Reklama

Reklama

Lewandowski: Złoto zdobyte na kenijskiej miksturze

Marcin Lewandowski jako pierwszy polski lekkoatleta wyjechał pod koniec ubiegłego roku na zgrupowanie do Kenii. Tam poznał miejscowe obyczaje oraz tajemnicze mikstury, po czym w sobotę zdobył złoty medal 20. mistrzostw Europy w Barcelonie w biegu na 800 m.

Brązowy medal zdobył w tej konkurencji Adam Kszczot.

Jak pan ocenia swoją aktualną formę?

Marcin Lewandowski: Jest na pewno życiowa. Dlatego wierzyłem w zwycięstwo i byłem pewny siebie. Swoją siłę udowadniałem niejednokrotnie na mityngach, a tu w biegu eliminacyjnym i półfinałowym. Pokazywałem na co mnie stać, a w sobotę zrobiłem dokładnie to samo.

Jaką przyjął pan taktykę na finałowy bieg?

- Koncentrowałem się na tym, by trzymać się czołówki. Tempo było dość wolne, dlatego gdy pozostało 300 m do mety zacząłem "rozkręcać imprezę". Ważne było, żeby ustawić się po zewnętrznej stronie. Nie chciałem zostać zamknięty, wolałem minimalnie nadrabiać. Wiedziałem, że na ostatnim łuku będzie walka o wszystko. Ostateczne depnięcie było na 150 m do mety, a na ostatniej prostej postawiłem kropkę nad i. Udało się, a ja po raz kolejny udowodniłem, że umiem walczyć i za darmo skóry nie sprzedaję.

Reklama

Jak wyglądały przygotowania tuż przed biegiem?

- Wszystkie przygotowania wyglądają jak wyprawa na wojnę. Najpierw ze stadionu rozgrzewkowego idziemy 500 m tunelami na główną arenę imprezy. Każdy ma głowę w dole, nikt się nie odzywa, pełna koncentracja. Z Adamem czasami próbowaliśmy coś powiedzieć, żeby rozluźnić troszeczkę atmosferę, ale to była tak naprawdę tylko gra słów, by rywale wiedzieli, że jesteśmy pewni siebie.

Ale Kszczot też był pana rywalem w finale...

- Dlatego przed biegiem tylko rozmawialiśmy i nie ustalaliśmy wspólnej taktyki. Na pewno jest raźniej, gdy obok siebie ma się kolegę z reprezentacji. Piątkę zawsze sobie przybijemy, życzymy sobie powodzenia. Na szczęście udało się, że oboje znaleźliśmy się na podium.

Jak wyglądał pobyt w Kenii w ramach przygotowań do sezonu?

- Zaryzykowałem, ale opłaciło się. Cały świat jeździ teraz na zgrupowania sportowe do Kenii, czyli coś w tym musi być. Jeżeli najlepsi zawodnicy na świecie mieszkają właśnie w tym kraju, to znaczy, że coś tam jest i należy próbować trenować tak jak oni. Tylko dzięki temu można walczyć z nimi. Na pewno będę tam dalej wyjeżdżał. Nie są to jednak łatwe zgrupowania. Warunki atmosferyczne i mieszkalne są tam ciężkie. Nie ma tam praktycznie terenów płaskich, jest albo z górki, albo pod górkę. Za to dodatkowych ćwiczeń siłowych wtedy nie trzeba robić. Mięśnie są niedotlenione, przez ciągły pobyt na wysokości, pojawiają się też problemy z oddychaniem. Na dłużej niż trzy tygodnie się tam nie wybiorę. Jest bardzo trudno wytrzymać nawet taki okres. Mieszkałem wprawdzie u mistrza olimpijskiego z Pekinu Wilfreda Bungei, ale i tak luksusem był u niego prąd.

Ale chyba nie pił pan tam wody i nie jadł tego, co mieszkańcy?

- Wody z kranu nie można używać. Kupowaliśmy ją w sklepie, choć była bardzo droga. Bieżącej ciągle brakowało, nawet u Bungeia, myliśmy się w misce. Z jedzeniem starano się nam dogodzić. Często gotowano ryż, makaron i oczywiście tradycyjne kenijskie ugali, czyli mąkę kukurydzianą zmieszaną z wodą. Jest bardzo suche, a oni to jedzą nawet cztery raz dziennie. Stołowaliśmy się również w restauracjach. Tam też są problemy. Na posiłek czeka się nawet półtorej godziny, zanim rozpalą ognisko, przyrządzą kurczaka...

Rzadko słychać o pana kontuzjach czy chorobach...

- Tak, na razie, na szczęście, wszystko mnie omija. Nie narzekam na nic i nigdy nic poważnego się nie stało. Przed wylotem do Kenii obawiałem się chorób tropikalnych, żeby nie przyplątała się jakaś malaria, jak to przytrafiło się rekordziście świata Wilsonowi Kipketerowi. Szczepiłem się na co tylko trzeba było, a mimo wszystko gdzieś w głowie to zawsze siedzi. Nadal jak tylko usłyszę brzęczenie komara, nakładam od razu kaptur na głowę i szybko się psikam sprayem.

Czy brak kontuzji to skutek dobrego przygotowania fizycznego?

- Jestem jeszcze bardzo młodym zawodnikiem, nie mam zbyt dużego stażu treningowego, dlatego każdy kolejny rok jest dla mnie dużym krokiem w przód. Założenia treningowe zawsze były stopniowo układane, nie przeskakiwaliśmy niczego. Jeżeli chcemy budować pierwsze piętro w bloku, to najpierw musimy zadbać o fundamenty. Nie można zacząć od razu od drugiej kondygnacji. Niczego nie przeskoczyłem, spokojnie trenowałem i dochodziłem do kolejnych szczebli.

Kiedy pobije pan rekord Polski Pawła Czapiewskiego (1.43,22)?

- Nie wiem, jak długo się on utrzyma, ale na pewno stać mnie na taki wynik. Jesteśmy z Pawłem przyjaciółmi i nawet on przyznaje, że to tylko kwestia czasu. Zawsze mi powtarza, że jestem gościem, który taki wynik może osiągnąć. Ale żeby tak szybko pobiec, wszystko musi ułożyć się idealnie: samopoczucie, atmosfera na stadionie, pogoda. Mnóstwo czynników musi zagrać. Myślę, że rekord może paść nawet jeszcze w tym roku. Teraz mam już złoty medal mistrzostw Europy i nie mam nic do stracenia.

Ale właściwym celem są chyba igrzyska olimpijskie w Londynie?

- Tak, to jest impreza docelowa i dlatego już teraz zastanawiamy się z bratem (trener Marcina-PAP), czy przyszłego sezonu nie odpuścić, żeby lepiej przygotować się do igrzysk za dwa lata. Bierzemy pod uwagę nawet odejście od 800 m i przerzucenie się na 400 m, co pozwoliłoby mi popracować nad szybkością. Tak samo zrobił cztery lata temu w Goeteborgu mistrz olimpijski z Aten Jurij Borzakowski. Nie wystartował na swoim koronnym dystansie, a o połowę krótszym. Dopóki jestem młody trzeba wytrenować szybkość, bo wytrzymałość można zrobić zawsze.

Z Barcelony - Marta Pietrewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy