Reklama

Reklama

Marek Plawgo: Marzę o wejściu na Mount Everest!

- Zapominamy o jednej ważnej rzeczy. Nie rozmawiamy z jedną najważniejszą osobą, sami ze sobą. A teraz mamy na to mnóstwo czasu. Mamy czas na to, żeby pomyśleć, gdzie jesteśmy i czy jesteśmy szczęśliwi - mówi Marek Plawgo. To kolejna część naszej akcji #KiedyBedzieNormalnie.

Tego sportowca nikomu nie trzeba bliżej przedstawiać. Były reprezentant Polski w lekkiej atletyce, sprinter i płotkarz. Olimpijczyk (2004) z Aten i Pekinu (2008). Rekordzista kraju w biegu na 400 m przez płotki. Od zawsze człowiek, którego kamera kocha. 

Co doskwiera mu najbardziej w ostatnich tygodniach, naznaczonych pandemicznym reżimem?  

- Brakuje mi ludzi - oznajmia otwarcie 39-letni Plawgo. - Ale nie konkretnych postaci z imienia nazwiska. Brakuje mi ludzi jako grup. Tych, z którymi spotykamy się, rozmawiamy, dobrze się bawimy. Często się sprzeczamy, ale ta interakcja powoduje, że jest wzajemny przepływ energii. Coś od nich dostajemy, sami też dajemy coś od siebie. 

Reklama

Przyznaje, że odczuwa również niedostatek ruchu. Po dwóch miesiącach spędzonych w czterech ścianach to dla niego deficyt szczególnie dotkliwy. Aktywność traktuje jak dobrą witaminę. Nie traci jednak optymizmu. 

- Oczywiście, że są pozytywne strony tej całej sytuacji - przekonuje. - Nasza codzienność jest skonsumowana przez rutynę. Wpadamy w "dzień świstaka". I zapominamy o jednej ważnej rzeczy. Nie rozmawiamy z jedną najważniejszą osobą - sami ze sobą. A teraz mamy na to mnóstwo czasu. Mamy czas na to, żeby pomyśleć, gdzie jesteśmy i czy jesteśmy szczęśliwi. Przede wszystkim mamy czas na to, żeby planować, żeby zapytać się o własne marzenia, cele, ambicje. To doskonały czas, żeby zacząć rozrysowywać to jako konkretne plany, które zaczniemy realizować krok po kroku, gdy skończy się izolacja.  

Mimo społecznej izolacji wsparcie najbliższych osób jest nieodzowne. Takich ludzi w życiu Plawgi nie brakuje.  

- Jest jedna osoba zdecydowanie zasługująca na największe wyróżnienie - mówi z entuzjazmem. - To moja mama. Owszem, mamy mają to do siebie, że matkują, że często wyolbrzymiają problemy, które nas spotykają. Wszystko widzą w negatywnych barwach. Ale moja mama jest jak wino - im starsza, tym lepsza. Szalenie zabawna osoba, która potrafi rozbawić mnie tysiącem żartów sytuacyjnych. Potrafi sprawić, że się uśmiecham. Mamo, kocham Cię i dziękuję Ci za to, że w tych trudnych momentach mi pomagałaś. 

Dowiedz się więcej na temat: Marek Plawgo | koronawirus

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje