Reklama

Reklama

Kartka z kalendarza: 4 maja 1980 roku umarł Josip "Broz" Tito

Byli Jugosłowianie oceniają Tito jednoznacznie dobrze. W przeprowadzonym niedawno sondażu ponad 80 proc. ankietowanych powiedziało, że za jego rządów żyło im się dobrze lub bardzo dobrze.

Telewizyjny spiker zalał się łzami. W tym czasie na stadionie Poljud w Splicie ryczeli wszyscy - gracze Crvenej Zvezdy z Belgradu, miejscowego Hajduka, sędziowie, fotoreporterzy i kibice. Płakał ówczesny obrońca Hajduka, Drażen Mużinić, później wielki chorwacki nacjonalista. 

To były szczere łzy, nikt nie miał wątpliwości. Ludzie go kochali. W przeprowadzonym niedawno sondażu ponad 80 proc. ankietowanych powiedziało, że za rządów Tity żyło im się dobrze lub bardzo dobrze.

Pogrzeb towarzysza Tity, biorąc pod uwagę liczbę obecnych polityków i delegacji krajowych, był największym w historii. Przyjechało czterech królów, trzydziestu jeden prezydentów, sześć księżnych, dwudziestu dwóch premierów i czterdziestu siedmiu ministrów spraw zagranicznych. Przybyli z obu stron żelaznej kurtyny, ze 128 różnych państw.

Reklama

Brazylia kontra Brazylia

Gdy Brazylijczycy żegnali na boisku Króla Futbolu, Pelego, w roku 1971 na swych przeciwników wybrali właśnie Jugosłowian, bo ci nazywani byli "Brazylijczykami Europy". To dlatego, że właśnie na Bałkanach od zawsze rodziło się najwięcej talentów, to tam bardzo ceniona była gra do przodu i z polotem.

Dlaczego "Plavi" nie odnieśli sukcesów na skalę swego talentu? Zdecydowały zbyt gorące głowy i fakt, że piłka nożna w tym regionie nierozerwalnie wiąże się z polityką. 

Istniała niepisana zasada, by każda z federacyjnych republik była reprezentowana podle zasług - dlatego w jedenastce grało po czterech Serbów i Chorwatów, Macedończyk, Czarnogórzec i Muzułmanin. Słoweńcy nie, oni woleli sporty zimowe.

Tito lubił piłkę. W czerwcu 1974 roku odwiedził go prezydent Ludowej Republiki Bangladeszu, w czasie spotkania obaj prezydenci spóźnili się na oficjalne przyjęcie ze względu na transmisję meczu reprezentacji "Plavich" w piłce nożnej, w ramach mundialu. Jugosłowiańscy piłkarze byli wówczas mocni, ale równie mocno kłócili się o pieniądze. Mediował sam przywódca. Ostatecznie nie było co dzielić, bo odpadli w drugiej rundzie.

Pensjonaty nie za dinary

Gdy słucham, co o Tito mówią znajomi Serbowie, mieszają się dwie narracje - był Józefem Piłsudskim, ojcem narodu, też zresztą marszałkiem i jednocześnie Edwardem Gierkiem - tym, który zapełnił lodówki, dał stabilizację i napełnił baki zastavom i yugom. O tym drugim krążyło wiele złośliwych dowcipów. Jak ten: "Dlaczego tylne okno w yugo jest podgrzewane? By było ciepło w ręce, jak będziesz go pchać."

- Tito był mądry, zręcznie balansował między Zachodem a Związkiem Radzieckim, w efekcie Jugosławia rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej - opinia Nenada Stokovicia z Belgradu, wielkiego przyjaciela Polski i posiadacza brązowej odznaki PZPN, przewodnika po bałkańskich meandrach jest jednoznaczna. - Tito nikogo nie trzymał nad Adriatykiem na siłę. Jeśli ktoś chciał jechać dajmy na to do RFN, dostawał czerwony paszport i w drogę. 

Oczywiście taki gastarbajter mnóstwo kasy przysyłał do domu, dzięki czemu nad Dunajem, Sawą i Adriatykiem żyło się łatwo. "Chyba nie myślisz, że te pensjonaty powstały za dinary" - tłumaczono mi kiedyś na chorwackiej wyspie Krk.

Jak już przy wyspach jesteśmy, reżim Tity miał też ciemne strony. Przy chorwackim wybrzeżu, na wyspie Goli Otok, zorganizowano miejsce odosobnienia dla więźniów politycznych. Ich liczba nie była wielka w porównaniu z Polską, ale była. Z kolei z wyspy Sveti Stefan przy czarnogórskim wybrzeżu Tito z kolegami zrobili sobie wakacyjną luksusową miejscówkę, mieszkańców siłą wysiedlając.

Bywał próżny, gotowała dla niego Sofia Loren (ponoć zwykłe spagetti), znana była jego słabość do białych mundurów, w których wyglądał jak Muammar Kaddafi. 

Człowiek pełen sprzeczności

Z drugiej strony, gdy trzęsienie ziemi zmiotło z powierzchni część stolicy Macedonii - Skopje, Tito przybył na miejsce zaraz po katastrofie. Na wieść o przybyciu do miasta przywódcy, wielu mieszkańców zebrało się na plaży nad Wardarem, gdzie witali prezydenta i jego żonę pieśnią ludową "Jovanko, Jovanko". Oburzony postawą zgromadzonych, zaczął ich przeganiać. Tu robić trzeba, nie śpiewać - zżymał się. Nie lubił, wręcz zabraniał, żeby stawiano mu pomniki. Człowiek pełen sprzeczności jak cała Jugosławia.

"Jugole" dla Polaków stanowili namiastkę Zachodu, przeciętny człowiek w poważaniu ma idee, decydująca jest zasobność portfela. U nas za komuny w hotelach funkcjonowały trzy stawki: osobna dla obywateli krajów socjalistycznych, inna dla kapitalistycznych i oddzielna dla Jugosłowian. Oczywiście, jak wszędzie, jugosłowiańska bezpieka, gdy ktoś podskakiwał, bywała nerwowa, ale już cenzura nie była prewencyjna jak w PRL-u, cenzurowano dopiero to, co trafiło na rynek.

Intensywna współpraca trwała na wielu polach, do dziś przekonują się o tym chorzy w gdańskim szpitalu zakaźnym, którzy zimą przymarzają - szpital był budowany przez jugosłowiańskich budowniczych, pochodzących z kraju, gdzie średnia temperatura jest o dobre 10 stopni wyższa.

Przewaga na starcie

Już na starcie Tito miał przewagę nad Bierutem i spółką, różnica między Jugosławią a Polską była taka, że ta pierwsza zdołała zrzucić hitlerowskie jarzmo praktycznie samodzielnie. Tito, który podjął się trudnego zadania zjednoczenia Słowian południowych, był traktowany jak autentyczny wyzwoliciel.

Po zerwaniu ze Stalinem, w 1948 roku, propaganda PRL-u nazywała Tito "psem łańcuchowym imperializmu". A propos psa, jugosłowiańska mitologia mówiła, że Marszałek wyrwał się z okrążenia niemieckich spadochroniarzy pod Drvarem prowadzony przez wiernego czworonoga. Partyzancki towarzysz Tito - Svetozar "Tempo" Vukmanović, po latach wyznał, że prawda była o wiele bardziej prozaiczna - przywódca był tak sparaliżowany strachem, że narobił w galoty. Uratowali go partyzanci.

Na zupełnie europejskiej ulicy Kneza Mihailova (Księcia Michała) w Belgradzie widać koszulki sławiące bohaterów Noworosji, a więcej niż pamiątek z Tito jest suwenirów z Władimirem Putinem. Na jednej koszulce rosyjski przywódca zapewnia, że wszystko idzie zgodnie z planem. Jaki to plan?

Serbowie nie pytają raczej, po co im Unia Europejska, ale przekornie na odwrót - po co my Brukseli? W ich przypadku niska samoocena nie dziwi. Gdy żył Tito, Belgrad był stolicą 22-milionowego Państwa, które dziś skurczyło się trzykrotnie. Ale jeśli Bułgaria i Rumunia mogą być w UE, dlaczego nie Serbia? 

Bruksela czyni zachęcające gesty w stronę Belgradu, obiecuje pieniądze i inwestycje, jeśli rozwiązana zostanie kwestia Kosowa. Rozwiązana, czyli gdy Serbia uzna oderwanie tej prowincji od macierzy. W zamian dostanie członkostwo, inwestycje i pieniądze.

Wszystko tu mamy

- Nie potrzebujemy żadnej Unii - Nikola Mijailović, były obrońca Wisły Kraków, Korony Kielce i Crvenej Zvezdy, dziś piłkarski agent, na boisku nie był dyplomatą, poza nim raczej też nie gryzie się w język. - Wszystko tu mamy, słońce, rzeki, warzywa, świetne jedzenie.

Trochę racji ma. Niejeden Polak był już po trzy razy w Chorwacji na wakacjach, a w Belgradzie prawie nikt, a szkoda, bo to świetne miejsce. Gorzej, gdy wyjedzie się za stolicę, krajobraz przypomina nieco PGR-owskie wsie w byłym województwie koszalińskim, tylko krasnali ogrodowych brak.

Podział w społeczeństwie widać nawet w gazetowej czcionce, te pro-europejskie drukowane są w alfabecie łacińskim, nacjonalistyczne - cyrylicą. Ale większość pogrąża się w wygodnej apatii, im bliskie jest hasło "politcari idite svi u piczku materinu" ("wszyscy politycy idźcie do diabła").

Pierwsze sportowe wspomnienie? Wilk "Vućko" krzyczący "Sarajewooooo" przy okazji zimowych igrzysk olimpijskich w 1984 roku.  Są po niej ślady, ale jeszcze więcej po wojnie z lat 90. Dość powiedzieć, że miasto było oblężone przez 1425 dni, czyli prawie cztery lata. W efekcie główna hala olimpijska Skenderija wygląda tak, że powinien ją zamknąć lokalny sanepid.

Śpiew "Vućko" trochę przypomina muzułmański zaśpiew muezina z meczetu, których tam dziś pełno. Z miasta, które żyło na styku trzech kultur (serbskiej, chorwackiej i bośniackiej), ostała się jedna. Powody są chyba jasne. Najbardziej Tito kochały właśnie mniejsze nacje, najmocniej przez rozpad Jugosławii doświadczone - Bośniacy, Czarnogórcy i Macedończycy. 

Przed Titą ci pierwsi to byli po prostu wierzący w Allaha Serbowie i Chorwaci, drudzy Serbowie z gór, trzeci trochę inni Bułgarzy. Przywódca dał im świadomość, dał autonomię, faworyzował względem dwóch największych narodów Jugosławii, czyli Serbów i Chorwatów.

Wiktor Jerofiejew napisał kiedyś książkę o dość szokującym tytule "Dobry Stalin". Książki o dobrym Ticie nikt nie musi pisać, to się po prostu wie.

Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje