Kultura nie tylko fizyczna: Mariusz Czubaj i telefon od Tarantino

Jest pisarzem, profesorem antropologii, wielkim fanem sportu i zapalonym karateką. Wydawca jego ostatniej powieści bez cienia przesady przyznał, że powinien ją sfilmować Quentin Tarantino. W kolejnym odcinku cyklu "Kultura nie tylko fizyczna" rozmawiamy z autorem m.in. "Martwego popołudnia" Mariuszem Czubajem.

INTERIA.PL: Gdyby mógł pan zostać gwiazdą sportu, w jakiej dyscyplinie odnalazłby się najlepiej?

Reklama

Mariusz Czubaj: - Jesteśmy na ogół specjalistami w dość niszowych dyscyplinach: lataniu precyzyjnym, motorowodniactwie, żużlu, rzucie młotem, brydżu sportowym, więc gdzieś tam bym się widział.

Hobbystycznie uprawia pan jednak karate.

- Tak, trenuję karate tradycyjne, zdałem egzamin na czarny pas, z czego jestem dumny. Przez ostatni rok trenowałem po pięć-sześć razy w tygodniu po półtorej godziny. To w zasadzie taki półprofesjonalny trening. Proszę uwierzyć, że to niemało, zwłaszcza że dwudziestolatkiem nie jestem.

Do sportu podchodzi pan naukowo czy jest zagorzałym kibicem?

- Mam wręcz psychofanowski stosunek do sportu. Z wyjątkiem łyżwiarstwa figurowego i saneczkarstwa oglądam chyba wszelkie dyscypliny.

Przy okazji Euro 2012 prowadził pan badania z zakresu antropologii sportu. Jak te mistrzostwa odbiły się na naszej kulturze?

- Rzeczywiście, miałem przyjemność prowadzić ze znakomitym zespołem program badawczy "Stadion - Miasto - Kultura". Ocena musi być zróżnicowana: daleki jestem od zachwytów, ale też odległy od deprecjonowania mistrzostw. Z pewnością nie wykorzystaliśmy Euro jako trampoliny do pokazania naszych miast tak jak uczynił to Londyn podczas olimpiady, a trzeba powiedzieć, że Anglicy wykorzystali igrzyska perfekcyjnie.

Które z polskich miast-organizatorów turnieju może pan wyróżnić?

- Przypadek każdego z miast jest nieco inny, ale proszę popatrzeć na Warszawę: Stadion Narodowy radzi sobie, stał się ważnym architektonicznym i symbolicznym punktem odniesienia. Praska strona Wisły została dowartościowana, most Poniatowskiego stał się miejscem wędrówek turystycznych, plaża i okolice stadionu są oblegane. Ludzie wychodzą w przestrzeń publiczną, są w niej razem. Trudno tej społecznej roli nie docenić. Pytanie, czy uda się te doświadczenia wykorzystać. Blamaż z aplikowaniem o zimową olimpiadę w Krakowie pokazuje, że może być z tym różnie.

Jaki wpływ ma sport na kulturę?

- Przynajmniej od czasów Johnny’ego Weismullera, legendarnego pływaka i filmowego Tarzana, sportowcy byli niezaprzeczalnymi gwiazdami. Być może ostatnim w takim starym nieco stylu był Michael Jordan. W jego przypadku sport skrzyżował się nierozerwalnie z biznesem, ale nie brzmiał tym fałszywym tonem jak dziś.

To znaczy?

- Współcześnie na celebryckim panteonie konkurencja jest ogromna, pełno tam fryzjerów, stylistów, krawców i kucharzy, dla sportowców też miejsce się znajdzie. O  wiele bardziej przykre były dla mnie podczas ostatniego mundialu reklamy z Messim, idolem wielu dzieciaków, wcinającym chipsy niż gastronomiczne popisy Luisa Suareza, który ugryzł Włocha w ramię. Wierzę, że sport wciąż może uczyć wytyczania celów i kształtować charakter. Nie przypadkiem tradycyjne sztuki walki są w Japonii elementem programu pedagogicznego i są obecne od szkoły podstawowej po studia. Wiem, brzmi to oldskulowo, ale naprawdę wierzę w rolę sportu i, by tak rzec, syntezę ciała i ducha.

Jest pan profesorem antropologii. Wiedza i doświadczenia naukowe pomagają w literaturze?

- Jako antropolog zajmujący się współczesnością, staram się być tam, gdzie muszę. Zatem przed meczem z Rosją byłem na moście Poniatowskiego. Jako pisarz tworzący współczesne kryminały postępuję podobnie: tu coś podsłucham, tam podejrzę, bo życie pisze najlepsze opowieści, a i dostarcza pierwszorzędnego paliwa dla fikcji literackiej. Często jak się nie usłyszy, to nie wymyśli.

W swojej ostatniej powieści "Martwe popołudnie" przenikliwie opisał pan środowisko hipsterów. Zastanawiam się, czy na potrzeby książki został pan jednym z nich na jakiś czas?

Przeczytaj recenzję najnowszej powieści Mariusza Czubaja

- Wie pan, nigdy nie byłem przesadnie wyczulony na punkcie mojego wyglądu i ubioru, jeżdżę niemal dwudziestoletnim samochodem, nie mam najnowszego laptopa, słowem bliżej mi do hipisowskiej abnegacji Big Lebowskiego niż do hipsterów. Ale swoje przeszedłem, obszedłem, notatki poczyniłem, radziłem się świetnych informatorów. A wszystko dlatego, że kryminał musi mieć realistyczną ramę i nie pisze się go z czapy.

Co było dla pana najtrudniejsze w pracy nad tą książką?

- Chyba to, by nadać powieści moją własną sygnaturę, o co w przypadku kryminału, gdzie ciągle jest się "polskim Chandlerem" albo "polską Camillą Läckberg" nie jest tak łatwo. Chciałem także stworzyć pewien typ narracji, trochę kapryśnej, o zmiennych rytmach, aby poprzez nią pokazać mojego bohatera - eksperta do spraw bezpieczeństwa i specjalistę od poszukiwania zaginionych, ale zarazem faceta z problemami. Cieszę się, że krytycy, z których zdaniem się liczę, ten wymiar książki dostrzegli.

W modzie są kryminały szwedzkie, amerykańskie. Czytam polskie i mam wrażenie, że w niczym im nie ustępują. Czego brakuje naszym autorom, żeby iść w jednym szeregu z popularnymi na całym świecie autorami bestsellerów?

- Uprawiamy niszowe sporty i podobnie, w perspektywie globalnego rynku literackiego, piszemy w niszowym języku. Gdybyśmy pisali po angielsku, bylibyśmy już w czołówce, bowiem, nie mam wątpliwości, nie piszemy gorszych książek od Amerykanów czy Anglików. Ponieważ wciąż odczuwamy kompleks reszty świata, piszemy w wielu przypadkach staranniej od nich.

Język szwedzki też jest niszowy...

- To prawda, ale Szwedzi mieli złoty strzał w postaci Henninga Mankella, a następnie Stiega Larssona. Szwedzki kryminał stał się dzięki nim marką narodową tak jak Ikea. W naszym przypadku wystarczy jeden spektakularny sukces i on pociągnie lawinę. Życzę takiego strzału każdemu z polskich pisarzy.

"Martwe popołudnie" - poleca wydawca - powinno zostać sfilmowane przez Quentina Tarantino. Słynny reżyser już dzwonił?

- Zgubił numer. Ale czekam na ten telefon, który zadzwoni o szóstej rano. Wprawdzie wiadomo, czyją matką jest nadzieja, ale też ona umiera ostatnia.

A tak poważnie, jak wyglądają relacje polskich pisarzy z rodzimym przemysłem filmowym? Jest zainteresowanie waszą twórczością?

- Coś się zaczyna dziać po latach zastoju, a Zygmunt Miłoszowski przetarł szlaki. Wciąż jednak kino gatunkowe znajduje się w odwrocie, bo polski filmowiec woli zrobić coś o złomiarzu, a najlepiej, gdyby ten złomiarz jeździł jeszcze na wózku. Do tego długie ujęcia, bo w nich kryje się intelektualna głębia. Zresztą nie będę się już wyżywał, bo ani Tarantino o szóstej nie zadzwoni, ani ci nasi po południu, bo oni śpią dłużej.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

***

Mariusz Czubaj jest profesorem antropologii kultury, autorem powieści kryminalnych "21:37", "Kołysanka dla mordercy", "Zanim znowu zabije" i "Martwe popołudnie". Ponadto wraz z Markiem Krajewskim wydał "Aleję samobójców" i "Róże cmentarne". W 2009 roku otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru za najlepszą polską powieść kryminalną i sensacyjną. Jego książki zostały przetłumaczone na angielski, niemiecki, ukraiński i turecki. 

"Kultura nie tylko fizyczna" to nowy cykl tekstów Darka Jaronia. Dziennikarz INTERIA.PL rozmawia z osobami z szeroko pojętego świata kultury o sporcie, o ich działalności artystycznej, o życiu i jego meandrach.

Dowiedz się więcej na temat: Mariusz Czubaj | Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje