Reklama

Reklama

Lakers pod ścianą, Bulls ponownie w grze

W NBA kolejna niespodzianka. Los Angeles Lakers rozpoczęli serię z Dallas Mavericks od dwóch porażek we własnej hali i widmo odpadnięcia z gry o mistrzostwo zaczyna im zaglądać do oczu. Na wschodzie Chicago Bulls zrewanżowali się Atlanta Hawks za porażkę w pierwszym spotkaniu i wyrównali stan serii na 1-1.

(1) Chicago Bulls - (5) Atlanta Hawks 86:73 (1-1)

Joakim Noah poprowadził Byki do wygranej 86:73 dzięki 19 punktom i 14 zbiórkom, a przede wszystkim dzięki niesamowitej energii, którą wprowadził do gry po obu stronach parkietu. Był najaktywniejszym zawodnikiem na boisku i zarażał tym swoich kolegów. Świeżo koronowany MVP sezonu Derrick Rose co prawda był najlepszym strzelcem meczu - 25 punktów i rozdał 10 asyst, ale znów grał na kiepskiej skuteczności z gry 10/27 i do tego miał aż 8 strat. Na szczęście dla niego Hawks nie podjęli dziś zbytnio rękawicy i przegrali dość łatwo to spotkanie. Kolejne dobre zawody rozegrał drugoroczniak Jeff Teague, który rzucił 21 punktów, grając w zastępstwie kontuzjowanego Kirka Hinricha.

Reklama

Początek meczu przypominał pierwsze spotkanie, Bulls nie trafili kilku rzutów, a Hawks przeciwnie. Tym razem jednak szybciej gospodarze się przebudzili i wyszli szybko na prowadzenie, którego nie oddali już do końca meczu. Prowadzenie wahało się od kilku do kilkunastu punktów. Chicago świetnie walczyli na tablicach, gdzie zdominowali rywali wygrywając zbiórki 58:39. Joe Johnson, który w pierwszym meczu był najlepszym graczem spotkania, tym razem rzucił tylko 16 punktów. Zawiódł także drugi strzelec drużyny Jamal Crawford, który po zdobyciu 22 punktów w grze otwierającej serię tym razem trafił zaledwie 2 z 10 rzutów i skończył spotkanie z 11 oczkami.

To właśnie skuteczność z gry była największą bolączką graczy Hawks. Podkreślił to na konferencji ich trener Larry Drew: "Sami byliśmy swoim największym przeciwnikiem dzisiaj. Gdy nasze rzuty nie wpadały do kosza, panikowaliśmy."

Bulls zapewnili sobie spokojną końcówkę po trójce Kyle'a Korvera niespełna 9 minut przed końcem meczu, po której prowadzili 70:60. Był to jego jedyny celny rzut z gry w tym meczu. Hawks zostali zatrzymani na zaledwie 34% skuteczności z gry i 23% za trzy. Gospodarze nie byli o wiele lepsi, odpowiednio 39% i 23%, ale na ich korzyść przemawiały zbiórki, po których niejednokrotnie ponawiali swoje ataki.

Kolejne spotkanie zostanie rozegrane w nocy z piątku na sobotę w Phillips Arena w Atlancie.

CHI: Derrick Rose - 25 (10 as), Joakim Noah - 19 (14 zb, 3 prz), Luol Deng - 14 (12 zb), Carlos Boozer - 8 (11 zb), Keith Bogans - 6, Kyle Korver - 5, C.J. Watson - 3, Ronnie Brewer - 2, Kurt Thomas - 2, Taj Gibson - 2, Omer Asik - 0

ATL: Jeff Teague - 21 (3 prz), Joe Johnson - 16 (5 prz), Josh Smith - 13 (4 blk), Jamal Crawford - 11, Al Horford - 6 (14 zb, 6 as), Marvin Williams - 4 (7 zb), Damien Wilkins - 2, Zaza Pachulia - 0, Jason Collins - 0, Josh Powell - 0, Hilton Armstrong - 0, Pape Sy - 0

Skrót meczu:

(1) Los Angeles Lakers - (3) Dallas Mavericks 81:93 (0-2)

Los Angeles Lakers zostali wybuczeni po meczu we własnej hali przez porażkę, jaką ponieśli w drugim starciu rywalizacji z Dallas Mavericks. Goście zagrali bardzo dobre, a przede wszystkim mądre spotkanie. Po raz kolejny fenomenalny był Dirk Nowitzki, który trafiał raz za razem, a już akcja w czwartej kwarcie, gdy trafił z odchylenia z faule Pau Gasola pokazała cały jego kunszt.

Nowitzki rzucił 24 punkty i był najskuteczniejszym graczem meczu. Bardzo dobre zawody zagrali też Shawn Marion - 14 punktów i J.J. Barea - 12. Portorykańczyk w ostatniej kwarcie był głównym winnym porażki Lakers, gdyż to on swoimi zagraniami raz za razem rozbijał ich defensywę. Dodatkowo po faulu na nim z boiska został wyrzucony Ron Artest za uderzenie przeciwnika w twarz i nie zdziwiłbym się, gdyby dostał karę opuszczenia kolejnego spotkania. W końcu liga nie za takie rzeczy wykluczała zawodników.

Kluczowa w meczu okazała się skuteczność rzutów za trzy. Lakers trafili w całym spotkaniu zaledwie 2 razy na 20 prób i obie te celne próby miały miejsce gdy wynik był już rozstrzygnięty. Gracze Dallas ugrali tyle ile mogli, wyjeżdżają z Kalifornii z pełną pulą i mają otwartą drogę do awansu do finału konferencji. W końcu najbliższe 2 mecze zagrają we własnej hali.

Lakers czeka bardzo trudna przeprawa. Ostatni raz 2 pierwsze mecze w serii play-off przegrali w finale 2008 z Boston Celtics, ale były to mecze wyjazdowe. U siebie ostatni raz byli w takiej sytuacji w latach 70., kiedy to zostali zmieceni 4-0 przez Portland Trail Blazers. Jest jednak ktoś, kto się podniósł już kiedyś z takiego stanu. To Phil Jackson i jego Chicago Bulls w 1993 roku zostali pokonani dwukrotnie przez New York Knicks na starcie rywalizacji, którą potem wygrali 4-2. Pytanie czy Lakers będą potrafili to powtórzyć? Mecz numer 3 już w piątkową noc.

LAL: Kobe Bryant - 23 (5 prz), Andrew Bynum - 18 (13 zb), Pau Gasol - 13 (10 zb), Ron Artest - 11 (3 blk), Lamar Odom - 6 (9 zb), Shannon Brown - 6, Derek Fisher - 4 (5 as), Steve Blake - 0, Matt Barnes - 0

DAL: Dirk Nowitzki - 24 (7 zb), Shawn Marion - 14 (9 zb), J.J. Barea - 12, Jason Kidd - 10 (6 as), DeShawn Stevenson - 9 (3x3), Jason Terry - 9 (5 as), Tyson Chandler - 6 (7 zb), Brendan Haywood - 5 (8 zb, 3 blk), Peja Stojakovic - 4

Skrót meczu:

W czwartek w NBA nie będzie żadnych spotkań, także jest szansa trochę odespać i przygotować się na dalszą rywalizację, która jest bardzo emocjonująca.

Więcej o NBA na http://zkrainynba.blog.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje