Reklama

Reklama

Mariusz Wach: Za półtora roku chcę walczyć o mistrzostwo świata

Potrafił odmówić pojedynku słynnemu Kliczce, ale nie dlatego, że jest tchórzem. Dla niego nie liczą się tylko pieniądze. Mariusz Wach z głową na karku wyrusza na podbój wagi ciężkiej. Polski pięściarz za półtora roku ma zamiar walczyć o tytuł mistrza świata.

INTERIA.PL: Skończyłeś właśnie 32 lata. Hucznie świętowałeś urodziny w Polsce?

- Nie było jakoś głośno. Urodziny spędziłem w rodzinnym gronie.

Wkraczasz w najlepszy wiek dla boksera.

- W wadze ciężkiej organizm późno dojrzewa. Dopiero w takim wieku robisz się prawdziwym mężczyzną. Sam po sobie czuję, że teraz nabieram pewności siebie, doświadczenia. Czuję również większą, przybywającą siłę. Aż chcę mi się trenować.

W rankingu WBC właśnie przeskoczyłeś Tomasza Adamka. Rzeczywiście czujesz się najlepszym polskim bokserem królewskiej dywizji?

Reklama

- Dostałem maile od znajomych z gratulacjami, ale nie czuję się jeszcze najlepszy. W Polsce mamy sporo pięściarzy, którzy osiągnęli więcej ode mnie - np. Tomasz Adamek był mistrzem świata w dwóch kategoriach i walczył również o mistrzostwo świata w wadze ciężkiej. Jest wielu bardziej utytułowanych zawodników i trzeba się z tym pogodzić. Ja czekam na swoją okazję, której postaram się nie zmarnować.

Wywalczony w listopadzie pas mistrzowski WBC International znacznie przybliżył cię do walki o mistrzostwo świata?

- Myślę, że tak. Walka z Jasonem Gavernem odbiła się szerokim echem zarówno wśród dziennikarzy, jak i promotorów. Ten pas kiedyś nosili Odlanier Solis i Władimir Kliczko. Po tym pojedynku w pewnym stopniu przybliżyłem się do roli pretendenta do walki o tytuł mistrzowski jakiejś prestiżowej federacji.

Kto będzie twoim kolejnym rywalem? Mówiło się o starciu z Tye Fieldsem.

- Nie został on jeszcze potwierdzony, ale prowadzimy bardzo intensywne rozmowy z jego obozem. Jak dojdziemy do porozumienia, będzie on moim najbliższym przeciwnikiem. Walka na pewno odbędzie się w Stanach Zjednoczonych, najprawdopodobniej w Mohegan Sun Casino w Uncasville. Stoczyłem tam swoje dwa ostatnie starcia i nie mam nic przeciwko, żeby walczyć tam po raz kolejny.

Patrząc na posturę Fieldsa zapowiada się na to, że będziemy świadkami starcia dwóch gigantów.

- Warunki fizyczne przemawiają za nim - jest ode mnie wyższy i cięższy. Jest też bardziej doświadczony. Fields aż 44 razy kończył zwycięsko walki przed czasem. Kanadyjczyk bierze udział również w maratonach, więc powinien być dobrze przygotowany pod względem kondycyjnym. Ale właśnie takich rywali trzeba pokonywać, jeśli marzy się o najwyższych celach.

Myślisz, że to dla ciebie odpowiedni rywal? W ostatnim czasie zdarzały mu się bardzo poważne potknięcia w ringu.

- W sumie zanotował cztery porażki. Ja jednak traktuje ten pojedynek jako takie przetarcie. Przeciwnik jest w miarę silny, szybki. To będzie dla mnie bardzo ważny sprawdzian.

Bilans masz już dość wyśrubowany - 26 zwycięstw, 0 porażek, jednak nigdy nie zauważyłem, żebyś wyraził zadowolenie po którejś z wygranej.

- Osobiście nie podoba mi się mój styl boksowania.

Nie tylko tobie.

- Ogląda się tych różnych mistrzów, a niektóre walki przechodzą do historii. Marzy mi się, żeby wziąć od tych największych mistrzów coś po trochu i ulepić jedną całość. Z pewnością wziąłbym coś od Mike'a Tysona, od braci Kliczko i byłbym superfighterem. Wiem, że tego nie da się zrobić, dlatego na każdym treningu staram się robić postępy, eliminować błędy i poprawiać wyszkolenie techniczne. W ostatnich walkach już się trochę przełamałem. Jestem bardziej agresywny, wyprowadzam więcej ciosów i gdy jest okazja, wykorzystuję swoją przewagę.

Może właśnie przez ten mało widowiskowy styl boksowania jesteś mniej popularny od Tomasza Adamka?

- Pewnie coś w tym jest. Choć z drugiej strony gdybym kogoś kopnął czy odgryzł komuś ucho, to ludzie by o mnie gadali. Już nawet Artur Szpilka jest bardziej popularny, choć mi w przeszłości też zdarzały się różnego typu awantury, ale o tym nikt nie mówi. Pod względem marketingowym popularność jest bardzo ważna, bo wówczas możesz zgarnąć więcej pieniędzy od sponsorów. To jednak nie jest moim priorytetem.

Ile w sumie walk zaplanowałeś na przyszły rok?

- Chciałbym stoczyć trzy, może cztery walki na dystansie dwunastorundowym. Wiadomo, że jak będę kontuzjowany albo mocno obity, to z pewnością będę chciał odpocząć. Nie interesują mnie pojedynki sześciorundowe, ośmiorundowe. Owszem, jak będzie jakaś fajna propozycja, to przy okazji mogę ją przyjąć.

Jest szansa na to, żebyś w końcu zaprezentował się przed własną publicznością?

- Żeby zgromadzić taką publiczność jak np. Tomasz Adamek, to trzeba walczyć o mistrzostwo świata. A żeby walczyć o mistrzostwo świata, trzeba walczyć z którymś z braci Kliczko. Jeszcze nie miałem takiej szansy, ale kolejne walki być może przybliżą mnie do takiej okazji.

Jak ci się układa współpraca z Mariuszem Kołodziejem?

- On jest moim promotorem, ale zwracam się do niego w różnych sprawach. Traktuję go jako kumpla i cieszę się, że uczciwie podchodzi do wszystkich spraw.

Pojawił się taki temat, żeby twoją walkę z którymś z braci Kliczko zorganizować w Krakowie.

- Mamy w Krakowie do dyspozycji stadiony Cracovii i Wisły. Oprócz tego, w Polsce powstało ostatnio dużo nowoczesnych obiektów. Stadiony w Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku czy w Warszawie mogą pomieścić naprawdę dużą liczbę kibiców. Nie wszystko ode mnie jednak zależy. Jeśli miałaby się taka walka odbyć, wszelkie decyzje podejmie z pewnością mój promotor oraz sztab braci Kliczko. To od nich będzie zależało najwięcej.

Ale sztab braci Kliczko już raz złożył ci ofertę. Wówczas propozycję odrzuciłeś.

- Tak, ale wyjść, dostać "wpierdziel" i zejść ze spuszczoną głową to nie sztuka. Niepotrzebny mi jest zabieg twarzy. Lepiej poczekać. Za półtorej roku powinienem być już gotowy do takiej batalii. Do takiego wniosku doszliśmy wraz z moim sztabem szkoleniowym i promotorem.

Realnie starasz się oceniać swoje możliwości?

- Sztab szkoleniowy rozsądnie podchodzi do obowiązków. Gdyby chodziło tylko i wyłącznie o pieniądze, to pewnie by mnie puścili. Jak nie na któregoś z braci Kliczko, to na Roberta Heleniusa, bo taką też miałem propozycję. Żeby wygrać w Helsinkach musiałbym go chyba przewrócić. Zresztą sam widziałeś ostatnio, jak on czuję się w roli gospodarza.

Rzeczywiście werdykt sędziowski wzbudził spore kontrowersje.

- Po utrzymaniu takich propozycji, mój trener wraz z promotorem szybko studzili moje emocje tłumacząc, że jest jeszcze za wcześnie i jak będę przygotowany w stu procentach, to wtedy mogę wyjść na ring. Im nie chodzi wyłącznie o pieniądze.

To niecodzienne podejście - boks traktujesz bardziej jako sport niż biznes?

- Pieniądze zawsze się jakoś zarobi. Kto wie, może nie osiągnę sukcesów w boksie, bo na przykład przegram kolejne walki i też będę musiał sobie jakoś poradzić. Jeśli nie będę zarabiał pieniędzy jako bokser, dam sobie radę w życiu. Pieniądze są ważne, ale czy najważniejsze? Nie są najważniejsze. Są inne ważniejsze wartości. Trzeba jednak poczekać, aby mieć pewność, że jest się gotowym do walki o najwyższe triumfy i dodatkowo nie jest się na straconej pozycji. Myślę, że taki czas nadejdzie za jakieś półtora roku. Jestem w stanie sprawić niespodziankę, bo jestem głodny sukcesu.

A w razie niepowodzeń, jaki masz plan B?

- Pewnie będę siedział w boksie, bo ponad połowę życia spędziłem na salach treningowych. Od ponad roku mam szkółkę bokserską i mógłbym zająć się młodzieżą. W trybie indywidualnym kończę właśnie studium w Wyższej Szkole Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie i jak już będę miał już wyższe wykształcenie, pomyślę o własnej firmie ochroniarskiej. Mam parę pomysłów, które chciałbym zrealizować po zakończeniu kariery sportowej, ale na razie jestem skoncentrowany tylko i wyłącznie na boksie.

A jak twoja szkółka może funkcjonować, skoro większość czasu spędzasz za oceanem?

- Pod moją nieobecność zajęcia prowadzi trener Marcin Wyka, były zawodnik Hutnika Kraków u trenera Stefana Skałki. Potrafi on znaleźć wspólny język z chłopakami. W zajęciach regularnie bierze udział około dwudziestu osób. Nasza działalność nie jest w tej chwili dochodowa. Pobieramy tylko jakieś podstawowe składki, które przeznaczamy na paliwo, sprzęt sportowy i wyjazdy sportowe. Jak się nie ma dodatkowego zajęcia, nie da się z tego wyżyć.

Jak często odwiedzasz zatem swoich podopiecznych?

- Jak tylko jestem w Krakowie, odwiedzam ich praktycznie na każdym treningu.

A jak wyglądają teraz twoje treningi?

- Obecnie przechodzę okres roztrenowania. Ruszam się regularnie. Mam zresztą rozpisany harmonogram treningowy. Staram się trzy razy w tygodniu zaliczyć siłownię, ale wszystko robię "na lajcie". Nie robię wyciskania na maksa, ale nie chcę też, żeby mięśnie zastały się za bardzo. 18 stycznia ponownie wylatuję do Stanów Zjednoczonych i tam czekają mnie dwa miesiące ciężkich treningów, które mają konkretnie przygotować mnie do kolejnego pojedynku.

Z tego co wiem, na początku przygotowań duży nacisk będzie kładziony na treningi siłowe.

- Po przylocie do Stanów Zjednoczonych będziemy intensywnie pracować nad moją muskulaturą. Bicepsy, mięśnie na barkach, na kapturach - to zawsze na zawodnikach robi duże wrażenie. I ja będę się z tym lepiej czuł i u moich rywali będę wzbudzał respekt.

To w tej chwili twoja pięta Achillesowa?

- Wiesz co? Myślę, że odczuwam z tego powodu mały kompleks. W okresie roztrenowania strasznie szybko tyję, mam taką tendencję. Potrafię w ciągu dwóch tygodni przybrać na wadze nawet dziesięć kilogramów! Każda pokusa związana z jedzeniem bardzo szybko daje mi się we znaki.

Kto cię w takim razie teraz pilnuje?

- Sam się muszę pilnować. Jestem już na takim etapie, że muszę brać na siebie pewną odpowiedzialność. Ani rodzice ani żaden opiekun nie muszą mnie już pilnować. Podczas mojego pobytu w Polsce sam jestem sobie trenerem.

Jak ci się mieszka za oceanem?

- Mam znakomite warunki do mieszkania i trenowania. Podczas przygotowań jest tylko trening, jedzenie, spanie i czas na zregenerowanie sił. Odczuwam rozłąkę z Krakowem. W końcu spory sentyment mam do tego miasta. Nie chciałbym zmieniać miasta, tutaj czuję się naprawdę dobrze, mam mnóstwo znajomych. Po każdej walce staram się przylecieć do Polski. Tutaj moja bateria ładuje się naprawdę szybciej. W Stanach Zjednoczonych tak naprawdę nie wiem, na czym stoję. Właśnie staram się o wizę dla mojej rodziny. Obecnie wynajmuję mieszkanie, z którego korzysta również Kamil Łaszczyk.

Twój wyjazd do Stanów Zjednoczonych wiązał się z dużym ryzykiem.

- To było dla mnie duże ryzyko. Jechałem tam w ciemno. Nie wiedziałem, co mnie tak czeka, a jednak postawiłem wszystko na jedną kartę zostawiając znajomych, rodzinkę. Syn mi się urodził, a następnego dnia już musiałem lecieć za ocean. Zaryzykowałem, ale nie żałuję tego, choć mogłem przecież związać się z jakąś grupą promotorską z Niemiec lub Wielkiej Brytanii.

Popularnie nazywany jesteś wikingiem. Skąd u ciebie takie przywiązanie do skandynawskich wojowników?

- To nie jest tak, że fascynuję się filmami czy komiksami o wikingach. Akurat zrobiłem sobie taki tatuaż na plecach, choć przed pójściem na studia nie wiedziałem, co sobie zrobić. Po przejrzeniu katalogów akurat spodobał mi się taki motyw. Przed moim wylotem planuję jeszcze go wykończyć.

Rozmawiał Konrad Kaźmierczak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje