Reklama

Reklama

Małysz, czyli bajeczna dekada

Adam Małysz jest bez wątpienia sportowcem wszech czasów w Polsce, mimo że nie zdobył złotego medalu na igrzyskach.

Podziękuj Adamowi za wszystkie wspaniałe chwile, które z nim przeżyliśmy!

Ta bajka Adama Małysza trwała ponad 10 lat. Właśnie dobiega końca. Trudno wyobrazić sobie jak będzie wyglądał polski sport, jak będzie wyglądał nowy sezon Pucharu Świata w skokach. Od dekady niemal każdy konkurs integrował Polskę przy telewizorach, wpatrzeni w mały punkt na szczycie skoczni, który rósł z każdą chwilą, odbijał się na progu, a potem leciał i leciał.

Reklama

Adam leci, cała reszta spada

"Adam Małysz, Małysz Adam, Małysz leci, reszta spada" - tego typu rymowanki układali uczniowie w polskich szkołach, Małysz był powszechnie uwielbiany, choć też traktowany niechętnie przez kibicowską mniejszość, dla której skakanie na nartach to dyscyplina absurdalna i nudna. Rzeczywiście trudno uprawiać ją rekreacyjnie, na podwórku. Większość z nas dała się jednak porwać Małyszowi i jego lotom ptaka.

Jest w skokach coś romantycznego, tak jak coś niezwykłego było w samym Małyszu. Jego rywalizacja z niemieckimi skoczkami Martinem Schmittem, a potem Svenem Hannawaldem rozgrzewała kibiców. Największym prześladowcą Małysza okazał się jednak najsympatyczniejszy z nich Simon Ammann, który pozbawił Polaka trzech złotych medali olimpijskich. Podczas ostatnich zawodów w Pucharze Świata z Zakopanem zapytano Szwajcara o Małysza. Odpowiedział, że mimo wszystko nie odważyłby się do niego porównywać.

Małysz osiągnął prawie wszystko: cztery Kryształowe Kule, cztery mistrzostwa świata, cztery medale igrzysk - zawsze chcąc więcej. Trzeba niewiarygodnej siły wewnętrznej, by jak bumerang wracać na szczyt. Zwłaszcza wtedy, gdy było się już na nim tak wiele razy. Genialny Matti Nykaenen uważany za skoczka wszech czasów tego nie potrafił. Małysz okazał się w tej dziedzinie fenomenem w skali światowej. Na ostatni triumf w Pucharze Świata czekał prawie cztery lata i nawet na chwilę nadziei nie porzucił. Wreszcie wygrał po raz 39. w karierze, oczywiście w Zakopanem. Rekordu Latającego Fina (46 zwycięstw) już jednak nie pobije.

Skakanie chciał rzucić już 12 lat temu!

Ta historia zaczęła się niewinne. Zaledwie 12 lat temu, zniechęcony porażkami na skoczni Małysz chciał rzucić skakanie i zacząć pracę w zawodzie dekarza. Jak mógłby wtedy uwierzyć w to, że wygra 39 konkursów w karierze, skoro wszyscy najwięksi rodacy przed nim zwyciężyli w sumie zaledwie cztery razy (Stanisław Bobak jeden, Piotr Fijas trzy). Nie porzucił jednak skoków i już dwa lata po najgłębszym kryzysie eksplodował jego talent bez granic.

Kibice komentują decyzję Adama Małysza:

Małyszomania, która przetoczyła się przez cały kraj mogła złamać karierę każdego sportowca. Lista skoczków nie potrafiących udźwignąć ciężaru sławy jest długa. Na jej czele stoi oczywiście latający Fin Nykaenen, który po zejściu ze skoczni był striptizerem, a nawet trafił do więzienia za próbę zabójstwa żony.

Małysz oparł się i hołdom po zwycięstwach, i niechęci po porażkach. Sam nie uwierzył w swoją legendę - zawsze taki sam: czasem mniej, czasem bardziej zamknięty, niezmiennie potrafiący jednak zachować kontakt z rzeczywistością, nawet podczas najwyższych lotów, kiedy 40-milionowy kraj nosił go na rękach. To wszystko nie zdołało wypaczyć żelaznego charakteru, choć wielu na jego miejscu nie potrafiłoby znaleźć motywacji do oddania następnego skoku. On skakał.

Skoki przed Małyszem, czyli bieda i egzotyka

Pamiętam polskie skoki sprzed ery Małysza: połamane ławki pod Wielką Krokwią, konkursy Pucharu Świata oglądane przez garstkę zapaleńców - w dwóch słowach: bieda i egzotyka. Dziesięć lat temu nastał jednak czas "Wielkiego Wybuchu", kiedy w niewiarygodnym stylu Polak triumfował w 49. Turnieju Czterech Skoczni. Małysz zrobił dużo dla siebie, ale swojej dyscyplinie oddał znacznie większe usługi. Skoki na nartach pobiły w Polsce rekordy popularności. Powstały skocznie w Szczyrku i Wiśle, Wielka Krokiew po przebudowie jest obiektem z innej bajki. Puchar Świata w Zakopanem osiągnął status imprezy kultowej.

Zyskał Małysz, zyskały polskie skoki, i koledzy Małysza - reprezentacja Polski ćwiczy dziś w warunkach wszechobecnego komfortu, choć od strony sportowej wielu z tych zawodników nie wykonało nawet małego kroku do przodu. Bez "Wielkiego Wybuchu" sprzed dekady, to wszystko byłoby niemożliwe.

W ostatnich dziesięciu latach Małysz miał chwile wzlotów, ale też kryzysu - wielu z nas miało wtedy wątpliwości, czy to dobrze, że on jeszcze w ogóle skacze. Mistrz z Wisły dał odpowiedź na igrzyskach w Vancouver i na małej skoczni w Oslo, gdzie parę dni temu zdobył swój ostatni medal.

20 tys. ludzi koczowało dla niego całą noc

Przez ponad 10 lat mieliśmy do czynienia z niepowtarzalnym zjawiskiem. Małysz to kandydat na sportowca wszech czasów w Polsce, przeżywać to wszystko razem z nim, było wielkim przywilejem dla kibica. Był skromny, cichy i taki pozostał. Miał jednak siłę wychować sobie kibiców. Takich tłumów, jakie dotarły pod Wielką Krokiew w styczniu 2002 roku - nikt w Tatrach nie pamięta. Kiedy o czwartej nad ranem ochroniarze przybyli pod skocznię, na trybunach było już 20 tys ludzi (niestety głównie bez biletów). Podczas konkursu fani rzucali śnieżkami w rewelacyjnego wtedy Svena Hannawalda. Małysz nie chował głowy w piasek, ale stanął w obronie rywala jasno dając do zrozumienia, że na skoczniach nie ma miejsca dla kibicowskiego szowinizmu i chuligaństwa. Rok później Hannawald płakał ze wzruszenia, bo przyjmowano go w Polsce jak bohatera. Do dziś wszyscy skoczkowie powtarzają jak mantrę, że tak obiektywnych fanów jak w Zakopanem nigdzie nie ma.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL