Reklama

Reklama

Lekarz Elisabeth Revol: Polacy zasłużyli na medal za tę bohaterską akcję. Chapeau!

W rozmowie z eurosport.interia.pl dr Emmanuel Cauchy, który kuruje Elisabeth Revol opowiada o tym, czy można było uratować również Tomasza Mackiewicza. Polski himalaista - wyczerpany - został na Nanga Parbat. Dowiadujemy się też, jakie są szanse na to, aby Revol uniknęła amputacji odmrożonych palców u nogi i jak duże znaczenie miała współpraca z polskim lekarzem Robertem Szymczakiem.

Dr Emmanuel Cauchy, założyciel Instytutu Ifremmont z Chamonix, specjalizującego się w medycynie górskiej, jest od kilku dni jednym z głównych konsultantów stanu zdrowia Elisabeth Revol. Francuzka bardzo powoli dochodzi do zdrowia po tym, jak została uratowana przed polskich himalaistów, ale rokowania są ciągle niepewne

Remigiusz Półtorak, eurosport.interia.pl: Rozmawiał pan z Elisabeth Revol już po akcji ratowniczej i wie pan w jakim jest stanie. Ale też sam wielokrotnie uczestniczył pan w wyprawach wysokogórskich. Można było uratować Tomka Mackiewicza?

Reklama

Emmanuel Cauchy: - Myślę, że uratowanie jednej osoby - w okolicznościach, które były niezwykle trudne - świadczy już o bohaterstwie ekipy ratunkowej. Trzeba to wyraźnie podkreślić: ta akcja była heroiczna, a czterej himalaiści, którzy wyruszyli na pomoc, zasługują na medal. Chapeau!

Nie sądzę, żeby można było zrobić coś więcej. Dotarcie do Tomka oznaczałoby nie tylko przekroczenie niemożliwego, ale najprawdopodobniej również niemożność pomocy, ze względu na jego stan. Elisabeth twierdzi, że nie mogli zejść do namiotu, bo już praktycznie nic nie widział. Dlatego trudno mi sobie wyobrazić jeszcze jedną równie udaną i sprawną akcję w tak krótkim czasie.

Jak długo człowiek jest w stanie wytrzymać w takich warunkach?

- Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. To zależy od wielu czynników - jak dozował wysiłek, czy ma odpowiedni ekwipunek, czy znajduje się pod namiotem. Wtedy możemy mówić o kilku dniach. Ale trzeba pamiętać o rzeczy kluczowej - powyżej 6000 metrów bilans energetyczny człowieka jest zaburzony, niezależnie od tego co jemy i co pijemy. Brakuje tlenu. Mówiąc bardziej obrazowo, zachowujemy się i postrzegamy inaczej. Dlatego tym ważniejsza jest właściwa ocena sił, na co możemy sobie pozwolić.

Od przyjazdu Elisabeth, z Pakistanu do kliniki we Francji, minęło już kilka dni. Jak pan teraz ocenia jej stan zdrowia?

- Eli leży w szpitalu, jest pod bardzo dobrą opieką, ale proszę wierzyć, że w ostatnich dniach wiele przeszła, jest niewątpliwie zmęczona tym całym zamieszaniem, które wokół niej powstało i nie chciała, aby przekazywać na bieżąco informacje o jej stanie zdrowia. Muszę to uszanować. Tym bardziej, że byłem bardzo blisko niej i wiem, co to znaczy.

Wiadomo jednak, że teraz toczy się walka o to, aby nie była konieczna żadna amputacja - ani ręki, ani stopy, która jest w gorszym stanie. Na początku tego tygodnia powiedział pan, że "w środę zapadnie wyrok".

- Musimy jeszcze trochę poczekać. Na dzisiaj pewne jest jedynie to, że bardzo pomocna była współpraca z polskim doktorem Robertem Szymczakiem. Wspólnie podejmowaliśmy decyzje, aby ograniczyć straty, które mogłyby być już nieodwracalne. Jak się okazało, niezwykle ważne było zabranie do apteczki ekipy medycznej specjalnego środka, dzięki któremu można zmniejszyć skutki odmrożeń (chodzi o prostaglandynę, która pomaga przeciwdziałać zakrzepom w komórkach - red.). A te u Elisabeth były poważne, szczególnie u wszystkich palców lewej stopy. Jak tylko je zobaczyłem, nie wyglądało to najlepiej. Dlatego bardzo dobrze się stało, że ekipa miała ze sobą te ampułki w momencie, gdy Eli znalazła się w szpitalu w Islamabadzie.

Można było szybko zadziałać, jeszcze przed powrotem do Europy. O to chodzi?

- Tak, nie tylko w przypadku takich odmrożeń zasada jest prosta: im szybciej zostanie podany właściwy środek działający na odmrożenia, tym większe szanse, że jednak uda się uratować ręce i nogi. Powiedziałbym nawet, że rozpoczęcie leczenia jeszcze na miejscu może mieć w tym przypadku ogromne znaczenie, bo gdyby się tak nie stało, odpowiednie zastrzyki byłyby możliwe dopiero po kilku dniach. Po powrocie. Na pewno uniknęliśmy w ten sposób większych strat. Co do tego nie ma wątpliwości. Niewykluczone, że dzięki temu zachowanie rąk i nóg w pełnym stanie jest cały czas możliwe. Choć musimy uzbroić się w cierpliwość.

Pomogła też telemedycyna.

- Stworzyliśmy specjalną platformę SOS MAM, która działa od dwóch lat, 24 godziny na dobę, i pozwala udzielać pomocy medycznej dzięki telekonsultacjom tam, gdzie nie ma fachowej opieki na miejscu. W tym przypadku telemedycyna okazała się bardzo przydatna.

Jak w praktyce wygląda teraz kuracja Elisabeth Revol?

- Ja ją oczywiście śledzę, choć nie bezpośrednio. Teraz Elisabeth jest pod opieką innych lekarzy w szpitalu w Sallanches. Standardowe leczenie polega na jednej perfuzji dziennie, przez kilka dni. W zależności od efektów będzie wiadomo, co da się uratować.

Rozmawiał Remigiusz Półtorak


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje