego. Po prostu przyjedziemy do Poznania, aby spędzić święta z rodziną. W tym roku jest to nasz ostatni nasz taki narciarsko-śnieżno-zakopiański urlop.

W kontrakcie nie ma Pan zakazu jazdy na nartach?

- Nie jest to tak do końca precyzyjnie zapisane. Każdy z nas podchodzi profesjonalnie do swego zawodu. Owszem, jeżdżę na nartach, ale jest to taka"ośla łączka" na której zjeżdżamy wraz z żoną i córkami. Ta górka jest

bardzo łagodna. A dla mnie jest ta odmiana od treningu typowo piłkarskiego. Przez te pięć dni można sobie poszaleć. Odpocząć, też psychicznie. Tutaj mam to zagwarantowane.

A czy pozwala Pan sobie też na jakieś szaleństwo kulinarne, może jakieś góralskie specjały?

- Wynajęliśmy sobie taki fajny domek. A pani Alina właścicielka tego domku naprawdę dobrze gotuje. Jeździmy na stoku, a jak wracamy, to czekają na nas rewelacyjne specjały. Na przykład jakaś kwaśnica z żeberkiem. Naprawdę jest ekstra.

Czyli potrawy niezbyt dietetyczne... Nie będzie problemów z utrzymaniem wagi?

- W czasie urlopu zamknąłem rozdział pod nazwą "profesjonalizm". Przez tydzień czy dziesięć dni można sobie pozwolić na spróbowanie rzeczy, których podczas sezonu raczej się nie je. Oczywiście trzeba troszkę

uważać. Dlatego zabrałem ze sobą sprzęt do biegania. Mój kolega też i co drugi dzień biegamy sobie rano przez godzinkę, po tych fajnych terenach, na świeżym powietrzu. Czyli z jednej strony jest trochę obżarstwa, a z drugiej już myślimy o okresie przygotowawczym.

Musi pan utrzymać te 79 kilogramów?

- Tak. Trener dał nam możliwość powrotu z pół kilogramową nadwagą. Za kolejne pół kilograma mamy 500 euro kary. Jest to droga atrakcja. Wolę więc nie zjeść jednej kluski czy jednego żeberka więcej, aby zaoszczędzić.

Zdarzało się, że ktoś przyjeżdżał z nadwagą, by nie powiedzieć z brzuszkiem?

- Zdarzało się, ale przede wszystkim młodym. Mi też, gdy byłem młodszy. Czasem musiałem otworzyć kieszeń. Ile tych pieniędzy poszło za zbędne kilogramy? Już nie wiem, trochę tego poszło, ale na pewno mniej niż za sędziów.

Mniej niż trzy tysiące euro?

- Mniej.

Ostatnio mówił pan w wywiadach, że bardzo pana zmieniła śmierć matki?

- Jest to dla mnie wielka strata. Mama była przykładem jak żyć i nie chodzi tutaj o piłkę, ale kształtowała mój charakter, dawała przykład. Faktem też jest, że ostatnio nie miałem z nią zbyt częstych kontaktów. W wieku 22 lat

wyjechałem do Niemiec, a mama miała swoje życie tutaj w Poznaniu. Odwiedzaliśmy się regularnie, ale było tego mało. Teraz, po takim ciosie człowiek dostrzega, że tych spotkań mogło być więcej. Tego już nie da się

odwrócić. Cóż, takie życie.

Po śmierci matki powiedział też pan, że chciałby się pogodzić ze wszystkimi, którym kiedyś sprawił ból.

- Muszę przyznać, że po śmierci ukochanej mamy inaczej patrzę na świat, na życie. Doświadczyłem co to jest ból, co to jest być smutnym. Wcześniej, po jakimś przegranym meczu bywałem smutny przez jeden czy dwa dni, taki nie do życia. Teraz tego już nie ma. Wiem, że to jest tylko i wyłącznie mecz. Za tydzień będzie okazja, aby się poprawić. Śmierć kogoś, to jest rzecz, której zmienić już się nie da. Dostałem lekcję, że jest tylko jedno życie i musimy z niego korzystać. Trzeba opiekować się swoją rodziną, mieć z nią kontakt. W ogóle ze wszystkimi, nawet tymi co zaleźli za skórę. Trzeba się z nimi spotkać, porozmawiać, wybaczyć.

- Czyli można powiedzieć, że Artur Wichniarek złagodniał?

- Ja mam cały czas swój charakter. Tu nie chodzi o taką zmianę. Ja po prostu inaczej podchodzę do spraw codziennych. Wyznaje zasadę carpe diem, czyli żyj chwilą i to robię. Moja mama miała 53 lata, jak zmarła. Ja mam teraz 30. Trzeba życie brać garściami, cieszyć się z tego, że jest się zdrowym, że dzieci są zdrowe. Nie liczy się tylko pogoń z pieniędzmi, bo co z tego że się ma te pieniądze, skoro później nie ma się z kim nimi cieszyć. Same pieniądze nam szczęścia nie dają.

A teraz trochę z innej beczki. Czy głosuje pan w wyborach?

- Głosowałem w ostatnich wyborach. Na PO i jestem zawiedziony. Dlatego już nie będę głosował, gdyż stwierdziłem - tu wychodzi mój charakter - że tych wszystkich polityków należy zebrać do jednego wora i spuścić na dół z tej górki. Każdy z nich gada głupoty w tych swoich kampaniach wyborczych.Obiecuje, że to zmienię, tamto zmienię, mydli ludziom oczy. Ludzie w to wierzą, bo chcą w to wierzyć, gdyż każdy z nas chce, aby było lepiej. Tymczasem, jak przyjeżdżałem do Polski dwa , trzy lata temu, to nie widziałem aż takiej różnicy. A teraz mam wrażenie, że stoimy w miejscu. Polska stoi w miejscu. I to jest smutne. Wszyscy się rozwijają. Czesi, Słowacy..., a my stoimy w miejscu. Kolejne wybory, kolejne rządy i ciągle jest to samo. Tylko wieczne gadanie.

Co chciałby pan zmienić w Polsce, co przenieść z Niemiec?

- Nie przenosiłbym jakiś zagranicznych wzorców czy rozwiązań. Chciałby natomiast, aby Polacy myśleli w ten sposób, że każdy z nas ma jedną głową, dwie ręce i jest odpowiedzialny za swoją przyszłość. Jeśli ktoś swoją pracą potrafił się ustawić i ma więcej, to nie bądźmy zazdrośni, bo każdy z nas może to samo osiągnąć. Trzeba tylko uruchomić swoją "kapucynę". My za dużo czasu, za dużo energii poświęcamy na zawiść i zazdrość, że sąsiad ma więcej niż ja, a za mało by osiągnąć to co ma on. Niemcy z takiego właśnie wychodzą. Chciałbym, aby tak myśleli też moi rodacy. To jest moje noworoczne życzenie dla Polaków, bo nie jest tu lepiej, nie rozwijamy się, ale mimo to chcę wrócić do Polski, chcę mieszkać w Polsce.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama