Reklama

Reklama

"Nie mam obsesji, by pokonać Michaela Phelpsa"

- Dla mnie to był rok przełomowy. Nabrałem pewności siebie, wiary we własne możliwości. Kolejny raz utwierdziłem się w tym, że obrana przeze mnie droga jest słuszna - powiedział Konrad Czerniak, który w Londynie ma powalczyć z samym Michaelem Phelpsem.

Pływak Konrad Czerniak po intensywnej końcówce sezonu wreszcie ma chwilę wytchnienia i świąteczną atmosferą mógł się cieszyć w rodzinnym gronie. O hucznej imprezie sylwestrowej musi jednak zapomnieć, bo już 27 grudnia rozpoczyna kolejne zgrupowanie.

PAP: Srebrny medal mistrzostw świata na długiej pływalni, trzy krążki - w tym dwa złote - mistrzostw Europy na krótkim basenie w Szczecinie - z mijającego roku jest pan chyba zadowolony?

Konrad Czerniak: - Pewnie, że jestem. Dla mnie to był rok przełomowy. Nabrałem pewności siebie, wiary we własne możliwości. Kolejny raz utwierdziłem się w tym, że obrana przeze mnie droga jest słuszna. Mistrzostwa świata były dla mnie wielkim krokiem naprzód. Podczas finału na 100 m stylem motylkowym wiele elementów zafunkcjonowało tak, jak należy. W Szczecinie natomiast bardzo chciałem zaprezentować się jak najlepiej, bo były to pierwsze tak ważne zawody w Polsce. Kibice i dziennikarze otwarcie oczekiwali sukcesów, a ja z tą presją sobie poradziłem.

Reklama

Praktycznie zaraz po szczecińskich zawodach musiał pan lecieć na prestiżowe zawody do Atlanty, gdzie amerykańscy pływacy rywalizowali z europejskimi gwiazdami. Podobała się panu ta impreza?

- "Duel in the Pool" to wieki show transmitowany przez telewizję na cały kraj. Wyścigi przedzielane były występami gwiazd muzycznych. Widok tylko dwóch rywalizujących na całego sztafet też był niesamowity. Żałuję jedynie, że nie byłem w stanie popłynąć tak szybko, jak w Szczecinie. Niestety dopadło mnie lekkie przeziębienie, a do tego doszedł brak aklimatyzacji po zmianie strefy czasowej.

Grudzień był dla pana wyjątkowo pracowity. Teraz czas na odpoczynek?

- Tak, choć nie potrwa on długo. Świętami mogę na szczęście cieszyć się z najbliższą rodziną w Puławach, ale już na wielką imprezę sylwestrową nie mam szans. 27 grudnia jadę na kolejne zgrupowanie, więc Nowy Rok przywitam w pływackim gronie.

O jakich życzeniach pan pomyśli, gdy wybije północ?

- Chciałbym więcej czasu spędzać z bliskimi i żeby omijały mnie kontuzje, bo wiem, że ciężko pracując osiągnę zamierzone cele.

Jest coś, nad czym szczególnie będzie pan musiał pracować przed przyszłorocznymi igrzyskami?

- Każdy element wymaga poprawy. Aby osiągnąć sukces w Londynie trzeba być przygotowanym perfekcyjnie. Nie można sobie pozwolić na najmniejszy błąd.

Drugie miejsce w Szanghaju, gdzie uległ pan tylko Michaelowi Phelpsowi, rozpaliło wyobraźnię kibiców, którzy bardzo by chcieli zobaczyć Polaka przed wybitnym Amerykaninem. Czy dziennikarze często pytają o rywalizację Czerniak - Phelps?

- Bardzo często. Tymczasem pokonanie Phelpsa wcale nie jest jakąś moją obsesją. W olimpijskim finale, jeśli oczywiście do niego awansuję, oprócz niego będę rywalizował jeszcze z sześcioma innymi świetnymi zawodnikami. Michael to wybitny zawodnik i oczywiście wygrać z nim byłoby czymś wielkim, ale ani moja uwaga, ani moje treningi nie skupiają się na nim w jakiś szczególny sposób.

W Hiszpanii trenuje pan od ponad trzech lat. Dlaczego tam, a nie w Polsce?

- Warunki do treningów są podobne, jak w Polsce. Dysponujemy zwykłym basenem. W Hiszpanii jestem dlatego, że jest tam mój trener Bartosz Kizierowski i stworzona przez niego grupa. Dla mnie to najlepszy szkoleniowiec na świecie, bez którego pewnie nie zdobyłbym tych medali.

Rozmawiał Wojciech Kruk-Pielesiak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje