Reklama

Reklama

Kobieta na rowerze dookoła świata. Po drodze nauka kitesurfingu i muay thai

Wyjechała z Mikołowa na rowerze 1 lipca zeszłego roku. Na początku jechali w kilkoro, po drodze koledzy się jednak wykruszyli. Kinga Klimek wytrwale kontynuuje samotną już wyprawę na rowerze dookoła świata. Właśnie minęła granicę ekwadorsko-peruwiańską

28-letnia mikołowianka już w liceum marzyła o podróżach. Wreszcie uznała, że spróbuje. Wprowadziła w życie jednak tak ambitny plan, że mało kto na niego by się zdecydował. Postanowiła objechać na rowerze świat. To nie był jednak impuls, lecz przemyślana decyzja.

CZYTAJ TAKŻE: Niezwykła mistrzyni świata z Górnego Śląska. Co za siła!

Zawsze była otwarta na świat. Na uniwersytecie w Southampton skończyła dwa kierunki: hiszpański z niemieckim oraz prawa człowieka. Zaczęła pracować w ambasadzie w Londynie. Była zadowolona, czuła, że robi coś pożytecznego, czegoś jednak jej brakowało. Pewnego dnia pomyślała: "Co ja tu właściwie robię? Życie mi przecież ucieka".

Reklama

Z Mikołowa w świat

Wymyśliła projekt niezwykłej rowerowej wyprawy. Dokładnie zaplanowała trasę. Zaczęła przez Internet szukać chętnych współtowarzyszy podróży. To nie było łatwe, rozmach tej eskapady mógł przerażać. Niektórzy niby chcieli, potem okazywało się, że jednak nie do końca. Wreszcie 1 lipca 2021 roku wyjechała na rowerze z rodzinnego Mikołowa. Towarzyszyło jej trzech kolegów. Wszyscy wykruszyli się po drodze. Z ostatnim towarzyszem dojechała do granic Hiszpanii. 

Europa była testem. - Czy dam radę? - zastanawiała się. Trasa wyglądała tak: Mikołów - Brno - Wiedeń - Vaduz - Bellinzona - Mediolan - Monaco - Perpignan - Andora - Valencia - Lizbona i... Sevilla. Tam przystanek na trzy miesiące i praktyki w Erasmusie.

Dziennie przejeżdża około stu kilometrów. Wieczorem rozbija namiot, rano pakuje się i jedzie dalej. Trzeba być przygotowanym na to, że nie zawsze będzie wspaniale, lekko, łatwo i przyjemnie. Kiedy jedzie się dzień, dwa lub trzy - człowieka wypełnia euforia i na wszystko patrzy się przez różowe okulary. Na szczęście Kinga nie popada w znużenie, bo świat ją interesuje i niezmiennie zachwyca. Potrafi cieszyć się z drobnych rzeczy, chłonąć piękne widoki, cieszyć z rozmów z napotkanymi ludźmi. Warto planować dzień pamiętając o dużym marginesie na spontaniczność. Jej siłą jest kontaktowość. Jest pewna siebie, zna języki i chce uczyć się kolejnych. 

W Andach trzeba rower pchać

Drugi etap podróży jest już trudniejszy. Znacznie trudniejszy... Kinga 29 grudnia wylatuje do Los Angeles. Na początku stycznia znowu wsiada na rower. Chce dojechać aż do Ziemi Ognistej, na południowym czubku Ameryki Południowej. Dalej już tylko Antarktyda.

Los Angeles i kurs na południe: San Diego - Gualadajara - Ciudad de Mexico. Potem przejazd na rowerze przez wszystkie, z wyjątkiem Belize, państwa Ameryki Środkowej: Gwatemalę - Salwador - Honduras - Nikaraguę - Kostarykę - Panamę. Wreszcie wjazd do Ameryki Południowej. Kinga Zdążyła przejechać już przez Kolumbię, przejechała przez Medellin. Minęła Quito, stolicę Ekwadoru. Rozmawiamy po tym, jak kilka dni wcześniej przekroczyła granicę ekwadorsko-peruwiańską. Jest coraz trudniej, zaczynają się Andy. Wcześniej przejeżdżała około 100 km dziennie. Teraz jest to około 60 km (w dzień kiedy rozmawiamy - dokładnie 57 km). W takich górach nawet na asfaltowej drodze nie jest hop-siup. Coraz częściej zdarza się, że trzeba zsiąść z roweru i go pchać, bo pod górę trudno na nim wjechać. Z namiotem i wszystkimi bagażami waży 70 kilogramów

W Prowansji dzik... ukradł sandał

Czy podczas takiej podróży jest bezpiecznie? To pytanie nasuwa się od razu: jedzie przecież sama tyle tysięcy kilometrów, no i... jest kobietą. 

- Nie zdarzyły się mi dotąd żadne nieprzyjemne przygody. Nikt mnie nie zaatakował, przesadnie nie zaczepiał. Uwagi, które słyszę są raczej przyjemnie. Ludzie pozdrawiają, uśmiechają się. "O jaka ładna rowerzystka" - słyszę czasem. To miłe. Oczywiście mam ze sobą gaz, ale nie było potrzeby go dotychczas użyć. "Najgroźniejsze" zdarzenie jakie mnie spotkało miało miejsce w Prowansji. Wtedy w nocy dzik ukradł mi... sandał, który był pod namiotem - opowiada Kinga. W Peru często wzbudzała zainteresowanie... bezpańskich psów, na nie trzeba zawsze uważać.

Podczas podróży za dużo nie planuje choć korzysta z aplikacji dla rowerzystów. Dzięki temu wie, że może u kogoś się zatrzymać. Okazuje się, że w Ameryce Południowej niezwykle życzliwi, pomocni, empatyczni są... strażacy. Wszędzie można na nich liczyć. Kąt gdzie można się przespać bez rozbijania namiotu zaoferują, na poczęstunek zaproszą. To czasem wielka ulga, bo zdarzają się dni kiedy można się wykąpać tylko w... litrze wody. 

Kinga robi sobie dzień przerwy w ekwadorskim mieście Cuenca, które ze względu na zabytkową zabudowę centrum wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Potem było trzeba dużego samozaparcia żeby po dniu przerwy znowu wsiąść na rower - śmieje się. Na szczęście zdrowie jej dopisuje, jest silna i wysportowana. Naprawdę źle poczuła się tylko raz - w ekwadorskim Quito, to mogło mieć związek z wysokością. Na szczęście przeszło. Kiedy miała kryzys w kolumbijskich Andach, przez dziesięć kilometrów towarzyszyło jej dwóch miejscowych rowerzystów. Takie wsparcie jest bezcenne.

Codziennie wstaje około 5.30, na rower wskakuje o 6.30. Wytrwale pedałuje do około 16.30-17. Znalezienie miejsca na nocleg, rozbicie namiotu, pranie, przygotowanie posiłku. Plany na następny dzień.

Będzie czas na naukę katesufingu i muay thai

Co dalej? Chce dojechać na samo południe kontynentu, zobaczyć Ziemię Ognistą. Potem zawróci i pojedzie do Brazylii. Cięgnie ją do Fortalezy, mekki kitesurfingu nad Atlantykiem. Ten sport polega na poruszaniu się po wodzie na desce z pomocą latawca. Kinga chce się tego nauczyć, przy okazji podszkolić portugalski, bo choć rozumie ten język, musi ratować się hiszpańskim. Nie odpuści też Rio. Kto z nas odpuściłby to miasto?

A potem? Być może przerwa na pracę w Australii żeby tam zarobić na dalszą podróż. A jej dalszy etap brzmi bajkowo: start kolejnego etapu rozpocznie się w Tajlandii. Kinga chce również nauczyć się muay thai i podszkolić tajski, bo w tym języku też potrafi się porozumieć. Stamtąd powrót rowerem do Europy przez Kambodżę (każdy chciałby zobaczyć Angkor Wat), Wietnam, Chiny i... wszystkie -stany: Kirgistan, Tadżykistan, Uzbekistan, Turkmenistan... Może w głowie się zakręcić. 

Przykład podróżniczki z Mikołowa pokazuje, że kiedy człowiek nie boi się realizować marzeń, może je spełnić. Kto zechce - może Kingę śledzić (i wesprzeć w dowolny sposób) na Instagramie: stateless_child.

Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL