Reklama

Reklama

Kibice dodatkowym zawodnikiem

Kibice są dodatkowym zawodnikiem polskiej reprezentacji piłkarzy ręcznych, podczas turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich w Pekinie we Wrocławiu.

Wdzięczni za doping zawodnicy i ich trener Bogdan Wenta długo po zakończeniu każdego meczu cierpliwie rozdają autografy. Niektórzy nie mają czapki, albo koszulki, bądź skrawka papieru, na którym można byłoby dostać pamiątkowy wpis, wtedy starają się być jak najbliżej boiska, żeby chociaż "przybić piątkę" z jednym ze swoich idoli.

Polakom po remisie w piątek ze Szwecją i sobotniej wygranej z Islandią do wywalczenia awansu na olimpiadę potrzeba jedynie zwycięstwa w niedzielę nad zdecydowanie najsłabszą ekipą -Argentyną.

Reklama

Dotychczasowe mecze Polaków w Hali Stulecia (przez wrocławian nadal nazywaną Ludową), która może pomieścić 6,5 tys. widzów, zgromadziły komplet publiczności. Sądząc po transparentach rozwieszonych po całej sali przybyli tu niemal z całego kraju - ze Śląska, Kielc, Jeleniej Góry, Kwidzyna, Iławy, Kępna, Końskich, Wielunia, Żorów, Płocka... Większość ubrana w stroje narodowe, wielu z biało-czerwonym makijażem na twarzy. Przypomina to bardzo publiczność przychodzącą obejrzeć zmagania polskich siatkarzy.

Do Wrocławia przybyła także spora grupa kibiców szwedzkich, grupka Islandczyków, których związek piłki ręcznej podobno otrzymał pełną swobodę finansową od władz państwowych na przygotowania do turnieju, a także kilku zagorzałych fanów drużyny Argentyny - bardzo impulsywnie, jak przystało na południowców, reagujących na poczynania ich pupili na boisku.

Do częstych obrazków należy robienie sobie wspólnych zdjęć przez polskich i szwedzkich kibiców. - Jestem kompletnie zaskoczony takim przyjęciem. Jest tu u was bardzo miło. Rzadko się zdarza, żeby z kibicami przeciwnej drużyny, w dodatku jednego z najgroźniejszych konkurentów, tak przyjemnie się rozmawiało - powiedział 48- letni Sven z Goeteborga. - Zero agresji. Niektórzy nawet zapraszają na piwo, jest niezwykle sympatycznie i wesoło.

W trakcie każdego meczu Polaków doping nie słabnie ani na chwilę. Począwszy od Mazurka Dąbrowskiego, aż po szaleństwo po ostatnim gwizdku sędziego, cała obszerna hala grzmi od chóralnych okrzyków wspomagających podopiecznych trenera Wenty.

Po każdym meczu wzdłuż banerów odgradzających widownię od boiska, nad głowami dziennikarzy, których stanowiska ulokowane są w tym miejscu, ustawia się tłum fanów żądnych pamiątek po idolach. Niektórzy zamiast autografu proszą przynajmniej o "odcisk palca" na podstawionej pocztówce, bądź innym skrawku papieru. Co bardziej krewcy ryzykanci przeskakiwali przez reklamy i wpadali na boisko, żeby osobiście uściskać zawodnika. Wtedy niemal jak na rodeo, zaczynał się pościg ochroniarzy za takim delikwentem. Ci z kolei swoją pracę, w związku z brakiem większych burd, wkładali całe swoje serce, by choć na tak krótką chwilę skakał im poziom adrenaliny.

Polscy szczypiorniści, wicemistrzowie świata z 2007 roku, chętnie dzielili się radością ze swoimi kibicami. Przebiegali wzdłuż rzędu wyciągniętych rąk i z każdym wymienili pozdrowienia.

Po zakończonym sukcesem meczu z Islandią, kiedy emocje już nieco opadły, trener Wenta w gronie rodzinnym odbierał gratulacje od najbliższych, przerywając je tylko na krótką "walkę" na nadmuchiwane miecze (stały rekwizyt wielu kibiców) ze swoim 12-letni synem, Tomaszem.

Wrocław po raz pierwszy od kilku lat był gospodarzem tak ważnego wydarzenia w piłce ręcznej. Sądząc po osiągniętych wynikach wywiązał się z tej roli bardzo dobrze.

Dowiedz się więcej na temat: Wrocław | doping | zawodnik | kibice

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje