Reklama

Reklama

Michalska: W 2009 roku tylko trenowałam, spałam i jadłam

- Tylko trenowałam, spałam i jadłam - tak podsumowała 2009 rok Julia Michalska. Opłaciło się, bo na poznańskiej Malcie w sierpniowych mistrzostwach świata wraz z Magdaleną Fularczyk sięgnęły po pierwszy w historii polskiego kobiecego wioślarstwa złoty medal.

- Na obozy zabieramy mnóstwo książek. Zawsze się wydaje, że będzie na nie czas, ale w tym sezonie wracały do domu nietknięte. Ten rok był specyficzny. Chyba nigdy tyle nie przespałam - powiedziała Michalska.

Bagaż, który zabierają ze sobą na zgrupowania, znacznie przekracza dopuszczalne limity. - Pewnie około 45 kg na głowę wychodzi - oceniła Fularczyk. Jej sportowa partnerka dodała, że "często zdarza się upychać. Na szczęście, jak wybieramy się do Portugalii, jedzie z nami też przyczepa, która zabiera cały sprzęt. Wtedy jednak te tobołki są jeszcze dwa razy większe. Nie tylko mamy nasz bagaż, w którym wszystkie limity są wypełnione co do grama, ale dochodzi jeszcze to, co na przyczepę się zmieści. Jeździ z nami sprzęt wioślarki, rowery, ale i rzeczy normalne, ubrania, kosmetyki".

Reklama

Na obozach najbardziej brakuje im bliskich. Gdy przygotowują się do sezonu w Wałczu, zdarza się, że odwiedza je rodzina. - Wtedy możemy na parę dni zaprosić najbliższych. Nie ma z tym problemu, to raczej sprawa dogadania się z trenerem i kwestia rozsądnego postępowania. Często zbliżają się już zawody i nie chcemy prywatnych rzeczy mieszać do sportu. Trzeba się skupić na jednej rzeczy, jeśli chce się osiągnąć sukces i nie mieć wyrzutów sumienia, że czegoś się nie zrobiło. Możemy przepłynąć drugie, czy trzecie, ale jak mijamy linię mety i możemy sobie powiedzieć, że dałyśmy z siebie wszystko, to wtedy czujemy satysfakcję. Wiem, że na to w tej chwili było mnie stać, ale zrobiłam przez ostatnie 10 miesięcy wszystko, poświęciłam się temu, żeby wypaść jak najlepiej. To jest najważniejsze - podkreśliła Michalska.

Święta są dla nich czasem czysto rodzinnym. Obie wioślarki, zawodniczki Trytonu Poznań, do kuchni zaglądają rzadko. - U mnie od dziecka jest podział. W kuchni staram się pomagać, ale generalnie sprzątam cały dom. Przy garnkach wojowała do tej pory moja mama z siostra, ale odkąd się wyprowadziła, to ja przejęłam jej obowiązki. Moją specjalnością jest wkładanie wszystkiego do piekarnika i postawienie na gazie. Może zaliczę w tym roku kolejny debiut przy garnkach. A co lubię zjeść? Wszystko co słodkie. I ostatnio przekonałam się także do karpia - przyznała Michalska.

Ryby lubi także Fularczyk. - Moją ulubioną potrawą są jednak pierogi z kapustą i grzybami. Za karpiem nie przepadam, ale lubię filety. Moja pomoc w kuchni bardziej ogranicza się do nakrycia stołu, posprzątania. Chociaż ostatnio zaczęłam też coś gotować. Dostałam książkę kucharską od mojej przyszłej teściowej i coś tam zaczynam pichcić. Sama jestem zdziwiona. Póki co narzeczony jeszcze przychodzi, więc chyba mu smakuje i chyba nie jest tak źle. Ograniczam się raczej do polskich potraw, ale uwielbiam też włoskie i wszelkiego rodzaju makarony.

W Świętego Mikołaja obie już nie wierzą. - Tak naprawdę nigdy nie zastanawiałam się, czy rzeczywiście istnieje. Zawsze widziałam wielką skrzynię pod choinką, którą z prezentów opróżniał na początku mój dziadek, a potem brat - wspomina Michalska.

Babcię w stroju Mikołaja Fularczyk rozpoznała w wieku sześciu lat. - Wydawało mi się dziwne, że Mikołaj nosi babcine kolczyki. Zaczęłam wtedy coś podejrzewać i straciłam złudzenia. Wcześniej uświadamiać próbował mnie mój starszy brat, ale mu nie do końca wierzyłam.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje