Reklama

Reklama

Kolarska grupa zawodowa od "kuchni"

63. Tour de Pologne jest najlepiej obsadzony w historii.

- Łatwiej wymienić nazwiska tych, którzy nie przyjechali, niż tych, którzy z nami są - powiedział przed startem imprezy jej dyrektor generalny Czesław Lang.

Reklama

Z grupą jednej z gwiazd tegorocznego Tour de Pologne spędziliśmy cały dzień.

Stefano Garzelli jest liderem ekipy Liquigas Gaspol. 33-letni kolarz, który w 2000 roku wygrał Giro d'Italia, do Polski przyjechał pierwszy raz. Ponieważ jednak nie zamierza na razie kończyć kariery, to być może zobaczymy go w naszym kraju ponownie.

W środę odbywał się najdłuższy etap tegorocznego Tour de Pologne (225,5 kilometra z Gdańska do Torunia). Ekipa Liquigas Gaspol noc poprzedzającą go spędziła w Malborku. Ja zameldowałem się w ich hotelu o 7.00. Garzelli był już na nogach i wraz z resztą drużyny jadł śniadanie, typowe dla zawodowego kolarza. - Przede wszystkim węglowodany - makarony, musli - tłumaczył mi Robert Grabowski, Polak, który jest masażystą w tej grupie.

Gdy mistrz skończył jeść, zgodził się udzielić nam ekskluzywnego wywiadu. Po 10 minutach rozmowy swojego lidera pospieszał już Stefano Zanatta, dyrektor sportowy grupy. - Mamy mało czasu, musimy jechać na start - przekonywał. Zanim jednak ekipa wyruszyła, Zanatta opowiedział nam o zawodowej grupie kolarskiej. - To taka fabryka. W ekipie jest siedemnastu ludzi: ośmiu kolarzy, trzech masażystów, trzech mechaników, dwóch lekarzy i dyrektor sportowy - powiedział. - W sumie w całym Liquigasie pracuje nas o wiele więcej - dodał. Nie należy przecież zapominać, że równocześnie z Tour de Pologne odbywa się Vuelta a Espana, gdzie grupa ta także jedzie.

Kolarstwo to bardzo drogi sport, dlatego też nie mógłby istnieć bez sponsorów, których loga mienią się na koszulkach zawodników. Kibiców kolarstwa powinno cieszyć, że również polskie firmy, jak np. Gaspol, dokładają cegiełkę do wspaniałych szosowych zmagań.

- Garzelli będzie się chciał pokazać w Karpaczu, a jeśli się uda, to wygrać cały wyścig. To ma być forma przetarcia przed mistrzostwami świata w Salzburgu (19-24 września - przyp. red.) - stwierdził Zanatta.

W końcu ruszamy na start. Kolarze w swoim samochodzie, ja jadę w wozie technicznym z dyrektorem sportowym i jednym z mechaników. W czasie drogi z Malborka do Gdańska pytam Zanattę o polskie drogi. - Główne we Włoszech na pewno są lepsze, ale wyścigi nie są tylko przeprowadzane po nich. W Belgii czy Francji (podaje przykład Paryż-Roubaix, słynne "kocie łby" - przyp. red.) też są trudne odcinki - tłumaczy.

Do Gdańska docieramy na około pół godziny przed startem. Zostało więc niewiele czasu. Zanatta i kolarze zamykają się w jedynym z wozów. Zebranie nie trwa długo. - Przekazałem zawodnikom, co mają robić podczas tego etapu. Oprócz Garzellego to w większości młodzi zawodnicy - powiedział Zanatta. - Co do przebiegu etapu, to jeśli będzie finisz z peletonu, to nie wróżę swojej drużynie sukcesu, gdyż nie mamy supersprintera - dodał.

Wreszcie następuje start honorowy. Kolarze opuszczają Długi Targ, a my za nimi ruszyliśmy w drogę. - To będzie długi dzień - stwierdził Zanatta.

Zanim jeszcze wyjechaliśmy z Gdańska, do wozu technicznego podjechał Garzelli. Okazało się, że ma problemy z radiem, jednak po chwili wszystko było w porządku. Kilkanaście minut później w Pruszczu Gdańskim nastąpił start ostry.

Od początku środowego etapu zaczęły się ataki. Pierwszy zrobił Maksym Rudenko, Ukrainiec z grupy Ceramica Flaminia. Potem dołączył do niego Marcin Osiński z Intel Action (zbierał punkty na lotnych premiach zwiększając swoją przewagę w klasyfikacji najaktywniejszych), a za nimi przez długi czas jechał Leonardo Caneschi z Miche. Ponieważ kolarze Liquigasu Gaspolu nie zabrali się do ucieczek, w naszym samochodzie było spokojnie. Tylko co jakiś czas podjeżdżał zawodnik, który odbierał porcję jedzenia albo coś do picia.

- Kolarze dostają mały chleb z marmoladą, konfiturami, serem, szynką, energetyczny baton i napój, a także wodę, sole mineralne, małą colę i fantę. Ponieważ w środę nie było upalnie, zawodnicy wypili tylko kilka litrów wody, ale gdy jest naprawdę gorąco, to piją nawet 10 litrów - tłumaczy Zanatta. - Przygotowanie posiłków to jedno z zadań masażysty. Muszą one być bardzo energetyczne z zawartością glukozy, aby szybko wchłaniały się do krwi, bo podczas etapu nie ma przecież czasu na trawienie - dodał Robert Grabowski.

12-->Parokrotnie przeżyliśmy jednak chwilę nerwów. Podczas środowego etapu doszło bowiem do kilku kraks (w jednej z nich poważnie ucierpiał Arkadiusz Wojtas z Miche, który trafił do szpitala). W takich momentach z naszego samochodu wyskakiwał mechanik, biegł do przodu z zapasowymi kołami, by po chwili wrócić z wiadomością, że żadnemu kolarzowi Liquigasu nic się nie stało.

Zanatta co jakiś czas kontaktował się ze swoimi kolarzami przez radio, ale nie nakazywał im wcale pogoni za uciekinierami. Stoickim głosem informował ich tylko o stracie, jaką peleton miał do prowadzących kolarzy. Ożywił się dopiero pod koniec etapu, gdy przewaga uciekinierów zaczęła maleć, po ich dogonieniu peleton podzielił się na dwie grupy. - Na szczęście w pierwszej jest siedmiu moich zawodników - cieszył się Zanatta. - Rozmawiałem z Vincenzem Nibalim i Manuelem Quinziato, żeby któryś z nich spróbował "odskoczyć" od tej pierwszej grupy, ale nie wcześniej niż dwa kilometry przed metą - dodał. Plan się jednak nie powiódł, a na mecie w Toruniu finiszował cały peleton, a najszybszym był Fabrizio Guidi z Phonaku, który został nowym liderem. - Nie jestem do końca zadowolony. Co prawda siedmiu moich zawodników było w pierwszej grupie, ale przecież liczą się zwycięzcy - podsumował środowe dokonania kolarzy Liquigasu Gaspolu Zanatta (Enrico Gasparotto był piąty).

Po zakończeniu etapu cała ekipa natychmiast udała się do hotelu. Kolarze w tym momencie zakończyli już swoją pracę, teraz do roboty zabierają się mechanicy i masażyści. - Jeden z nas przyjeżdża dużo wcześniej do hotelu, żeby przygotować wszystko na pojawienie się zawodników. Muszą przecież mieć coś do zjedzenia - najlepiej, żeby było to coś ciepłego - i picia. Przecież zanim zejdą na kolacje czeka ich masaż, a to trwa w zależności od stanu kolarza od 40 minut do godziny - tłumaczy Grabowski.

W tym samym czasie nie próżnują także mechanicy. - Myją i czyszczą rowery. Sprawdzają, czy wszystko jest w porządku, głównie z kołami i przerzutkami - powiedział Zanatta.

Nie chcąc dłużej przeszkadzać, ekipę Liquigasu Gaspolu, pożegnaliśmy w najgorętszym momencie dnia. Na Garzellego czekał właśnie masaż, a potem kolacja. - Pasta, ryż, mięso czerwone albo białe - to jemy na kolację - powiedział Zannata. - Potem jeszcze chwila relaksu i kładziemy się spać - dodał, żegnając się ze mną.

Paweł Pieprzyca

Blog Czesława Langa tylko w INTERIA.PL

Dowiedz się więcej na temat: Entourage | start | zawodowa | tour | pologne | Tour de Pologne | de Pologne | kolarze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje