Reklama

Reklama

Mały lek na kaca po remisie Polaków z Grecją

Porażka z Litwą w Kownie miała tę dobrą stronę, że po niej nawet tak przeciętny mecz Polaków, jak ten z Grekami w Pireusie wydaje się dużym krokiem do przodu.

Chwila, w której Jakub Błaszczykowski uścisnął zmagającego się ze wzruszeniem Michała Żewłakowa, była podniosła. Kibice reprezentacji w Pireusie także stanęli na wysokości zadania żegnając rekordzistę (102 mecze w kadrze) owacją na stojąco. Żewłakow na nią zapracował - przez 12 lat był wierny barwom narodowym zasługując na pożegnanie z klasą, o które wystarali się dla niego młodsi koledzy z kadry. Odchodząc może mieć poczucie, że choć nie przyszło mu reprezentować kraju w dobrych dla piłki czasach, swoje zadanie wypełnił.

Reklama

Inna rzecz, że nawet w ostatnim swoim meczu w kadrze, kiedy zbliża się do 35. roku życia, wciąż wyróżnia się na boisku mogąc budzić u Franciszka Smudy niepokój, czy słusznie z niego zrezygnował.

Na mecze w Kownie i Pireusie do kadry wrócił Sławomir Peszko, który z powodów dyscyplinarnych nie był powoływany przez kilka miesięcy. Swoją drugą szansę jednak dostał i słusznie. Peszko nie grał w Pireusie dobrze, należał raczej do słabszych graczy polskiego zespołu, wciąż nie potrafi spełnić w kadrze tej samej roli, którą spełnia w Kolonii, a do niedawna w Lechu Poznań. Gra w Lidze Europejskiej udowodniła jednak, że ma potencjał pozwalający mu walczyć o pozycję podstawowego skrzydłowego podczas Euro 2012.

Najgorszy w polskim zespole był jednak Ludovic Obraniak. Smuda postawił na niego od początku ślepo wierząc, że to najlepszy z kandydatów do roli dyrygenta. Kłopoty w klubie zostawiają trwały ślad na formie piłkarza, który w Pireusie przeciw Grekom popsuł kilka podań w absolutnie kluczowych momentach. Selekcjoner wierzy, że pomocnik Lille rozwiąże swoje problemy albo zacznie grać regularnie, albo zmieni klub, na razie pewne jest tylko to, że póki co do swojej kluczowej roli w kadrze nie dorasta.

Cały ofensywny kwartet Peszko, Błaszczykowski, Lewandowski, Obraniak wspierani przez wyróżniającego się Adriana Mierzejewskiego musi nauczyć się cierpliwości i dokładności w rozgrywaniu piłki. Za dużo było zagrań niechlujnych, zmarnowanych szans, na czele z tą z początku drugiej połowy, kiedy napastnik Borussii Dortmund nieporadnie kiwał greckiego bramkarza. Pośpiech i niedokładności w grze sprawiają wrażenie, że drużyna jest słabo zgrana, mało zdecydowana, tak jakby nie walczyła o wspólne zwycięstwo, ale każdy z piłkarzy z osobna bił się o swoją pozycję na Euro. O ile w pierwszej połowie Polacy panowali jeszcze nad chaosem, o tyle w drugiej chaos zapanował nad nimi.

Boczni obrońcy Łukasz PiszczekMaciej Sadlok mieli kilka chwil, gdy dobrze wypełniali rolę skrzydłowych, takich akcji wciąż było jednak za mało. Smuda wychwala stopera Arkadiusza Głowackiego, co wydaje mi się nieco przesadzone. Obrona grała o dwie klasy lepiej niż w Kownie, ale z Głowackim jest ten problem, że najgorsze wpadki w reprezentacyjnej karierze zdarzały mu się pod presją walki o punkty. Czy selekcjoner jest już absolutnie pewny, że wytrzyma presję finałów mistrzostw Europy?

Dobry, chwilami bardzo dobry, mecz zagrał Grzegorz Sandomierski, broniąc raz nogami w sytuacji sam na sam z Mitroglou. Kandydatów do gry w bramce reprezentacji Polski jest kilku, Smuda ma tu raczej kłopot nadmiaru, musi tylko dobrze wybrać.

Wyróżniającym się piłkarzem był Dariusz Dudka, grający pewnie, z ogładą, unikający głupich strat w środku pola. Robił to, co powinien defensywny pomocnik. Z rezerwowych: Kamil Grosicki wyróżnił się jedną akcją i znakomitym strzałem, Roger jednym efektownym podaniem, Rafał MurawskiMichał Kucharczyk zbyt chętnie wtopili się w przeciętność.

Zatrważająca jest jedna wypowiedź Smudy - selekcjoner postawił tezę, że gdyby w Kownie boisko było tak dobre, jak w Pireusie jego drużyna zwyciężyłaby z Litwą 5-0. W czasach, kiedy polski futbol klubowy i reprezentacyjny sięgnął dna, selekcjonerowi nie przystoją podobne "fanfaronady". Kibice liczą raczej na to, że nie słowami, ale czynami Smuda potrafi poradzić sobie z rywalami. "Co by było gdyby" nikogo w piłce nie obchodzi, na tym samym kartoflisku znacznie bardziej od Polaków finezyjni Hiszpanie wygrali wczoraj 3-1.

Jedna sprawa jest oczywista. Słabiutki mecz w Kownie poprzedzony bandyckim zachowaniem polskiego kibolstwa wywołał w nas wszystkich ciężkiego kaca. Gra drużyny Smudy, a przede wszystkim zachowanie polskich fanów w Pireusie było na innym poziomie. Gdybyśmy tylko mogli mieć nadzieję, że ten wznoszący się trend zostanie zachowany do Euro 2012.

Dyskutuj z Darkiem Wołowskim na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje