Reklama

Reklama

​Julia Michalska-Płotkowiak: sam start w igrzyskach mnie nie interesował

Wioślarka, brązowa medalistka olimpijska z Londynu - Julia Michalska-Płotkowiak kilka miesięcy temu zakończyła karierę i swojej decyzji nie zmieniła. Jak przyznała, nie zamierzała walczyć o start w igrzyskach po to, by tylko na nich wystąpić.

Jedna z najbardziej utytułowanych polskich wioślarek mozolnie wracała do sportu po blisko dwuletniej przerwie macierzyńskiej. Dopiero w minionym roku zaczęła regularnie startować w zawodach, a celem miał być trzeci w jej karierze występ w igrzyskach. Plan się jednak nie powiódł, bowiem w kluczowej imprezie - mistrzostwach świata we Francji - zajęła dopiero 18. miejsce. Mimo że wciąż przed nią była szansa na wyjazd do Rio, postanowiła zakończyć karierę.

"Podjęłam tę decyzję świadomie, nie był to jakiś impuls. Realnie patrząc, nie miałam zbyt wielkich szans na walkę o medal w Brazylii. Wyjazd na kolejne regaty olimpijskie po to, żeby tylko tam być, w ogóle mnie nie interesował. Nie zamierzałam być rekordzistką w liczbie zaliczonych igrzysk" - powiedziała PAP Michalska-Płotkowiak.

Reklama

30-letnia zawodniczka zakończyła karierę w kwiecie wieku wioślarskiego. Jak zaznaczyła, na jej decyzję złożyło się wiele czynników.

"Miałam taką swoją wadę, że nie mogłam przybrać na wadze. Mam to zresztą do dziś. Zjadałam ogromne ilości pokarmu, aż moi koledzy z kadry się śmiali. Mój poziom tkanki tłuszczowej wciąż był znacznie poniżej normy. Mocno utrudniało mi to indywidualny rozwój, a przez to zaczęły się przytrafiać kontuzje. Mięśnie buntowały się i +zacinały+, dziś nie trenuję, a mam podobne odczucia bólowe" - wspomniała.

Michalska-Płotkowiak po ostatnich igrzyskach przeprowadziła się do Londynu. Tam też pracuje, zajmuje się wychowaniem córki i jednocześnie musiała to pogodzić z treningami.

"Prawda jest taka, że cała czołówka w mojej konkurencji, wszystkie te zawodniczki, które zakwalifikowały się do igrzysk, mogą tylko i wyłącznie skupić się na sporcie. Do tego mają fenomenalną opiekę. U mnie to było trochę na wariackich papierach. Ale ja tego potrzebowałam. Chciałam znów sprawdzić się na jedynce, liczyłam, wrócą moje cechy indywidualne. Chciałam też odzyskać kondycję i żeby moje ciało znów się uelastyczniło" - powiedziała.

Po mistrzostwach świata we Francji stwierdziła "pas". Michalska-Płotkowiak nie ukrywa, że nie chciała podążać drogami sportowców, którzy po zdobyciu medalu olimpijskiego, nie osiągali już sukcesów i jak to określiła "staczali się po równi pochyłej".

"A czułam, że w moim przypadku może się tak skończyć, a ja tak nie chciałam kończyć kariery" - podkreśliła.

Igrzyska i starty swoich koleżanek w Brazylii obejrzy w telewizji. "Będę ryczeć jak zdobędą medal, albo jak przegrają. Wszystkie te dziewczyny z kadry znam doskonale, szczególnie Magdę Fularczyk-Kozłowską i Natalię Madaj" - przyznała.

Od początku kariery była związana z trenerem Marcinem Witkowskim. To on wprowadził ją w kanony tej niezwykle wymagającej dyscypliny w poznańskim klubie Tryton. Wspólnie też budowali żeńską kadrę, która w ostatnich latach swoimi wynikami zepchnęła w cień męską kadrę. Szkoleniowiec został doceniony przez władze związku - aż sześć razy był wybierany trenerem roku.

"Pracowaliśmy przez 17 lat, dzień w dzień. Najpierw był dla mnie po prostu obcym człowiekiem, a teraz jest wielkim przyjacielem. Coraz lepsze wyniki osiąga kadra młodzieżowa. Wprawdzie on jej nie trenuje osobiście, ale prowadzona jest według jego pomysłu" - zaznaczyła.


Michalska-Płotkowiak podkreśliła, że sport i trenowanie w skromnym klubie, jakim jest Tryton, nauczył ją wiele w życiu i ukształtował jej charakter. Brązowa medalistka olimpijska swoją karierę zaczynała w mało komfortowych warunkach, ale też nie narzekała.

"Nigdy od klubu nie dostałam pieniędzy. Gdyby nie prezes Wojciech Tadeuszak i jeszcze kilka osób, pewnie któregoś dnia musielibyśmy zakończyć działalność. Szłam do klubu i wiedziałam, że po treningu będę musiała się umyć w zimnej wodzie. Myślałam sobie wówczas, że jestem jak Rocky z tego filmu ze Sylwestrem Stallone, który też trenował w ciężkich warunkach. Nie było czasami prądu, ćwiczyłam po ciemku. Parę lat temu powódź nas zalała. W sali było plus trzy stopnie, a ja zaczynałam trening na ergometrze w podwójnych rękawiczkach i czapce. Ale udało nam się przetrwać, a dla mnie Tryton to synonim hasła +nigdy się nie poddawaj+" - wspomniała.

Mimo lat spędzonych w łódce, uważa, że istnieje życie poza wioślarstwem. Z drugiej strony nie zamierza do końca zrywać z ukochaną dyscypliną.

"Można żyć bez wioślarstwa. Jak się ma dziecko, to wszystko inne schodzi na dalszy plan. Często nie mam czasu o niczym innym pomyśleć. W styczniu jednak wracam do pracy. Jestem trenerem wioślarstwa w prywatnym żeńskim liceum w Anglii, mam pod opieką 16-letnie dziewczyny. Założeniem jest, by wioślarstwo była dla nich relaksem i żeby z treningu schodziły uśmiechnięte. Ta praca daje mi wiele satysfakcji" - podsumowała.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje