Reklama

Reklama

Marcin Lewandowski: To nie był american dream

Prawie pięć tygodni spędził mistrz Europy z Barcelony na 800 m Marcin Lewandowski w Stanach Zjednoczonych na zgrupowaniu - najpierw w Albuquerque, a później w Arizonie (Flagstaff). "To nie był American Dream" - podkreślił.

"USA wyobrażałem sobie całkowicie inaczej. Oczywiście widziałem tylko mały wycinek dużego kraju, ale mimo wszystko myślałem, że to nie tak wygląda. Trafiliśmy na rejony, gdzie dominowały tereny pustynne, brak zieleni, naokoło kaktusy, suche powietrze. To nie był american dream, ale nie o to chodziło. Treningowo było świetnie. Plan został wykonany w stu procentach" - zaznaczył halowy wicemistrz Europy.

W zeszłym roku o tej porze zawodnik WKS SL Zawisza Bydgoszcz do sezonu przygotowywał się w Kenii. Tym razem postanowił Afrykę zamienić na USA. Z różnych względów. Najważniejszym były warunki pobytowe. Z wyjazdów na Czarny Ląd jednak nie zrezygnuje, ale raz w roku wystarczy.

Reklama

"Tam za często nie można jeździć. Jest po prostu zbyt ciężko. Warunki mieszkaniowe, jedzenie są spartańskie i pewnie nikogo bym nie namówił na wyjazd, a zależało mi, by trenować w grupie" - powiedział zawodnik SL WKS Zawisza Bydgoszcz.

Do USA poleciał ze swoim bratem i jednocześnie trenerem Tomaszem, zawodnikami Adamem Czerwińskim (WKS Wawel Kraków) i Mateuszem Podawcą (LKS Omega Kleszczów) oraz fizjoterapeutą Wojciechem Krawczakiem.

"Tworzyliśmy zgraną pakę i dobrze nam się współpracowało" - ocenił Lewandowski.

Nie tylko jednak fakt pracowania w grupie skusił go, by pojechać właśnie do Stanów.

"Chciałem zobaczyć nowe miejsca, jestem ciekawy świata, a tam jeszcze nie byłem. Ważne było, by sprawdzić także warunki treningowe na przyszłość. Na takich wysokościach (2200 m) nie można ćwiczyć nigdzie w Europie. W związku z tym będę tam pewnie coraz częściej. Zdecydowaliśmy się w tym roku wszystko przetestować, bo najważniejsza impreza w roku - mistrzostwa świata w Korei - jest bardzo późno, na przełomie sierpnia i września. Gdyby coś nie wyszło jest czas, by coś poprawić, skorygować" - dodał student Uniwersytetu Szczecińskiego.

Pierwszy okres spędził w Albuquerque w Nowym Meksyku. Miejsce znane polskim sportowcom, bo jeden z ośrodków prowadzi Antoni Niemczak, jeden z najlepszych polskich maratończyków w historii.

"My akurat tam się nie zatrzymaliśmy. Wynajmowaliśmy jedno piętro i zaadoptowany do mieszkania garaż u starszej, samotnej Amerykanki. Było bardzo przyjemnie i niczego nam nie brakowało. Na ostatnie dwa tygodnie przenieśliśmy się do Arizony - studenckiego miasteczka Flagstaff położonego ok. 400 m wyżej. Mieliśmy tam możliwość trenowania z kadrą USA, co na pewno było cennym doświadczeniem" - przyznał niespełna 24-letni Lewandowski.

Przerywników w treningu miał niewiele. Zdołał jednak z całą grupą zorganizować jednodniowy wypad do Las Vegas, by zagrać w kasynie i poczuć podmuch wielkiego świata.

"Zgodnie z zasadą dopisało mi szczęście początkującego i udało się wygrać 300 dolarów, ale nie szalałem. Po prostu być tam i nie zagrać w jednorękiego bandytę to jak nie być w Las Vegas. Od samego wjazdu na twarzy gościły nam uśmiechy. Słoneczko, palmy, fontanny... pięknie. Ale najlepiej było nocą. Wszędzie światełka, olbrzymie telebimy, reklamy, muzyka. Chcieliśmy również zobaczyć, jak ludzie bawią się w klubach. Od początku było ciekawie, bo żeby wejść do środka w kolejce staliśmy dwie godziny. W środku miło. Nie byliśmy długo, ale chwilę nóżką potupaliśmy. Po ochroniarzach przy VIP-roomach było widać, że największe party nie toczy się na parkiecie" - opowiadał Lewandowski.

Treningowo na razie skupił się na elementach wytrzymałościowych. "Kolców jeszcze nie założyłem. W tym roku do formy będę dochodził startami. Mam ich niewiele zaplanowanych" - zaznaczył.

Święta Wielkiej Nocy Lewandowski spędzi z najbliższymi. Nie nacieszy się nimi jednak zbyt długo. Pod koniec kwietnia wyjeżdża na kolejne zgrupowanie - tym razem do szwajcarskiego St. Moritz.

"Tam będę miał przerywnik na start kontrolny na 600 m w niemieckim Pliezhausen. Najbardziej zależy mi, by brać udział w mityngach silnie obsadzonych. Nie chodzi o to, by wygrywać każdy bieg, lecz by obywać się z najlepszymi, by nauczyć się z nimi walczyć" - podkreślił.

Ten sezon będzie szczególnie trudny. Nie tylko czeka go rywalizacja w mistrzostwach świata w koreańskim Daegu, ale znacznie wcześniej, w lipcu, będzie walczył w Wojskowych Mistrzostwach Świata w Rio de Janeiro.

"Ta impreza trochę rozbija mi przygotowania do MŚ, ale jest dla mnie równie ważna. Chcę się pokazać z dobrej strony, zwłaszcza, że będzie z kim się ścigać. Nie ukrywam jednak, że cykl organizmu zostanie bardzo zaburzony. W tym roku wielokrotnie będę zmieniał strefy klimatyczne i czasowe, ale do tej pory potrafiłem sobie z tym radzić i mam nadzieję, że tym razem też tak będzie" - powiedział.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje