Reklama

Reklama

Kraj nieustającej wojny futbolowej

Janusz Palikot namawia Sejm do kolejnej wojny futbolowej. Wszystkie wcześniejsze PZPN wygrał. Wszyscy kuratorzy wprowadzani do Związku przez ministrów uciekali z nich z podkulonym ogonem, gdy tylko Sepp Blatter tupnął nogą.

Problem upadku polskiej piłki już dawno stał się dla nas symboliczny. Bo jak to możliwe, żeby w wolnym kraju, gdzie wszystko jest lepsze, futbol był akurat gorszy niż w PRL-u? Człowiek, który rozwiąże ten paradoksalny węzeł, zajmie kiedyś miejsce w galerii chwały tuż za Janem Pawłem II i Lechem Wałęsą.

Patrząc na polskie media, można dojść do wniosku, że niewiele jest dziedzin tak drogich rodakom jak piłka nożna. Bez sukcesów na zielonym boisku przeciętny Polak nigdy nie uwierzy, że odzyskał swoje miejsce w Europie.

Już wiele lat temu kibic doszedł do słusznego wniosku, że grabarzami polskiej piłki są działacze PZPN. Kwestią czasu było, kiedy z woli ludu, do wojny ze Związkiem ruszą politycy. Pezetpeenowska ośmiornica okazała się jednak tylko częścią większej, międzynarodowej całości skupionej pod szyldem FIFA i UEFA. Gdyby zliczyć wszystkie skandale korupcyjne w światowej federacji piłkarskiej, Grzegorz Lato, a nawet Zdzisław Kręcina okazaliby się niemal ludźmi bez skazy.

Reklama

Nie mam najmniejszego zamiaru stawać w obronie szefów PZPN. Jeśli idzie o uczciwość, polska rodzina futbolowa powiela jednak tylko patologie podpatrzone w wielkim świecie. Problem nie polega więc na rzetelności ludzi żyjących z piłki, albo ich czystych rękach, ale skuteczności systemów. Na świecie potrafią szkolić piłkarzy, w Polsce nie - dlatego uważam, że największymi szkodnikami naszej piłki są ci, którzy odpowiadają za marnowanie młodych talentów. Dziś pochowali się oni za plecy Laty i Kręciny, ale dopóki nie znikną z PZPN, dopóty nawet najuczciwszy człowiek na stanowisku prezesa, nie ruszy spraw z miejsca. To nie tylko Lato jest zły, ta cała struktura jest do niczego. Czy na czele Związku stał Marian Dziurowicz, czy Michał Listkiewicz, PZPN zawsze robił to samo.

Ci, których zadowoli dymisja Kręciny, albo Laty niech porzucą płonne nadzieje. Na czele PZPN stanie nowy prezes, który będzie działał tak, jak jego poprzednicy. To oczywiście nie znaczy, że obecne władze nie nadają się do wymiany. Jak najbardziej, byle nie skończyło się na zmianie szyldu i powrocie do gry w to, co zwykle.

Polska miała jednak nie tylko pecha do prezesów PZPN, ale także polityków, którzy szli na kolejne wojny futbolowe. Trzej ministrowie sportu: Jacek Dębski, Tomasz Lipiec i Mirosław Drzewiecki reprezentowali różne opcje polityczne, łączyło ich jednak wspólne pragnienie, by przejść do historii jako pogromcy piłkarskiej hydry. Nie spotkał ich jednak los ani trochę lepszy niż zwalczanych prezesów, a nawet o czystych rękach i intencjach mówić trudno.

Wojna futbolowa to więc sprawa bardziej skomplikowana niż wydaje się na pierwszy rzut oka, wykraczająca swoim zasięgiem daleko ponad pozbycie się Laty z Kręciną. A nawet to nie będzie łatwe. Wszyscy kuratorzy wprowadzani do Związku przez ministrów uciekali z nich z podkulonym ogonem, gdy tylko Sepp Blatter tupnął nogą. Dziś sytuacja nie jest inna, czy Polskę stać na ryzykowanie gigantycznymi wydatkami poczynionymi z okazji Euro 2012? Gdyby rząd znowu zawiesił władze Związku, UEFA i FIFA znalazłaby się w sytuacji bez wyjścia. Skutków tego nie można sobie nawet wyobrazić.

Dlatego, gdy słyszę nawoływania polityków do wszczęcia kolejnej wojny futbolowej, odczytuję w nich wyłącznie chęć zbicia kapitału na naiwności ludzkiej. Przeżyłem już trzy takie ataki i jestem pewien, że prawdopodobieństwo, iż polski futbol zbawią politycy, jest tak samo duże, jak to, że zrobią to Lato z Kręciną.

Dyskutuj z Darkiem Wołowskim na jego blogu

Dowiedz się więcej na temat: Grzegorz Lato | Zdzisław Kręcina | PZPN

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje