Reklama

Reklama

Napłoszek: Chciałbym strzelać z łuku razem z córką w igrzyskach w Rio

Sławomir Napłoszek, jeden z czołowych polskich łuczników lat 90., po powrocie do uprawiania sportu osiąga wyniki pozwalające mu myśleć o igrzyskach w 2016 roku. 45-letni olimpijczyk z Barcelony chciałby wystąpić w Rio de Janeiro razem z córką.

Zawodnik stołecznego Stowarzyszenia Łuczniczy Marymont zawiesił karierę w 2000 roku. Założył rodzinę, zaczął etatową pracę jako informatyk w banku. Pięć lat temu zatęsknił za wyczynowym łucznictwem i wrócił do strzelania. W ubiegłym roku miał najlepsze wyniki w karierze - poprawił rekord Polski na 90 m, który od 21 lat pozostawał niepobity, dobrze wypadł w zawodach Pucharu Świata we Wrocławiu.

Reklama

U łucznika, który zajął 54. miejsce w konkursie indywidualnym i 10. w drużynowym w igrzyskach w Barcelonie (1992) pojawiło się marzenie o ponownym olimpijskim starcie.

- Droga do Rio dopiero się rozpoczyna, ale gdybym uzyskał kwalifikację, to... jechałbym walczyć o medal. Teraz dużo lepiej radzę sobie z techniką, jestem w lepszej formie. Igrzyska w stolicy Katalonii wspominam źle, nie strzelałem tam najlepiej. Przed zawodami coś mi uciekło, jako team czuliśmy ogólny spadek - wspomniał.

Napłoszek nie byłby wyjątkiem - w historii łucznictwa znane są już przypadki sportowców, którzy drugi start w igrzyskach zaliczyli po dwudziestu latach. Dobrym przykładem jest tu Japończyk Hiroshi Yamamoto - brązowy medalista z Los Angeles (1984) i srebrny z Aten (2004).

- Gdy jest się po czterdziestce inaczej podchodzi się do sportu. W tym wieku przede wszystkim nie wystarczy być dobrym. Trzeba być wsparciem dla drużyny, osobą bez której team nie może się obejść. Mnie to nakręca, choć moje doświadczenie młodsi zawodnicy kompensują tym, że ich organizmy szybciej się po wysiłku regenerują - zaznaczył złoty medalista MP w wieloboju indywidualnym z 1994 roku.

Ocenił, że teraz do treningu podchodzi mądrzej, ucząc się między innymi od Koreańczyków, którzy są liderami tej dziedziny. Komfort zapewnia mu też łatwiejszy, dzięki internetowi, dostęp do materiałów szkoleniowych i filmów.

- Jednak najważniejsze to ogromne doświadczenie trenera klubowego Adama Pazdyki; bez jego umiejętności i wielkiej charyzmy bardzo trudno byłoby osiągać dobre wyniki - ocenił.

Napłoszek widzi także minusy obecnych czasów. W jego opinii konkurencja jest większa, sprzęt droższy, a bez sponsora bardzo ciężko się przebić. Słabe finansowanie łucznictwa w Polsce skutkuje m.in. tym, że zawodnicy podczas wyjazdów mieszkają w złych warunkach.

- Po tym, jak wywiad ze mną ukazał się w firmowej gazetce prezes BGK zasponsorował mi sprzęt. Łatwiej mi teraz trenować, bo praca zapewnia dochody, a rocznie na łucznictwo wydaję dziesiątki tysięcy złotych. Z pensji bym nie dał rady, bowiem sam łuk to koszt 15 tys. zł, a 12 strzał to ponad dwa tysiące złotych. Rocznie zużywam ich trzy komplety. Związek, ograniczony środkami finansowymi, w zeszłym roku zapewnił mi jedynie komplet strzał i skórkę-ochraniacz na palce - wyliczył informatyk Banku Gospodarstwa Krajowego.

Mimo wsparcia, aby móc wyjeżdżać na zawody Napłoszek, jak każdy inny pracownik, musi wykorzystywać urlop. Gdy ten się wyczerpie, to w przypadku takich startów, jak mistrzostwa świata, prosi o tzw. nieobecność usprawiedliwioną.

- Po dniu w pracy nie mogę się doczekać, aby wyjść i już na marymonckim torze ćwiczyć. Strzelam tyle, ile tylko mogę, a ogranicza mnie najczęściej... zmierzch. Kupiłem sobie reflektor, by oświetlić matę w ciemnościach, ale taki trening jest niekomfortowy. Zimą korzystam z korytarzy w banku - poinformował olimpijczyk.

Ponieważ rodzina bardzo go wspiera (żona Edyta również była łuczniczką), to na wakacje zawsze zabiera ze sobą łuki. "Na Fuerteventurze w archipelagu Wysp Kanaryjskich znaleźliśmy klub sportowy, poprosiliśmy o możliwość skorzystania ze stadionu. Spotkaliśmy się z bardzo miłym przyjęciem, a ja wystartowałem nawet w lokalnych zawodach i... wygrałem. Zrobiłem sobie własny obóz sportowy. Nie lubię leżenia na plaży, więc biegałem, próbowałem surfingu, a potem oczywiście był trening łuczniczy" - wspomniał.

Kwalifikacje olimpijskie łuczników rozpoczną się od przyszłorocznych mistrzostw świata w Danii. Choć droga jest daleka, to w śmiałych marzeniach Napłoszka pojawiła się myśl, że do Brazylii mógłby polecieć z... córką.

- Nie słyszałem o takim przypadku, że na jednych igrzyskach spotyka się ojciec z dzieckiem. Kamila, choć ma dopiero 15 lat, to strzela bardzo dobrze, rywalizując ze starszymi od siebie. Gdyby miała szansę na start w Rio to byłoby coś niesamowitego. Jednak ona będzie raczej celowała w Tokio 2020 - dodał.

Przykrość sprawia mu wizerunek łucznictwa w Polsce. - Jest tragiczny. Wiele osób widzi łuki jako statyczny sport, niewymagający specjalnej sprawności. A tu potrzeba ogromnej siły - ja przy jednym naciągu muszę utrzymać 23 kg przez 8-10 sekund, a strzałów na zawodach oddaję 144. Cały dzień rywalizacji wymaga wyjątkowej koncentracji i przejścia dobrych kilku kilometrów - powiedział Napłoszek.

W olimpijskim dorobku biało-czerwoni mają dwa medale. Srebrny zdobyła w 1972 roku w Monachium Irena Szydłowska. Brązowy wywalczyły w turnieju drużynowym w Atlancie w 1996 roku Joanna Nowicka, Iwona Dzięcioł (obecnie Marcinkiewicz) i Katarzyna Klata.

Dowiedz się więcej na temat: łucznictwo | Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy