Reklama

Reklama

"Mali działacze Legii"

Brazylijczyk Edson z żalem opuszcza Warszawę. Pokochał Legię, choć niektórzy ludzie pracujący na Łazienkowskiej ostro zaleźli mu za skórę - przyznał w wywiadzie dla "Super Expressu".

- Nie było szans na porozumienie między tobą a działaczami Legii?

Reklama

- Niestety nie. I tu wcale nie chodzi o jakieś szczegóły kontraktu. Najbardziej zabolał mnie brak szacunku ze strony działaczy. Ewidentnie nie chcieli, żebym został w Legii. Szkoda, że nie mieli odwagi, by mi to wprost powiedzieć. Sytuacja byłaby prostsza.

- Nie cenisz działaczy Legii...

- Legia to wielki klub, ale mentalność działaczy jest mocno ograniczona. Wciąż myślą w kategoriach lokalnych, brakuje im znajomości zasad , według których funkcjonuje poważny europejski futbol. Grałem w kilku wielkich klubach i miałem okazję zobaczyć, jak tworzy się mocny klub. Na pewno nie tak, jak w Warszawie...

- Jakieś konkrety?

- Choćby stosunek do obcokrajowców. Sposób, w jaki pozbyto się mnie, to, co robią z Vukoviciem. Przedstawię to jeszcze jaśniej: jak jeden z polskich piłkarzy miał problemy z alkoholem i hazardem, to klub sfinansował mu leczenie. Jak ja nie mogłem wyleczyć kontuzji, to odwrócili się ode mnie plecami i powiedzieli: "Radź sobie sam". I za własne pieniądze poleciałem do Portugalii, zapłaciłem za leczenie. Za to, żeby wrócić do zdrowia i formy i żeby pomóc Legii płaciłem z własnej kieszeni!

- Legia to nie jest profesjonalny klub?

- To duży, profesjonalny klub, tylko sposób myślenia niektórych działaczy nie pasuje do wielkiego klubu. Na przykład: dyrektor sportowy powinien sprowadzać piłkarzy po to, by ci wzmocnili skład, a jak udały się ostatnie transfery Legii, to wszyscy dobrze wiemy. I co? Poniósł ktoś za to odpowiedzialność? Nie, całą winę próbuje się zrzucić na hiszpańskich piłkarzy, a oni są tu najmniej winni. Ktoś przecież wcześniej zdecydował, że będą wzmocnieniem.

- A może część winy jest po twojej stronie? Podobno jesteś konfliktowy.

- Bzdura. W żadnym poprzednim klubie nie miałem problemów. Szanowano mnie, ja szanowałem ich. A w Legii momentami naprawdę bywało strasznie. Były takie chwile w szatni, że patrzyłem w niebo i myślałem sobie: "Boże, gdzie ja jestem?". W żadnym klubie czegoś takiego nie widziałem.

- Chodzi o konflikt między Polakami a Brazylijczykami za kadencji trenera Wdowczyka?

- Brudów z szatni nie powinno się wynosić. A co do konfliktu, o którym rozpisywała się prasa, to... tak bym tego nie nazwał. To była raczej kwestia atmosfery - była fatalna. Brakowało jedności, dało się odczuć zazdrość. Niektórzy patrzyli na nas jak na ludzi, którzy przyszli im zabrać miejsca w składzie i pieniądze. A przecież my też byliśmy częścią zespołu, mieliśmy ten sam cel...

- Skoro było tak źle, to dlaczego chciałeś zostać w Legii?

- Bo teraz jest już super! Przyszli nowi piłkarze, zmienił się trener i atmosfera jest rewelacyjna. Aż chce się grać i trenować. A wracając do poprzednich sezonów, powiem ci coś, czego wcześniej nigdzie nie mówiłem: wtedy, kiedy w szatni była ta straszna atmosfera, dwukrotnie poszedłem do pana Waltera i poprosiłem o rozwiązanie kontraktu. Działacze prosili mnie jednak, żebym został, tłumaczyli, że jestem potrzebny i przez wszystkich lubiany. Szkoda, że co innego mówili, gdy rozmawialiśmy teraz o przedłużeniu kontraktu.

- Jakieś miłe wspomnienia chyba jednak z Polski zabierzesz?

- Oczywiście, że tak. Ja naprawdę chciałem w Legii zakończyć karierę. Pokochałem ten kraj od pierwszego wejrzenia. Od kiedy zobaczyłem kibiców, którzy szaleją na trybunach bez koszulek, podczas mrozu. Bardzo podoba mi się Warszawa, uwielbiam Mazury. Jeśli tylko będę miał czas, zawsze chętnie odwiedzę Polskę.

-

Dowiedz się więcej na temat: klub | działacze | Legia Warszawa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje