Reklama

Reklama

Moralność dziennikarza

Roger Guerreiro oficjalnie stara się o polskie obywatelstwo. Jak Rafał Stec z "Gazety Wyborczej" napisze o tym na swoim blogu? A - wcale. B - tak jakoś, jakby nic się nie stało (że z braku dobrego newsa przed miesiącem uczynił cnotę). C - jednak coś wspomni.

Spieszę wyjaśnić. Gdy "Przegląd Sportowy" miesiąc temu napisał szeroko o sprawie Rogera i jego staraniach o polskie obywatelstwo, wspomniany dziennikarz popisał się na swoim blogu internetowym czymś w rodzaju audiotele, tyle że z jedną, oczywistą tylko dla autora, odpowiedzią. Cytuję: "Ilu Brazylijczyków zagra dla Polski na Euro 2008. Mój typ to, z grubsza licząc, okrąglutkie zero. Żaden Roger, o którego udziale w mistrzostwach trąbi dziś "Przegląd Sportowy", nigdzie nie pojedzie, cała sprawa jest klasyką strategii koncernu Axel Springer: wymyślamy coś, robimy harmider, jakaś rozświergotana dziennikarka TVN 24 na pewno się rozochoci, rozegzaltuje i będzie pod domem brazylijskiego piłkarza Legii czatować od zmierzchu do świtu, a potem jeszcze od świtu do zmierzchu. Będą nas cytować, staniemy się najbardziej opiniotwórczym pismem w całej Europie Środkowo-Wschodniej".

Reklama

Gdy Leo Beenhakker zapytany przeze mnie na Cyprze o Rogera, odparł: byłoby wspaniale, gdybym mógł z niego skorzystać, Stec, ani żaden z jego kolegów nawet się o tym nie zająknął. Można udawać, że sprawy nie ma, ale pędzę na was TIR-em pełnym rozczarowania. Sprawa jest.

Niestety, zauważyłem z niepokojem, że w ostatnich latach wyjątkowo zaostrzyła się agresja dziennikarzy sportowych, w stosunku do kolegów z konkurencji. Przed rokiem brylował w tym były naczelny "PS" Roman Kołtoń, raz po raz uderzając (choć raczej gryząc po kostkach) w mojego kolegę Krzysztofa Stanowskiego. Teraz już na szczęście nikogo nie oczernia, bo nie ma gdzie.

Nigdy nie oceniałem kolegów po fachu. Wychodzę z założenia, że każdy powinien robić najlepiej to, co potrafi. Nie dbam o to, czy ktoś coś zmyślił - kwestia jego sumienia, ani jak kto żyje z danym trenerem czy piłkarzem. Nie wiem skąd bierze się taki jad i nienawiść. Nawet jeśli komuś nie udało się zdobyć cennej informacji, nie musi od razu opluwać innych.

Inteligentna polemika to co innego. Zawsze jest mile widziana. Wbijanie szpilek dla samego wbijania - niekoniecznie. Dlatego, przyznam szczerze, musiałem w tej sprawie zabrać głos. Bo na Stecu, niestety, prawienie morałów się nie kończy.

Niedawno miałem okazję rozmawiać jednym z najbardziej znanych reżyserów teatralnych w Polsce, Piotrem Cieplakiem. Facet jest szalony na punkcie futbolu. Gdy zeszliśmy na tematy dziennikarskie, wyznał, że jednym z jego marzeń było zostanie reporterem sportowym. Potem bardzo chwalił Stefana Szczepłka z Rzeczpospolitej. Dodał jednak, że nie spodobała mu się pewna rzecz... Nastawiłem uszy, bo chyba w jego myślach odgadłem o co chodzi.

Otóż pan Stefan podczas debaty sportowej w programie TVP3 (trzech na jednego, nie za ładnie) zaatakował stronniczych dziennikarzy, którzy piszą tak, jak im ktoś zagra. Tenże Stefan Szczepłek, człowiek uważany przez innych za autorytet, stojący ponad wszystkim, a sam uważający się za stróża moralności, etyki i wszelakich dóbr, współpracuje z telewizją publiczną. Nie przeszkadza mu to jednocześnie krytykować dziennikarzy Dziennika, moich kolegów, za to, że dowalają TVP w sprawie skandalu z transmisjami z Euro, bo są na usługach Polsatu. Nawet hipokryzja ma chyba swoje granice?

Mam pytanie. Czy jeśli Stefan Szczepłek podchodzi do Łukasza Fabiańskiego po meczu z Czechami i prosi go o rękawice bramkarskie do swojej kolekcji, to czy to jest etyczne? Czy potem o Łukaszu Fabiańskim może pisać źle, czy już tylko dobrze? A może lepiej wcale?

Niedawno pan Szczepłek powiedział komuś, że jestem "człowiekiem Jarosława Kołakowskiego". Może byłoby to nawet zabawne, gdyby nie fakt, że mało którego dziennikarza sportowego menedżer Kołakowski nie trawi tak jak mnie. Mała strata, ale wielka prawda. Przywoływanie stęchłej opowieści, jak to napisałem o Andym Barze, zawodniku Legii, bo Kołakowski mi za to zapłacił, wcale mnie jednak nie rozśmieszyło. Moglibyśmy się spotkać w sądzie, a sprawę wygrałbym w cuglach. Tylko po co? Żeby udowadniać panu Szczepłkowi, iż pisałem o Barze tylko dlatego, że był w rezerwach Valencii, zaś jego żona była prześliczną piosenkarką, a gdy szła ulicą faceci walili głowami w latarnie? Ot, fajny, lekki materiał z dobrymi zdjęciami.

Zanim więc ktoś oczernia kolegów - nawet jeśli są 30 lat młodsi, powinien się zastanowić dwa razy, a pan Stefan może niech zbiera rękawice. Choć nie jestem przekonany, czy przez to nie jest na "usługach Fabiańskiego".

No dobra. To na koniec audiotele. Ilu Brazylijczyków zagra w reprezentacji Polski? Albo prościej: Ile razy pomylił się na swoim blogu Rafał Stec?

Przemysław Rudzki. "Fakt"/"Przegląd Sportowy"

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL