Reklama

Reklama

Najcięższa choroba tocząca polską piłkę

Media trąbią o wybrykach chuliganów i kolejnych piłkarzach umoczonych w korupcji, ale najcięższa choroba polskiego futbolu zaczyna się na boiskach, o których na co dzień nie przeczytacie w gazetach.

Rozlatująca się budka kryta blachą, pod którą stoi chwiejący się facet z malinowym nosem. Facet ubrany jest w sportowy dres, na szyi ma zawieszony gwizdek i w przerwach między kolejnymi łykami piwa, które niezbyt zręcznie ukrywa pod kurtką, patrzy spode łba na biegających za piłką bez ładu i składu młodzieńców. Są w Polsce miejsca, gdzie tak właśnie wygląda szkolenie następców Kuby Błaszczykowskiego czy Roberta Lewandowskiego.

Reklama

Od dawna słyszymy, że jednym z największych problemów polskiego futbolu jest stojące na beznadziejnym poziomie szkolenie młodzieży, którym zajmują się niedouczeni trenerzy. Istotnie - praca u podstaw przez lata była zaniedbywana, czego efektem jest choćby zwiększająca się stale liczba obcokrajowców w Ekstraklasie.

Kibice nad Wisłą chcieliby oglądać silne kluby oparte na wychowankach, ale jak tu kopiować filozofię wielkiej Barcelony, kiedy nawet do narodowej reprezentacji włączamy Francuzów czy Brazylijczyków?

O tym, że wadliwy system szkolenia należy zmienić, wiedzą wszyscy - działacze, trenerzy i piłkarze. Problem w tym, że tylko nieliczni mają pojęcie, jak się za to zabrać. I tylko nieliczni realizują swoje pomysły.

Polscy kibice zapomnieli już, kiedy ostatnio widzieli naszą drużynę w Lidze Mistrzów, a dla narodowej reprezentacji (71. miejsce na świecie) sukcesem na Euro 2012 będzie... uniknięcie kompromitacji.

Ilu jeszcze upokorzeń potrzebujemy, aby zrozumieć, że jedynym sposobem na uzdrowienie polskiej piłki jest praca z młodzieżą?

Ci, którzy zrozumieli to już kilka lat temu i na poważnie zabrali się do pracy, osiągają dzisiaj wielkie sukcesy i z uzasadnionymi nadziejami spoglądają w przyszłość. Na co liczymy, dlaczego nie chcemy iść tą samą drogą?

Niemcy potrafią wyszkolić każdego

Mecz o trzecie miejsce mistrzostw świata 2010 w RPA. Niemcy grają z Urugwajem. Po świetnym meczu nasi zachodni sąsiedzi pokonują rywali z Forlanem, Suarezem i Cavanim w składzie. Co łączy niemal wszystkich piłkarzy "brązowej" jedenastki Niemiec, która kilka dni wcześniej minimalnie przegrała z Hiszpanią mecz o złoto? 19 z 23 z nich to wychowankowie piłkarskich akademii powstałych przy klubach z Bundesligi.

W Niemczech zasada jest prosta: chcesz grać w 1. lub 2. Bundeslidze? Musisz mieć akademię piłkarską. Taka akademia to kilka boisk (w tym również te ze sztuczną nawierzchnią), internat dla zawodników i znakomite warunki dla trenerów. Dodajmy: trenerów świetnie wykształconych i przygotowanych do pracy z młodzieżą.

Efekty ich pracy są imponujące, a trzecie miejsce "Bundesteamu" na mundialu w RPA to tylko jeden z dowodów znakomitej pracy szkoleniowej naszych zachodnich sąsiadów. Thomas Mueller, Philipp Lahm, Sami Khedira czy Mesut Oezil - to z kolei tylko niektórzy zawodnicy, będący "produktami" niemieckiego systemu. Dwaj pierwsi są gwiazdami Bayernu Monachium, dwaj ostatni to nadzieje Realu Madryt. Z reprezentacją sięgną jeszcze po niejedno trofeum.

Prowadzenie akademii piłkarskiej stało się warunkiem otrzymania licencji na grę w najwyższych ligach niemieckich niewiele ponad 10 lat temu. Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania. Niemcy grają nie tylko skutecznie, ale też pięknie. Potrafią wyszkolić każdego - Tunezyjczyka (wspomniany Khedira), Nigeryjczyka (Dennis Aogo), Amerykanina (Jermaine Jones), Bośniaka (Marko Marin), a nawet... Polaka (Adam Matuszczyk).

Lepiej łatać dziury niż położyć asfalt

No właśnie, przenieśmy się do Polski. W Ekstraklasie mało kto słyszał o akademiach, a jeśli nawet, to na ich otwarcie nie ma pieniędzy. Strach pomyśleć, co by było, gdyby prowadzenie szkolenia na wysokim poziomie było jednym z warunków przyznania licencji na grę w lidze. Zostałoby w niej może dwie drużyny...

Ale nic to, przecież najważniejsze, żeby się utrzymać. "Po co szkolić, skoro i tak efekty przyjdą dopiero za 5-10 lat, a pieniądze trzeba będzie wyłożyć już dziś?" - kalkulują sobie prezesi. I działają tak, jak służby drogowe. Przed rozpoczęciem rundy łatają naprędce dziury w jezdni, zamiast położyć nowy asfalt.

Jak wygląda takie łatanie dziur? Czasem przybiera postać sklecenia nad trybuną dachu, który sprawia wrażenie, jakby przy pierwszym podmuchu wiatru miał się urwać. Innym razem kupowania za milion euro piłkarza, który w ciągu sezonu z trudem strzela pięć bramek.

Wszystko po to, aby zdobyć licencję albo utrzymać się w lidze i dalej mieć dostęp do koryta, czyli pieniędzy z firmy, która akurat transmituje mecze ligowe. Krótkowzroczne? Oczywiście, ale w tym akurat nie od wczoraj jesteśmy mistrzami. I to właśnie ta krótkowzroczność niesie za sobą stagnację.

"Musimy zrozumieć, że aby osiągnąć sukces w piłce, trzeba przede wszystkim systematycznie pracować. Do tego należy mieć rozsądny system pracy. Można taki system wymyślić, a można się go nauczyć od tych, którzy podobny problem mieli 10 czy 15 lat temu. Niemcy czy Włosi doskonale to rozumieją" - zaznaczał w niedawnym wywiadzie dla "Wprost" felietonista INTERIA.PL, Zbigniew Boniek.

Pomysł i cierpliwość

"Jeśli ma się na szkolenie młodzieży dobry pomysł, w który wszyscy wierzą, i cierpliwość - to efekty same przyjdą" - mówił kilka miesięcy temu w rozmowie z Darkiem Wołowskim Joan Vila Bosch, jeden z twórców potęgi katalońskiej akademii La Masia, gdzie pierwsze kroki stawiali choćby dzisiejsi idole kibiców na całym świecie - Xavi i Andres Iniesta.

Pomysł i cierpliwość - w Polsce brak nam jednego i drugiego. "Nie ma problemu, nie ma czym się martwić" - powtarzają jednak Jerzy Engel i Antoni Piechniczek, z zawodu działacze PZPN. Ciekawe, czy wierzą we własne słowa. Jeśli nie, to niech przestaną je powtarzać i w końcu opracują system szkolenia na wzór holenderski lub niemiecki. Jeśli tak - niech jak najszybciej zrezygnują z zajmowanych stanowisk.

Spójrzmy na reprezentację Polski. Przed Euro 2012 gorączkowo poszukujemy zawodników z polskimi korzeniami. Jeśli na mistrzowskim turnieju w koszulkach z orłem na piersi zagrają: Manuel Arboleda, Damien Perquis, Roger czy Ludovic Obraniak, będzie to policzek dla "polskiej myśli szkoleniowej". Nie dla systemu (takiego w Polsce nie ma), ale właśnie dla tej tzw. myśli, czyli dla tych, którzy odpowiadają za to, że polska piłka jest coraz bliżej dna.

Powtórzmy: Arboleda, Perquis, Roger, Obraniak, a do tego Matuszczyk, Smolarek czy Boenisch. Żaden z nich nie jest wychowankiem polskiego klubu, a każdy był lub może być kluczowym piłkarzem reprezentacji. Skoro siedzący na ławce w Lille Ludo Obraniak jest lepszy od całej gromadki Polaków występujących w Ekstraklasie, to jaki jest poziom ich wyszkolenia?

Dawne gwiazdy biorą sprawy w swoje ręce

W kadrach klubów Ekstraklasy przed obecnym sezonem było 20 wychowanków. Dla porównania: w drużynach francuskiej Ligue 1 jest ich 74. Tamtejsze kluby od lat uchodzą za wylęgarnie talentów, a liga jest przedsionkiem do wielkiego futbolowego świata. Co roku wielu graczy wyszkolonych przez francuskie akademie i kluby trafia do ligi angielskiej, hiszpańskiej czy włoskiej.

- Francuski system szkolenia od lat może uchodzić za wzór dla wielu innych krajów. Już ponad 10 lat temu, kiedy "Trójkolorowi" sięgali po mistrzostwo świata, w ich kadrze było wielu zawodników, których wychowały akademie piłkarskie - mówi Tomasz Frankowski, czołowy napastnik Ekstraklasy, niegdyś piłkarz Strasbourga i Martigues, obecnie współwłaściciel szkółki piłkarskiej mieszczącej się w Krakowie.

Swoją szkółkę postanowił założyć z wdzięczności dla piłki. - Sport dał mi i mojej rodzinie szansę na dostatnie życie i postanowiłem zrobić coś, by taką szansę dostali inni młodzi ludzie - wyznaje Frankowski. Któregoś dnia zaplanował wszystko z Mirosławem Szymkowiakiem (innym byłym reprezentantem Polski) oraz Markiem Koniecznym (byłym kierownikiem drużyny w Wiśle Kraków) i tak zaczęła się ich przygoda ze szkoleniem młodzieży.

Podobny pomysł miał kilka lat wcześniej Roman Kosecki, który prowadzi zajęcia dla młodych piłkarzy w podwarszawskim Konstancinie. - Praca z dziećmi i nastolatkami to dla trenera świetna praktyka i duży sprawdzian. Młodzi chłopcy bardzo szybko łapią nowe umiejętności. Jeśli zajęcia są prowadzone dobrze, to można szybko dostrzec ich efekty - mówi Kosecki.

To, co mamy, to kropla w morzu potrzeb

Takie inicjatywy byłych reprezentantów Polski to pozytywne wyjątki, potwierdzające jednak regułę, że trenowanie młodych talentów jest nad Wisłą całkowicie lekceważone.

Tomasz Frankowski: - Zapewniamy naszym zawodnikom kilka świetnie przygotowanych boisk, staramy się, aby grupy liczyły maksymalnie kilkanaście osób. Na każdych zajęciach z piłkarzami pracuje dwóch trenerów, którzy obserwują poczynania każdego chłopaka z osobna.

Te rozwiązania zasadniczo różnią się od tego, jak jest w wielu polskich klubach. Nawet w grupach młodzieżowych zespołów grających w Ekstraklasie na jednego trenera przypada często kilkudziesięciu zawodników, treningi odbywają się na boiskach, na których prawie nie ma trawy, a szkoleniowcy mogą liczyć na głodowe wynagrodzenia. Czerpanie wzorców z klubów zachodnich? Zapomnijcie.

Frankowski dostrzega problem i nie ukrywa, że działaczom większości polskich drużyn nie zależy na wychowywaniu młodych piłkarzy, że robią to minimalnym nakładem środków. "Franek" zaznacza, że w jego szkółce nie ma miejsca na fuszerkę. - Współpracujemy z Leeds United i Borussią Dortmund. To od trenerów tych klubów uczymy się, jak prowadzić zajęcia, żeby były maksymalnie efektywne. PZPN opracował ramowy system szkolenia młodzieży, ale kiedy zauważamy, że zachodnie kluby lepiej rozwiązuję pewne kwestie, to natychmiast staramy się wprowadzać je w życie - opowiada piłkarz.

Współpracownik Frankowskiego, Mirosław Szymkowiak, zaznacza, że w związkowych przepisach dotyczących szkolenia młodzieży paradoks goni paradoks. - Ostatnio zorganizowaliśmy turniej, na który zaprosiliśmy młodzieżowe drużyny Borussii czy Leeds. Chłopaki w całej szkółce nie mogli się doczekać, żeby zagrać z takimi rywalami. Tymczasem PZPN w regulaminie wprowadził zasadę, że w zorganizowanych rozgrywkach mogą brać udział dzieci, które ukończyły dziewięć lat... I co ja miałem powiedzieć tym młodszym? - rozkłada ręce "Szymek".

Akademia Szymkowiaka i Frankowskiego szkoli dzieci od pięciu lat wzwyż. Obecnie szkoli się w niej 160 chłopców. - Nie oszukujmy się jednak, że takie inicjatywy, jak nasza szkółka, czy ta, którą parę lat wcześniej założył Romek Kosecki, uzdrowią polski futbol. Taka działalność, którą zajmują się w Polsce pojedyncze osoby, to tylko kropla w morzu potrzeb - kończy Frankowski.

Na orliku w małym mieście

Jakiś czas temu działacze PZPN opracowali ramowy system szkolenia młodzieży. W cienkiej broszurce informacyjnej, jaką otrzymaliśmy w siedzibie związku, próżno jednak szukać konkretnych wskazówek dla trenerów. Pełno tam za to ogólników i sloganów - wszystko przypomina trochę receptę na uzdrowienie polskiej piłki wypisywaną przez działaczy z wygodnego fotela telewizyjnego studia. Słowem - markowanie rzeczywistego działania.

Zbyt wiele zależy ciągle od dobrej woli pojedynczych osób, którym rzeczywiście leży na sercu poprawa kondycji polskiego futbolu. Wiele z nich pracuje z dala od świateł reflektorów i pewnie nigdy nie będą miały takiej siły przebicia, jak choćby prezes PZPN. Jedną z takich osób jest Mariusz*.

Spotkaliśmy się na "orliku" w Tychach. Mariusz ma 23 lata - niewiele jak na trenera, ale jego podopiecznym to nie przeszkadza. Na treningach zasuwają aż miło. Mariusz trenuje dzieci - od 10 lat wzwyż. Pieniądze? Niewielkie, ale spokojnie wystarcza na życie. Zresztą jego życie to piłka.

Prowadzone przez niego treningi to kopia tych, jakie organizują szkoleniowcy w NEC Nijmegen czy Ajaksie Amsterdam, w których był na trenerskim stażu. Technika, technika i jeszcze raz technika. Do tego nauka myślenia na boisku. "Piłka polega na podejmowaniu dobrych decyzji" - powtarza swoim podopiecznym.

Cały czas zdobywa wiedzę, jeździ na zagraniczne staże. Poza holenderskimi, był w niemieckich klubach, ostatnio często wybiera się do Anglii. Wszystko finansuje z własnych pieniędzy. Czytał różne polskie podręczniki, ale tych pozycji jest bardzo mało. Teraz na własną rękę sprowadza materiały z USA. A pomoc z PZPN? - Oni nauczą cię tylko kilku teorii. Czasem pomogą wyjechać na zagraniczną konferencję, ale nie sprawdzą po niej twojej wiedzy - zaznacza.

Największy problem to jego zdaniem stosunek polskich trenerów do pomysłów szkoleniowców z zagranicy. - Pojechałem kiedyś na staż do Anglii z jednym z najbardziej znanych polskich trenerów, byłym selekcjonerem. W pewnym momencie zapytałem go, czy moglibyśmy wymienić się materiałami i spostrzeżeniami - wspomina Mariusz.

- On na to otworzył swojego laptopa i pokazał mi dwie czy trzy prezentacje w Power Poincie, jakieś kompletne minimum. Ja z tego samego szkolenia miałem tyle informacji, że nie mieściło mi się to na dysku. Nie wiem, dlaczego wielu polskim trenerom wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy... - kończy mój rozmówca.

Odarty z pasji

Choroba tocząca szkolenie polskiej młodzieży dotyka nie tylko młodych trenerów, ale także piłkarzy. W wielu klubach to, czy młody chłopak zagra w kolejnym meczu, nie zależy wcale od poziomu jego umiejętności czy talentu, ale od... grubości portfela jego rodziców.

W Warszawie spotkaliśmy się z Arturem, do niedawna reprezentantem Polski juniorów, piłkarzem, o którym w środowisku zgodnie mówiono, że ma wielki talent. Artur trenował piłkę w profesjonalnym klubie od ósmego roku życia. Dostawał powołania do kadry, był jednym z wyróżniających się piłkarzy swojego klubu. Wydawało się, że kariera stoi przed nim otworem. Do czasu przejścia do drużyny Młodej Ekstraklasy.

- Trenowałem jak dawniej, dawałem z siebie "maksa", bo dla piłki zaryzykowałem wszystko. Prawdę mówiąc, to moi rodzice również. Mój ojciec, taksówkarz, był na każdym meczu, finansował moje wyjazdy, letnie obozy. Czasem ciężko było rodzinie związać koniec z końcem, bo ja jechałem na kolejny obóz - opowiada Artur.

- No, ale w Młodej Ekstraklasie nie było ważne to, jak grasz, czy to, jak spisujesz się na treningach. Wiesz, kto wychodził na boisko? Ci, których rodzice przed meczem zapłacili trenerowi! To było jak zderzenie z betonową ścianą. Byłem tak zszokowany, że nie wiedziałem czy krzyczeć, czy płakać... - podnosi głos i widać, że na nowo przeżywa całą sytuację. - Potem dziwimy się, że nie ma wychowanków w polskiej lidze. A ja się pytam, jak mają być, skoro najlepszym, brzydko mówiąc, przetrąca się kark!? - pyta Artur.

Dziś gra w trzeciej lidze, oprócz tego pracuje, tak jak ojciec - jako taksówkarz. - Tata w ogóle przestał się interesować piłką, ja kopię sobie jeszcze, ale... - urywa i przez chwilę szuka odpowiednich słów. - Zresztą nieważne - zniechęcony kiwa głową i po chwili zostawia nas w barze niedaleko zajezdni taksówek.

Polskie paranoje

Chore sytuacje przytrafiają się jednak również dużo młodszym piłkarzom niż Artur. Kilka miesięcy temu do naszej redakcji list przysłał ojciec jednego z młodych piłkarzy akademii Legii Warszawa. Jego syn dostał ofertę wyjazdu na kilkudniowy staż do Chelsea Londyn.

"W Legii zgodzili się na wyjazd chłopaka, ale kiedy ten wrócił do klubu, dyrektor sportowy akademii oznajmił, że mój syn nie może trenować, bo... właściwie to nikt nie udzielił mu pozwolenia na wyjazd!" - pisał załamany ojciec.

"Co takiego stałoby się, jeśli pojechałby na kilka dni do Chelsea, zobaczył, jak wyglądają treningi w jednym z najlepszych klubów na świecie i wrócił do Legii? Wszyscy tylko zyskaliby na takim obrocie sprawy. Nie rozumiem, gdzie tu jest problem. Przecież mówimy o 12-letnim chłopcu, który traci serce do swojego ukochanego sportu" - zakończył swój list ojciec młodego piłkarza.

W mediach najczęściej czytamy o chuligańskich wybrykach na stadionach, korupcyjnym raku, który ogarnął nawet czołowych piłkarzy reprezentacji Polski, ale najcięższa choroba, która toczy polski futbol zaczyna się na boiskach, o których na co dzień nie przeczytacie w gazetach. Jeśli od zaraz nie zabierzemy się na poważnie za szkolenie młodych piłkarzy, to w kolejnych latach czeka nas dalsza część lekcji, którą dostajemy już od kilku lat. Będziemy musieli nauczyć się przegrywać.

PZPN: Odchodzimy od ligomanii, która zabijała futbol dziecięcy

Jerzy Engel pełnomocnik Prezydium Zarządu PZPN ds. Szkolenia nie czuje się winnym zaniedbań. Uważa, że w naszym kraju w szkoleniu piłkarskiej młodzieży odrabiane są wieloletnie opóźnienia.

- Najgorsze już za nami. W tej chwili zaczyna się proces odbudowy. Symptomem tego są choćby występy trzech naszych młodych piłkarzy w Borussii Dortmund. Zdobyli właśnie mistrzostwo Niemiec. Z przyjemnością się patrzy na ich postawę - nie kryje Jerzy Engel. - Jeżeli dzisiaj pojedzie się do Sulejówka, Pruszkowa, gdzie powstały znakomite ośrodki, to można się przekonać, że do późnych godzin wieczornych, przy sztucznym oświetleniu, na dobrych boiskach ćwiczą setki dzieci. Czytaj cały wywiad!

Sęk w tym, że na większości z nich brakuje fachowej opieki trenerskiej. - U nas jest tylko stróż, który pilnuje, aby grafik był przestrzegany. Dzieciaki biegają za piłką bez składu i ładu - opowiada nam obserwator jednego z "orlików" ulokowanych w Nowym Targu.

* * *

Czytaj także:

Iwan na ostro: Polska piłka w głębokim kryzysie

Wołowski: Jak uratować polski futbol? Polska La Masia potrzebna od zaraz

Boniek: Przegrywać to my się dopiero nauczymy

* Imiona niektórych bohaterów reportażu zostały zmienione zgodnie z ich życzeniem.

Dyskutuj z Bartkiem Barnasiem na jego blogu - Kliknij!

Dowiedz się więcej na temat: piłka nożna | reprezentacja Polski | choroby

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje