Reklama

Reklama

"Kolarze ulegli psychozie"

Czesław Lang nie ma chwili wytchnienia. Na kilka dni po zakończeniu 65. Tour de Pologne on myśli już o przyszłorocznej edycji wyścigu. Znalazł jednak chwilę na rozmowę z Interia.pl. Zdradza w niej, gdzie za rok zawitać może Tour, ze szczegółami opowiada również o słynnym już proteście kolarzy ujawniając nieznane dotąd kulisy tego wydarzenia.

Interia.pl: Czy emocje po sobotnim zakończeniu wyścigu już opadły?

Reklama

Czesław Lang: Emocje są cały czas. Teraz jest wciąż masa rzeczy do zrobienia. Trzeba podsumować wyścig, porozliczać różne sprawy organizacyjne, wysłać pisma z podziękowaniami. Poza tym ruszyła już cała machina przygotowań do przyszłorocznego Tour de Pologne. Chcemy utrzymać w 90 procentach tegoroczną trasę i przesunąć termin na sierpień.

Weź udział w konkursie TdP!

Wybiera się pan może na wakacje?

- Na wakacje nie jadę, wylatuję w piątek za to do Varese na mistrzostwa świata. Trzeba tam być, aby trzymać rękę na pulsie i bronić swojego projektu. Mam różne spotkania i będziemy tam rozmawiać. To jest walka, bo jest wielu organizatorów i każdy chciałby mieć najlepszy termin.

Czy wybaczył już pan kolarzom zachowanie jakiego dopuścili się w Lublinie?

- Po rozmowach z nimi zrozumiałem co się stało. Oni ulegli psychozie, bo na trasie po prawej stronie jezdni był rozlany olej. Wylał się z jakiegoś samochodu, który jechał długo przed wyścigiem. My podaliśmy przez radio wyścigu, że na trasie jest ten olej. Jak kolarze trzymali się lewej strony, było OK. Jeśli zaś peleton się "bujnął" w prawą stronę to od razu się przewracał. Co chwila się słyszało przez radio wyścigu, że ten się przewrócił, tamten się przewrócił. Nie chcę liczyć ilu ich było. Zawodnicy poczuli, że ich opony zakleiły się tą ropą i się przestraszyli.

I to rozlany olej, a nie zimno, deszcz czy zbyt długa trasa była powodem strajku?

- Nie nazywajmy tego strajkiem, bo tak by było, gdyby kolarze wsiedli w autobusy i pojechali do domu. To jest jakaś forma protestu, zwrócenia uwagi. Zawodnicy chcieli zwrócić uwagę, że jest niebezpiecznie, że jest dla nich niebezpiecznie. Oni przejechali trasę po tym oleju, poprzewracało się trochę zawodników. No i nastała ogólna panika. Przecież rower wyścigowy jedzie na oponkach ważących 180 gram, do których pompuje się 10 atmosfer, podczas gdy do auta pompuje się 2. Ogumienie jest wąziutkie jak palec, a przyczepność takiej opony to jest dwa centymetry w przednim kole i dwa w tylnym. Jak jest śliska nawierzchnia to się wszystko czuje i zawodnicy czuli, że rowery im chodzą na wszystkie strony.

Tuż po zakończeniu etapu w Lublinie mało osób chciało jednak usprawiedliwiać kolarzy.

- To prawda. Ja również uległem i pomyślałem, że zlekceważyli publiczność, ale teraz sądzę, że zachowali się profesjonalnie. Dla tej publiczności, która na nich czekała przejechali dwie rundy, co prawda spokojnie, nie ścigając się, ale pokazali się. Tylko nie rozegrali finiszu. Nie można nazwać tego lekceważeniem kibiców, tylko dbaniem o to, żeby się nie porozbijać.

Jak ta sytuacja wpłynęła na dalszy przebieg wyścigu?

- To co się stało spowodowało, że kolarze poczuli się współorganizatorami wyścigu. Siadaliśmy i omawialiśmy co możemy poprawić, co zmienić. Wybieraliśmy optymalne warianty. I trzy ostatnie etapy to były przepiękne etapy, pełne dynamiki, pełne walki. Sam fakt, że w takiej pogodzie ukończyło wyścig aż 95 kolarzy dobrze o nich świadczy. Bo chcieli budować widowisko, chcieli pokazać, że pomimo złej pogody potrafią jeździć i potrafią się ścigać. To było z korzyścią dla Touru. Poza tym zawodnicy z Polski wywieźli przeświadczenie, że my nie jesteśmy bezduszni, tylko jak coś się dzieje potrafimy zareagować. Wybrać taki wariant, żeby nie straciło widowisko, widz i sami kolarze mogli w miarę bezpiecznie wykonać swoją pracę.

Ostatnio słychać było plotki o tym, że Lublin domagać się będzie odszkodowania za brak obiecanego finiszu kolarzy w centrum miasta. Czy dotarły one również do pana?

- Też do mnie coś dochodziło, ale niech pan powie: za co? Myśmy jako organizator wypełnili wszystko, co było w kontrakcie. Była cała oprawa, scenografia, trybuny, telewizja. Kolarze nie ominęli miasta, ale przyjechali do Lublina. Przejechali dwie pełne rundy w Lublinie. Nie finiszowali, ale tego tak na dobrą sprawę tego nie mamy w kontrakcie. Wyścig przyjechał, był, pokazał się i myśmy zrobili wszystko jako organizator. Są jednak rzeczy, które są nieprzewidywalne. Gdyby ci kolarze wsiedli do autobusów i nie przyjechali do Lublina i widzowie nie mogli ich zobaczyć to zgoda. Ale ja nie uważam, żebyśmy w czymś zawinili.

Czy za rok Tour de Pologne znów zawita do Lublina?

- Z wielką przyjemnością

Co zmieni się w wyścigu za rok? Czy trasa nadal liczyć będzie 7 etapów? A może Tour przekroczy granice Polski?

- Projekt jest dopiero przygotowywany, więcej będę wiedział w poniedziałek. Co do przekroczenia granic kraju mamy też taki pomysł. Nie wiem czy to będzie Litwa i Wilno, czy Ukraina i Lwów, a może Słowacja. Będziemy chcieli rozszerzać nasz wyścig. Strony są zainteresowane. Ukraińcy byli już nawet w Lublinie, gościli u nas przedstawiciele federacji kolarskiej. Przyjechali zobaczyć jak to wygląda, jak to jest u nas.

Czy Tour de Pologne 2009, nie licząc pogody będzie lepszy niż tegoroczny?

- Być może zrobimy jakieś modyfikacje odnośnie długości etapów. Poza tym my naprawdę nie mamy się czego wstydzić. My dostaliśmy od sędziów ocenę bliską 100 punktów na 100 możliwych.

A co z krytykowanymi przez fachowców i niektórych kolarzy rundami w centrach miast? Kolarze nadal robić będą "kółeczka" przed metą?

- Każdy mądry kolarz i każdy mistrz nie będzie marudził, dlatego, że nie przyjeżdża na wyścig dla siebie, tylko dla swojego sponsora, którego nazwę wiezie na koszulce, to jest jego praca. Jak mamy rundę, to mamy tysiące ludzi, którzy oglądają tych kolarzy. Co to byłby za wyścig, gdybyśmy startowali w lesie, a kończyli gdzieś na rogatkach miasta? Ani zawodnicy by się nie czuli dowartościowani, ani kibice na trasie. Na pewno rund będziemy się trzymali. Może będą dwie, może będziemy dbali o większe bezpieczeństwo na trasie. Choć uważam, że te rundy, które były teraz były zgodne z przepisami unii kolarskiej.

Na koniec pytanie o stan polskich dróg. Jeszcze przed wyścigiem szef ekipy Liquigasu Gaspol przekonywał, że ma silną ekipę na nasze drogi. Czy rzeczywiście na Tour de Pologne trzeba przygotowywać specjalną kadrę do jazdy na "bezdrożach"?

- Drogi w Polsce są przede wszystkim strasznie brudne. Już nie mówiąc o dziurach, trzeba zwrócić uwagę na zawodników jadących w białych koszulkach, których po wyścigu nie da się już uprać. Koszulka wygląda jak umaczana w jakiejś oliwie pomieszanej z ropą i smołą. To wszystko powoduje, że gdy pada deszcz trasa jest bardziej śliska niż gdzie indziej i to jest dodatkowe utrudnienie. Jednak stan dróg poprawia się z roku na rok. Dla nas, dla wyścigu jest to z dużą korzyścią. Przybywa dróg, Tour de Pologne rozwija się razem z infrastrukturą, bazą hotelową i razem z całą Polską.

rozmawiał Rafał Walerowski

Weź udział w konkursie TdP!

Dowiedz się więcej na temat: trasa | olej | emocje | lang | czesław lang | Lublin | zawodnicy | wyścig | Tour de Pologne | de Pologne | pologne | tour | kolarze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje