Reklama

Reklama

Maja Włoszczowska przed kolarskimi MŚ

Maja Włoszczowska zaczęła marudzić. To dobry znak przed sobotnim wyścigiem w Champery, w którym Polka będzie bronić tytułu mistrzyni świata w kolarstwie górskim.

Czy jesteś dobrze przygotowana do mistrzostw świata?

Maja Włoszczowska: - Ostatnio zaczęłam marudzić. To chyba dobrze, bo jak nie marudzę, to idzie źle. Było bardzo dobrze na ostatnim Pucharze Świata w Val di Sole, gdzie silniejsza ode mnie okazała się tylko Catharine Pendrel. Kanadyjka ma sezon niesamowity. Wydaje się, że jestem w dobrej formie, ale nie chcę zapeszać. Zobaczymy w sobotę. Wczoraj w sztafecie jechało mi się bardzo ciężko, i to mnie trochę zmartwiło, natomiast wynik wyszedł wśród elity kobiet drugi, za Pendrel. Szybciej pojechała jeszcze Francuzka Julie Bresset, ale ona wystartuje w wyścigu zawodniczek do lat 23. Zakładam, że każdej jechało się ciężko. Po prostu taka jest specyfika wyścigu drużynowego.

Reklama

Możesz scharakteryzować swoje przeciwniczki? Twoją najgroźniejszą rywalką w sobotę wydaje się Pendrel.

- Zdecydowanie tak. Ostatnio wygrywała wszystkie Puchary Świata. Na początku sezonu lepsza była jedynie Bresset. Catharine świetnie jeździ pod górę, jest lekką zawodniczką, doskonałą technicznie. A trasa w Champery jest techniczna, więc nie ma co liczyć, że Pendrel sobie nie poradzi. To jest faworytka numer 1. Potem Gunn-Rita Dahle, która wróciła do formy i z wyścigu na wyścig jeździ coraz lepiej. Na pewno na igrzyskach w Londynie będzie groźna, a sądzę, że i tutaj powalczy.

Wiek jej nie przeszkadza?

- W dyscyplinach wytrzymałościowych wiek sprzyja. Gunn-Rita ma już 37 lat. Sabine Spitz jest od niej o dwa lata starsza, a przecież to ona w Pekinie zdobyła złoty medal olimpijski. Ja mam 27 lat i ten wiek jest chyba w moim sporcie optymalny. Gunn-Ricie wiek nie przeszkadza. Poza tym Norweżka jest pierwszym przypadkiem w kobiecym MTB powrotu do czołówki po urodzeniu dziecka. Kto wie, czy ciąża nie spowodowała pozytywnych zmian w jej organizmie. Inne rywalki to Włoszka Eva Lehner i Szwajcarka Nathalie Schneitter, czarny koń wyścigu. Trzeba na nie zwrócić uwagę. Oczywiście liczyć się będą Spitz i Kalentiewa, dziewczyny, które na mistrzostwach świata walczą zawsze.

Opowiedz o swoim wysiłku. Ile godzin dziennie trenujesz?

- Różnie. Najmniej to godzina - na krótką przejażdżkę regeneracyjną, najwięcej to nawet do sześciu godzin. Średnio dwie-trzy godziny dziennie, z tym, że jest to wysiłek ciągły, mocno obciążający organizm. Przez cały rok. Na pewno ciężko byłoby mi trenować więcej. Bywają dni wolne, jeden-dwa w tygodniu wolnego. Przejechanych kilometrów już nie liczę. Średnio powinno to być 12-15 tys. rocznie. Zimą jest ogólnorozwojówka, czyli bieganie na nartach na Polanie Jakuszyckiej, pływanie, siłownia.

Czy pilnujesz wagi, mierzysz tkankę tłuszczową, śledzisz swoje parametry krwi?

- Im więcej mamy informacji, tym lepiej możemy sterować swoim organizmem. Waga jest bardzo ważna. Im mniej się waży, tym lepiej, ale nie można przesadzić, nie można się odchudzać kosztem energii. Kiedyś się odchudzałam za wszelką cenę. Jest to błąd. Co z tego, że będzie się ważyło mało, jeśli się nie będzie miało siły jechać na rowerze. W tej chwili ważę pół kilograma, kilogram za dużo - dokładnie 53,5 kg, ale na trasę w Champery to chyba dobrze. Kasuję z diety wszystkie słodycze, tłuszcze, soki. Jem tylko to, co jest potrzebne: węglowodany, białka, witaminy, minerały. Dużo czerwonego mięsa, warzywa i makaron. Podobnie jest z parametrami krwi. Trzeba je monitorować na bieżąco. Jeżeli zaczynają spadać, to znaczy, że organizm jest przeciążony i mocnym treningiem możemy sobie tylko zaszkodzić. Badania krwi robię przynajmniej raz na dwa tygodnie.

Kontrolerzy antydopingowi często Ciebie odwiedzają?

- Z nimi bywa różnie. Czasem przez trzy miesiące się nie pojawiają, a potem przez trzy tygodnie nagle przyjadą trzy razy. Pojawiają się o różnych porach, w różnych miejscach - w domu, bywa, że u chłopaka we Wrocławiu. Przyjeżdżają z różnych państw. Byli u mnie Czesi, Duńczycy, Niemcy.

Polacy też?

- Polacy nie. To chyba polityka Światowej Agencji Antydopingowej, żeby nie przysyłać kontrolerów z tego samego kraju, aby uniknąć manipulacji, choć z drugiej strony słyszałam, że Czesi przyjeżdżali do Jaroslava Kuhlavego, więc nie wiem sama. Może dlatego, że jestem z Jeleniej Góry? Czechom i Niemcom bliżej. Jestem objęta programem antydopingowym i muszę podawać agencji na bieżąco wszystkie informacje - podróże, wyścigi, zgrupowania.

Musisz być dobrze zorganizowaną osobą, by wiedzieć, co będziesz robić za miesiąc.

- Przyznam, że to jest problem. Bywa tak, że plany się zmieniają z dnia na dzień, nie ma internetu i nie ma jak przekazać informacji o zmianie miejsca pobytu. Wtedy otrzymuje się żółtą kartkę, nie pamiętam - dwie czy trzy równają się z dyskwalifikacją. Ja na szczęście takiej kartki jeszcze nie dostałam. Wypełniamy dane o miejscach naszego pobytu raz na trzy miesiące, a każdą zmianę musimy przekazać jak najszybciej.

Oprócz diety i reżimu związanego z kontrolami, jakie wyrzeczenia musisz ponosić?

- Alkohol odpada. Można lampkę wina, małe piwo, ale nie więcej. Trzeba prowadzić bardzo regularny tryb życia, jadać o stałych porach, odpowiednio wypoczywać po treningu. Jesteśmy teraz w Szwajcarii, ładnie, pięknie, ale nie pojadę zwiedzać, tylko muszę się położyć i regenerować się. Oczywiście odpadają imprezy, więc można odreagować dopiero po sezonie. To jest klasztorne życie, ale sama je wybrałam. Kiedyś przychodziło mi to bez problemu. Teraz zaczynam tęsknić za normalnymi aspektami życia, takimi jak spotkania z przyjaciółmi. Zalet takiego życia jest jednak sporo. Przede wszystkim robię to co lubię.

W kolarstwie górskim trwa wyścig technologiczny. Jak się w nim znajdujesz? Lubisz eksperymentować czy jesteś bardziej konserwatywna, przywiązujesz się do raz wybranego sprzętu?

- Generalnie mam duży dylemat jaki rower wybrać. Jest "sztywniak" z kołami 26-calowymi i kołami 29-calowymi. Można pojechać na "fullu" 26 cali i na "fullu" 29 cali. "Sztywniak" to rower z jednym amortyzatorem, "full" - z dwoma amortyzatorami. Różne są kierownice: węższe, szersze, wygięte, niewygięte, różne opony, dętki, szytki, bieżniki. Jest z czego wybierać. Wszyscy dążą do tego, by rower jak najmniej ważył, poszukują ceramicznych łożysk, niektórzy jeżdżą nawet na jednej tarczy z przodu, mimo że powszechnie używa się dwóch, trzech. Jeśli dostanę coś lżejszego, to jestem cała szczęśliwa z tego powodu, natomiast przed ważną imprezą już nie kombinuję. Nie zmieniam nic w rowerze przynajmniej przez ostatnie dwa tygodnie.

Ile waży twój rower?

- Właśnie mam nowiutkie zaplecione koła, nieco lżejsze od poprzednich, więc rower powinien ważyć mniej niż 9 kg. To mało jak na 29 cali. Dostałam też nową, szerszą kierownicę, ale jej już nie zamontujemy. Pojadę ze starą.

Nie mogę nie odnieść się do kwestii zmiany trenera. Andrzeja Piątka zastąpił Marek Galiński. To wszystkich zaskoczyło. Czy czujesz większą presję w tej nowej sytuacji?

- Na pewno jest większa presja. Jeśli źle wypadnę, to wszyscy będą mówili, że ponieważ trener się zmienił. To zresztą byłaby guzik-prawda. Z drugiej strony - jest to presja motywująca. W poprzednim układzie z coraz mniejszą chęcią wsiadałam na rower. Teraz ta chęć jest większa. Presja nie jest niczym fajnym. Trzeba być silnym psychicznie, żeby sobie z nią poradzić. Ja chyba jakoś sobie radzę.

Konsekwentnie unikasz w mediach wypowiedzi na temat przyczyn rozstania z Andrzejem Piątkiem. Czy może chcesz to zrobić teraz?

- Po tym, co słyszałam w mediach, w tym po wypowiedziach trenera, zastanawiam się, czy może jednak powinnam coś powiedzieć. Ale dochodzę do wniosku, że szkoda moich nerwów i mojej energii na to. Przede wszystkim uważam, że nie jest to nikomu do niczego potrzebne. Przez wiele lat było dobrze, z trenerem zrobiliśmy dużo i uważam, że nie ma sensu psuć tego, co było dobre. Teraz jest nowa sytuacja. Każdy może zmienić pracodawcę, ja też mam prawo zmienić trenera. Można powiedzieć, że to ryzykowne na rok przed igrzyskami, ale myślę, że nikomu nie zależy na dobrym wyniku na igrzyskach bardziej niż mnie samej, więc głupiej decyzji na pewno bym nie podejmowała. No i tyle. Mam nadzieję, że kibice i osoby decyzyjne mi zaufają. Zresztą te osoby decyzyjne już mi zaufały, za co jestem im bardzo wdzięczna.

Na koniec pytanie naiwnego: czy w ogóle potrzebujesz trenera? Przecież znasz siebie samą najlepiej. Kolarze zawodowi nie mają trenerów, a "mentorów", którzy im tylko od czasu do czasu podpowiadają.

- Zdecydowanie potrzebuję trenera. Przyznam się, że mam wrażenie, że dopiero teraz zaczęłam się uczyć. Pod okiem Marka Galińskiego uczę się codziennie bardzo dużo. Same treningi są inne i bardzo mi się podobają. Wiadomo, że wszyscy mają takie same podstawy: na początku buduje się wytrzymałość, potem się robi intensywniejszy trening interwałowy, natomiast metod treningów interwałowych jest nieskończona ilość, a co trener, to inna wizja. Najwięcej skorzystałam ze wskazówek dotyczących techniki. O szczegółach nie chcę mówić, bo to jest tajemnica trenerska.

Rozmawiał Artur Filipiuk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje