Reklama

Reklama

Lekarz przestraszył się, że jak dopuści do dalszej walki, to straci pracę

- Lekarz po każdej rundzie przychodził i patrząc na moją twarz mówił, że kończy walkę. Za każdym razem go prosiłem, żeby się wstrzymał. "To jest finał, tu chodzi o duże pieniądze" - mówię." Dobra, masz jeszcze dwie minuty" - odpowiadał. W końcu zniecierpliwiony stwierdził: "Kurczę, zwolnią mnie, jak będę dalej pozwalał na tę walkę!" Właśnie dlatego przyśpieszyłem pod koniec, kiedy kategorycznie stwierdził, że zgadza się już ostatni raz. Pomyślałem, że teraz odmienię losy walki albo szansa na zwycięstwo przepadnie. Nie udało się, ostatecznie przerwał pojedynek - żałuje Tomasz "Zadyma" Gromadzki.

Tomasz Gromadzki podczas Gromdy 6 walczył na gołe pięści z innym zwycięzcą jednego z poprzednich turniejów - Wasylem Hałaczem. Przegrał, ponieważ lekarz nie dopuścił go do dalszej walki. To był najdłuższy ze wszystkich stoczonych w tej formule pojedynków.

Paweł Czado: To miała być krwawa walka i taka rzeczywiście była.

Tomasz "Zadyma" Gromadzki: - No, była (uśmiech). W pewnym momencie, kiedy Wasyl mnie trafił, oko zalało mi się krwią i momentalnie straciłem pole widzenia. Na prawe oko przestałem widzieć i odtąd Wasyl trafiał mnie lewą ręką prawie za każdym razem. Kiedy byliśmy w półdystansie, to zadawał takie krótkie, młotkowe ciosy w to samo miejsce, żeby mnie podrażnić, żeby rozwalić łuk brwiowy do końca. Łatwo nie było: musiałem ciągle przecierać krew z oka ręką. Momentami nie widziałem kompletnie nic. Krew się więc lała, ale spokojną głowę zachowałem. Doskonale wiedziałem, co się dzieje i wiedziałem, co chcę zrobić.

No właśnie, pod koniec walki pojawił się moment, kiedy wydawało się, że zaczyna pan przejmować inicjatywę.

- Tak było! Przed walką mówiło się, że albo Wasyl Hałycz wygra przed czasem, albo Tomek Gromadzki rozciągnie walkę i wtedy zakończy ją po swojej myśli. Byłem dobrze przygotowany fizycznie: gotowy nawet na pół godziny walki. To był ten czas, kiedy Wasyl zaczął "siadać", a ja zacząłem umiejętnie go rozbijać. On już "nie podchodził nogami", a każdy widział, że tańczyłem na nóżkach, każdy widział, że moje nogi cały czas dobrze pracowały, byłem na siłach. W piątej rundzie zacząłem bić dużo ciosów prostych. W pewnym momencie wypadł mi ochraniacz i wtedy od razu ruszyłem do przodu się bić. Po to, żeby nikt nie pomyślał, że wyplułem, bo chcę odpocząć! Zamknąłem już Wasylowi oko i...

... i lekarz zakończył tę walkę.

- Wiedziałem, że to może tak się skończyć... Lekarz po każdej rundzie przychodził i patrząc na moją twarz mówił, że teraz to już kończy walkę Za każdym razem go prosiłem, żeby się wstrzymał. "To jest finał, tu chodzi o duże pieniądze" - mówiłem. "Dobra, masz jeszcze dwie minuty" - odpowiadał. Po chwili znów przychodził. Trener wtedy mu mówi: "Ale jemu zawsze tak pęka". Ja dodaję: "Poproszę jeszcze chwilę...". Przyszedł znowu, my znowu wymyśliliśmy jakąś historyjkę (śmiech). Jednak z jego punktu widzenia nie dało się tego przeciągać w nieskończoność. W końcu zniecierpliwiony stwierdził: "Kurczę, zwolnią mnie, jak będę dalej pozwalał na tę walkę". Wtedy czułem już, że ta walka może tak się skończyć. Właśnie dlatego przyśpieszyłem pod koniec, kiedy kategorycznie stwierdził, że zgadza się już ostatni raz. Pomyślałem, że teraz odmienię losy pojedynku albo szansa przepadnie. Nie udało się, ostatecznie przerwał tę walkę. Szkoda. 

Reklama

Jak pojedynek przebiegał z pańskiego punktu widzenia?

- Wykonywałem plan, jaki miałem wcześniej ustalony. Ponawiałem ataki, starałem się spychać Wasyla w pierwszych rundach jednak moje akcje... nie wchodziły. Zwyczajnie okazało się, że Wasyl nie pasował mi jako przeciwnik. Czasami tak się zdarza: na stu zawodników zdarzy się może jeden, który mógłby prezentować nawet słabszą klasę, ale jego kombinacja cech sprawia, że radzi sobie akurat z tym jednym rywalem. Na tę kombinację może składać się budowa ciała, technika, sposób prowadzenia walki... Wasyl to rzeczywiście bardzo dobry zawodnik, a moje ciosy mijały jego głowę. Przy zejściach albo po unikach zawsze były albo zbyt krótkie, albo moje pięści muskały go ledwie po barkach. Brakowało celności. Może dlatego, że starałem się bardzo nisko trzymać brodę. Jako że jestem niższy niż Wasyl, mój wzrok był poniżej jego głowy i w efekcie często biłem na pamięć. Robiłem tak po to, żeby nawet jeśli nie trafię - nie nadziać się na jego odpowiedź. On bił celnie, jego ciosy były bolesne. Zdarzało się, że momentami nawet - kiedy walczyliśmy w półdystansie - odbierały światełko. Na szczęście nie były to ciosy, które mogłyby sprawić, że upadłbym, byłem przymroczony na bardzo krótko.

Potwierdziło się, że Wasyl to dobry zawodnik.

- Tak, mogliśmy razem zrobić historyczną walkę. Może nawet roku w tej formule. Z dotychczasowych walk na pięści ta była najdłuższa i jedna z najbardziej krwawych. Nie widziałem jeszcze powtórki, wydaje mi się jednak, że poziom sportowy też był całkiem niezły, obaj jesteśmy bokserami. Uściskaliśmy się po walce, potem już się nie widzieliśmy, nie było czasu.

Dlaczego?

- Od razu pojechałem do szpitala. Cały oddział szpitala był postawiony na nogi, przyjęto mnie tam z... niechęcią. Było szycie twarzy. Ręka złamana z przemieszczeniem, do gipsu. Usłyszałem, że zrobiłem to sobie na własne życzenie. Czułem ból brzucha i kiedy poprosiłem o leki rozkurczowe to usłyszałem: "skoro zrobiłeś to sobie na własne życzenie to teraz cierp". Kiedy powiedziałem, że nie dostałem znieczulenia na drugą stronę usłyszałem: "takie ciosy przyjmujesz to tego nie wytrzymasz?". Potem jedna z pielęgniarek rzuciła do mnie: "co tak się zwijasz? Najpierw się bijesz, a teraz jęczysz". Zdenerwowałem się. Poczekałem aż da mi leki rozkurczowe i kroplówkę, którą przygotowywała przez 30 minut, chyba na złość. Potem powiedziałem: "Proszę pani, a gdybym podciął sobie żyły i by mnie tu przywieźli to pani by mnie nie ratowała, bo stwierdziła, że zrobiłem to sobie na własne życzenie? Muszę pani przypomnieć, że płacę składki zdrowotne. Pani jest po to, żeby udzielić mi pomocy, ja sobie nie życzę pani prywatnych opinii na mój temat, pani przekracza swoje kompetencje. Chcę od pani słyszeć jedynie informacje o stanie mojego zdrowia. Dziękuję".

Od tego czasu personel był już miły, jedna z pań była tak dobra, że wodę mi przynosiła. Zostałem do rana, bo lekarz musiał zrobić opis badań tomografem. Powiedzieli, że mogę wypisać się na własne życzenie, tylko żebym poczekał na opinię chirurga. Czekałem, przeciągało się, pytałem kilka razy. Miał być za chwilę, potem znowu za chwilę, nie przychodził i nie przychodził... Ileż można czekać. W końcu, mimo próśb żebym został - opuściłem szpital bez konsultacji z nim.

Co powiedziała żona, jak pana zobaczyła?

- Niewiele pamiętam, co działo się po wyjściu ze szpitala. Być może to ze zmęczenia.  

Ta walka wzbudziła emocje. Przegrał pan z powodu orzeczenia lekarza, nie przez nokaut. Będzie rewanż?

- Nie chcę niczego przesądzać. Wszystko jest do zrobienia. Ludzie pewnie chcieli, żebym walczył w tej formule, choć są też i tacy, którzy chcieliby, żebym wrócił do tradycyjnego boksu i już tak się nie uszkadzał... Przemyślę to. To także moja praca, trudno robić coś takiego jedynie dla przyjemności. 

W internecie pojawiła się zbiórka, którą uruchomili pańscy kibice i znajomi. Miał to być dowód uznania za to, co pokazał pan podczas walki.

- Tymczasem zrobiła się z tego niepotrzebna chryja, jest duży hejt. Niektórzy zawodnicy i trenerzy hejtowali, że ja o coś proszę fanów... Tymczasem ja o niczym nie miałem pojęcia! Nie organizowałem tego przedsięwzięcia, dostałem wynagrodzenie od federacji. Kibice sami spytali żonę, czy mogą taką inicjatywę podjąć. To miał być wyraz wdzięczności, ja wiele razy pomagałem różnym fundacjom, dawałem pieniądze, ale nie miałem potrzeby o tym mówić publicznie. Poczułem się doceniony, poprosiłem jednak organizatorów, żeby zamknęli zbiórkę. Ale oni nie chcieli, podkreślali, że to wyraz ich wdzięczności dla mnie i że z własnymi pieniędzmi mogą robić, co chcą. Jest mi miło, nie będę przejmował się czyjąś zawiścią. Dostaję dziesiątki wiadomości, sms-ów z podziękowaniami, wyrazami otuchy i sympatii. Wydaję mi się, że jestem też doceniany za to jakim jestem człowiekiem. Pomagam, nigdy się nie wywyższam, uważam, że nie mam żadnych ku temu powodów. 

W poniedziałek musiał pan pójść do pracy.

- Prowadzę zakład pogrzebowy. Sytuacja była o tyle niezręczna, że nie chciałem, by ktoś potrzebujący moich usług czuł się dyskomfortowo, widząc właściciela z twarzą w takim stanie. Pracownik akurat nie mógł przyjść. Zrobiłem więc sobie makijaż, ubrałem okulary przeciwsłoneczne. No i pojawia się dwóch mężczyzn Przy wejściu przez sekundę się zawahali, ale weszli. Okazało się się, że zmarła im ciotka. Chciałem rozwiać ich wątpliwości, przeprosiłem za wygląd. Zapewniłem ich, że nie muszą się martwić, że na pogrzebie będą panowie wyglądający normalnie. "Pewnie trenuje pan sztuki walki. Rozumiem i nie przeszkadza mi to. Renomę pan ma i wiem, że wszystko będzie, jak należy" - powiedział jeden z nich. Ucieszyłem się, słysząc te słowa. Załatwiłem wszystkie formalności, choć z ręką w gipsie szło trochę wolniej.  

Rozmawiał: Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje